Komponowanie na internet
Piotr Peszat, koncert „Kompozycja paragrafowa”, fot. Joanna Gałuszka

18 minut czytania

/ Muzyka

Komponowanie na internet

Wioleta Żochowska

Nie wiem, czy po pandemii chętnie wrócę do sali koncertowej, mając z tyłu głowy projekty pokazywane w ramach festiwalu Sacrum Profanum i obejrzane na ekranie laptopa. Chyba wolę siedzieć w internecie

Jeszcze 5 minut czytania

Prawdopodobnie gdyby nie zamknięte sale koncertowe i wydarzenia przeniesione do sieci, nowa forma muzyki nie wykrystalizowałaby się tak szybko. Od dłuższego czasu coś wisiało w powietrzu. Ogólne zmęczenie transmisjami koncertów, zbyt dużo propozycji na spędzenie wieczoru, niedoskonała jakość nagrań w spontanicznych filmikach – w obecnej rzeczywistości przestały wystarczać stare sposoby udostępniania nagrań z koncertów. Dużo łatwiej zamknąć okienko internetowej przeglądarki niż zaangażować się w płaskie, nierealnie odwzorowane sytuacje koncertowe po całym dniu spędzonym przed komputerem. Przyznaję, że sama bez skrupułów wyłączałam koncerty w dogodnym dla mnie momencie, jedynie pobieżnie sprawdzając, co w tych trudnych czasach robi większość artystów. Koszmar kuratorów? Codzienność wielu odbiorców muzyki.

Powoli zarysowujące się tendencje wskazywały potrzebę nowych sposobów komponowania. Zalążki pojawiały się na facebookowych wallach i w relacjach z wydarzeń przeniesionych na czas pandemii do internetu. Duża grupa krytyków i krytyczek dostrzegała płytkość przekazu, mianując streaming substytutem, złem koniecznym, zaledwie akceptowalną formą doświadczania muzyki przy jednoczesnym recenzowaniu niuansów akustycznych. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego transmisje mierzy się tymi samymi kategoriami co doświadczenie wykonania na żywo w określonym miejscu i czasie. Może to wina popularności prostych prób przeniesienia koncertu na ekran komputera? Braku wyobraźni? Bezradności? Może niewiedzy, jakie możliwości oferuje cyfrowy odbiór?

Zachodzące zmiany w przyzwyczajeniach słuchaczy z pewnością dostrzegł Krzysztof Pietraszewski, kurator Sacrum Profanum, który od początku szukał czegoś więcej niż tego, co dostarczyły tej jesieni inne muzyczne festiwale. Krakowski festiwal obchodził w tym roku 18. urodziny. Wydarzenia zostały opatrzone hasłem „młodość”, a skoro wiek młodzieńczy, to i poszukiwania. Tych dostarczyli zaproszeni kompozytorzy i kompozytorki. Muzyczna celebracja rozciągnęła się na ponad miesiąc. Koncerty odbywały się dwa razy w tygodniu, z nielicznymi wyjątkami (wydarzenia towarzyszące). Seanse muzyczne udostępniano na zewnętrznej platformie, dzięki czemu można było choć na chwilę oderwać się od Facebooka. Wróćmy do artystów i artystek, bo wśród tegorocznych premier pojawiły się pomysły szczególnie warte uwagi.

Faktura internetowa

Komponują na internet, tak jak pisze się muzykę na skrzypce, orkiestrę czy zespoły kameralne. Dobrze znają sieć, wiedzą jak wykorzystać oferowane przez nią możliwości. Szybko przystosowali się do nowych warunków – zamkniętych instytucji, małych składów, prymatu krótszych utworów, przebodźcowania odbiorców. Za pomocą ekranu komputera, głośników lub słuchawek, czasem dodatkowej mobilnej aplikacji angażują uwagę słuchaczy. Zamiast kolejnych zbliżeń na instrumenty i twarz dyrygenta oferują holistyczne traktowanie zmysłów zapośredniczonych technologią. Zintegrowali dźwięk z obrazem, nie na zasadzie filmu czy teledysku, ale równoległej narracji. Kusi ich interakcja z odbiorcami, nie boją się zatem oddać części odpowiedzialności za kształt utworu w ich ręce, zaprosić do wykonania własnej partii. Krótko mówiąc, ich utwory nie odnalazłyby się w zwykłej sali, nie zadziałałyby z tą samą siłą przeniesione 1:1 do odbioru na żywo.

Chyba najbardziej jaskrawym przykładem myślenia o internecie jako muzycznym medium był „PEnderSZATch” Piotra Peszata, kompozytora z ogromnym dystansem do siebie i środowiskowych etykietek. Utwór jest najbardziej wyrazistą realizacją autorskiej koncepcji muzyki świadomej, czyli zaangażowanej społecznie. Jeszcze przed Sacrum Profanum kompozytor zdekodował panujące w internecie nastroje i przewrotnie podsumował w cyklu „Empty City Radio”, realizowanym we współpracy z artystą wizualnym Grzegorzem Martem. W sercu muzycznej serii umieścili pustą salę 

NOSPR-u, by pokazać, że kiedy znikną z niej ludzie i zapanuje cisza, pojawia się okazja, by zajrzeć za kulisy. Premierowy utwór został określony kompozycją paragrafową, czyli taką, w której odbiorca dokonuje wyborów, a podejmowane w trakcie decyzje wpływają na całokształt dzieła, podobnie jak w grach paragrafowych. Inspiracją był specjalny odcinek serialu „Czarne lustro: Bandersnatch”, w którym to widz decyduje (a przynajmniej tak mu się wydaje), jakie będą koleje losu głównego bohatera.

Sacrum Profanum, 1–29 listopada 2020, KrakówSacrum Profanum
1–29 listopada 2020, Kraków
Pozostawienie pewnej dozy dowolności w przebiegu muzycznej narracji skojarzyło mi się z koncepcją aleatoryzmu kontrolowanego Witolda Lutosławskiego, ale sam Piotr Peszat jako ważniejszy punkt odniesienia wskazuje innego z „wielkiej trójcy”, Krzysztofa Pendereckiego, co też sprytnie zapisał w tytule. Krakowska szkoła kompozytorska ze swoim skupieniem na barwie jest zresztą obecna w „PEnderSZATch”, tak samo jak humor i ścisłe powiązanie muzyki z życiem codziennym, jak u Matthew Shlomowitza, Simona Steena-Andersena i Jennifer Walshe. Kompozytor mógł przecież puścić nagranie MIDI, a zaprosił na scenę znakomitą Spółdzielnię Muzyczną (transmisja na żywo) i połączył ze zglitchowaną elektroniką, partią śpiewu, recytacją tekstu będącego pastiszem Biblii, fragmentami wypowiedzi Lecha Wałęsy (ukłon w stronę Petera Ablingera?), cytowania po angielsku konstytucji, nie zabrakło przetworzonego hitu Ricky’ego Martina (doceniam wkomponowany w utwór żart z jednej z relacji w magazynie „Glissando”). Poddawane głosowaniu kwestie często dotyczyły tego, co akurat dzieje się w Polsce. Podobnie jak w „Czarnym lustrze”, pojedyncze decyzje wpływają na całość. Żeby ją zrozumieć, warto szukać ukrytych smaczków i spojrzeć w szerszym kontekście na całokształt ścieżki kompozytorskiej Piotra Peszata. W końcu rzeczywistość, w której żyje, wpływa na jego wybory w muzyce. Żałuję tylko, że w odróżnieniu od serialu Netfliksa, o tym, co dalej, decydowała demokratyczna większość, a nie pojedyncza osoba (choć zdaję sobie sprawę z technologicznych trudności). Szkoda też, że nie można było się cofnąć do niewybranych wariantów, sprawdzić, jak zabrzmiałyby w alternatywnej rzeczywistości. Jedyne, co mi naprawdę przeszkadzało, to momenty czekania na wyniki głosowania, momenty pauzy, cisza w muzycznej narracji. Mam nadzieję, że Piotr Peszat będzie rozwijał interaktywne poszukiwania.

fot. Joanna GałuszkaKoncert „Kompozycja paragrafowa”, fot. Joanna Gałuszka

Czy w internecie można uprać duszę?

Temat kontroli, ale w zupełnie innym wymiarze, podjęła Monika Dalach w premierowym „CARBON IS THE NEW BLACK”. Utwór przybrał coś na kształt jednoaktowej opery cyfrowej. Sarkastyczny tytuł (będący nawiązaniem do jednego z seriali na Netfliksie) skrywa w sobie smutną prawdę rządzącą przemysłem modowym – ekologia nie będzie modna, a winę ponosi napędzający branżę konsumpcjonizm. Artystka operuje wyrazistymi gestami: jaskrawe kolory ubrań, wypłowiałe zdjęcia lasów, kobiecy głos snujący apokaliptyczną wizję świata tonącego w plastiku. Efektowna warstwa wizualna z projekcją rzucaną na członków i członkinię Ensemble Kompopolex idzie w parze z elektroniczną muzyką mieniącą się syntetycznymi barwami, z szumiącą partią nagrań terenowych. Kompozytorka stworzyła audiowizualny przepis na depresję klimatyczną, od którego im bardziej chciałam się oderwać, tym bardziej nie mogłam. Być może obudziły się we mnie wyrzuty sumienia, może do głosu doszło poczucie bezradności wobec braku systemowych rozwiązań.

koncert Performed Lecture, fot. Joanna GałuszkaKoncert „Performed Lecture”, fot. Joanna Gałuszka

W jej utworze, podobnie jak u Piotra Peszata, pojawia się troska o przyszłość podszyta ironicznymi komentarzami z teraźniejszości. Dalach podąża w stronę multimedialnego aktywizmu, w którym słowo waży tyle samo, ile obraz, dźwięk i gesty performujących artystów. Podobną drogę wybrała Jessie Marino w „Nice Guys Win Twice”, eksperymentalnym teatrze muzycznym, który jest jak kubeł zimnej wody na rozgrzaną od miliona komunikatów głowę. Całkiem niedawno w ramach podsumowania Warszawskiej Jesieni i prezentowanej na niej „Daremności” Rafała Zapały zastanawiałam się, czy nastąpi zwrot ekologiczny w polskiej muzyce współczesnej. Wiele wskazuje na to, że to już się dzieje, a Monika Dalach będzie jego ważną postacią.

Mianem zaangażowanej społecznie postgry nazwałabym nowy utwór Jacka Sotomskiego. Nie należę do środowiska gamerów, dlatego przed premierą musiałam najpierw sprawdzić, czym jest tytułowa „solucja”. Już sam fakt mojego nieobycia sprawia, że być może nie odczytałam zakomponowanych sygnałów i odniesień. Niemniej oglądałam z zaciekawieniem, jak kompozytor zabrał słuchaczy w chaotyczną podróż po mało uczęszczanych zakamarkach internetu: bez drogowskazów, plansz, celu. Tym razem zamiast memów i heheszków – sztandarowych zabiegów Jacka Sotomskiego – dominowały „antywarsztatowe” kadry sprawiające wrażenie niedorobionych (w reżyserii Magdy Szpecht) z 8-bitową ścieżką dźwiękową rodem z gier wideo. Mnie najbardziej uwiodła scena obrabiania kluczowych dla fabuły draży korsarzy, z subtelną, ASMR-ową otoczką odgłosów krojenia, wałkowania, mielenia, rozcierania, szeleszczenia. Punktem zwrotnym w „Solucji” i ciekawym efektem okazał się komunikat spoza systemu, nadawany wprost do odbiorcy. Drapieżne glitche w głośnikach i na ekranie przerwały dotychczasowy odbiór, by przekazać instrukcję, by „zacząć wszystko od nowa, od 2015 roku”. Tylko skąd ta cezura?

Artysta nie dołączył instrukcji, nie zaproponował wariantów światów równoległych – nie pozostało więc nic innego, jak przyjąć ten, który jest przez niego prezentowany. Coś jednak jest na rzeczy, bo pod warstwą luźno powiązanych narracji znalazła się dobrze znana rzeczywistość: z zacierającymi się granicami między światem cyfrowym a realnym, przytłaczająca hybrydowością, obezwładniająca napływającymi zewsząd bodźcami. Sotomski kontynuuje i rozwija muzykę postinternetową, w której sens trochę wątpiłam. W jego ujęciu nabiera ona świeżego oblicza, pokazuje potencjał w konstruowaniu sztuki zaangażowanej, podejmującej refleksję o rosnącej cyfryzacji życia. Wciąż zawiera sporo humoru, ale nie są to żartobliwe treści, raczej śmiech przez łzy. W roli performerów muzyków kolejny raz po Dalach wystąpił Ensemble Kompopolex, jest to zresztą ciekawy przykład zespołu, w którego repertuarze dominują utwory „mało muzyczne”.

Zapętlona cielesność dźwięków

Na pierwszy rzut oka kolejna festiwalowa premiera jawi się jako angażująca bardziej ciało niż umysł. „Deep Relaxation Series vol. 8: Do It to Yourself” Mikołaja Laskowskiego, kompozytora znanego z performansów uczestniczących, to odprężający seans dźwiękami i dotykiem. Nie chciałabym jednak umniejszać roli instrumentów i partytury, dlatego podkreślę, że to kawałek dobrej muzyki. Mikołaj Laskowski niczym nauczyciel zen pozwala zanurzyć się w brzmieniu i odpłynąć – mi się to przydarzyło. Już pierwsze dźwięki pocieranych smyczkiem strun przez siedzących wokół stołu Royalsów sprawiły, że moje ciało przebiegł przyjemny dreszcz. Muzycy i muzyczki w skupieniu i z ogromną precyzją realizowali kolejne zapisy nutowe, traktując leżące na stole instrumenty jak preparaty w laboratorium, grając na nich różnymi przedmiotami. Wrażenie odrealnienia potęgowały białe stroje nawiązujące do ruchu New Age, źródła inspiracji Mikołaja Laskowskiego. Pojawiające się u góry ekranu ręce pokazywały krok po kroku, jak odegrać partię odbiorczyni, oczyścić zmęczony umysł i zabrudzone hałasem uszy.

Karol Nepelski, koncert Muzyka i sport, fot. Joanna GałuszkaDominik Strycharski i Karol Nepelski, koncert „Muzyka i sport”, fot. Joanna Gałuszka

Z czułego spojrzenia na ciało wykonujące muzykę słynie Karol Nepelski. W czteroczęściowym „Musicathlonie” kompozytor zestawia dwa bliskie mu światy – muzykę i sport. Temat całego koncertu „Kwartludium” stał się pretekstem do pokazania fizjologii wydobywania dźwięków z instrumentów. Zbliżenia na twarze, dłonie, usta muzyków, wielowarstwowe kadry, w tle ceglana ściana hali sportowej nadają całości sensualne, intymne oblicze. I nawet jeśli kompozytor chciałby odwrócić uwagę słuchaczy od samej muzyki, skupić się na mechanizmie jej powstawania, dekoncentrować krótkimi seriami, licznikiem czasu u dołu ekranu, licznymi powtórzeniami, gwizdkami, dezodorantami, przynajmniej w moim przypadku efekt był odwrotny, co chwilę cofałam i znów odtwarzałam.

Kobiece kwestie?

Temat ciała w muzyce otwiera kolejny ważny wątek w tegorocznym programie – kobiecość. Jej różne znaczenia reprezentowała z jednej strony „TOVA”, z drugiej znane z Warszawskiej Jesieni „Formy żeńskie”. Oba projekty zostały stworzone i wykonane wyłącznie przez kobiety, mimo że pomysł na nie zrodził się o wiele wcześniej, a co w kontekście Strajku Kobiet i obecnej sytuacji społeczno-politycznej nadaje im dodatkową warstwę znaczeń. Pierwszy z nich to projekt zainicjowany przez Anię Karpowicz, flecistkę, założycielkę Hashtag Ensemble, która zwróciła się do Marty Śniady, Niny Fukuoki, Aleksandry Kacy i Teoniki Rożynek z propozycją napisania czegoś na jej instrument. Tak powstały utwory na elektronicznie przetworzony flet z wysmakowanymi wizualnie teledyskami. W trakcie pracy artystkom towarzyszyły pytania o tożsamość kobiet i jej przemiany. Jako cel obrały odczarowanie fletu jako prostego, dziewczęcego instrumentu – pokazanie jego mrocznego, drapieżnego oblicza. Efekt pomogły uzyskać liczne operacje na dźwięku w studio, zacieranie brzmienia, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, chociażby przez jego nawarstwianie. Projekt powstał z myślą o prezentacji w internecie, a refleksja, z której wypływa, znajduje odbicie w formie – intymnej i bezpośredniej. Kompozycje łączy wątek cielesności, różnie przedstawianej. O „TOVIE” opowiadałam więcej w podcaście wprowadzającym do koncertów Sacrum Profanum Jana Topolskiego „Weird Audio Guide”.


Chciałabym też wspomnieć o strategii kompozytorskiej Marty Śniady, której audiowizualny język jest jak szyty na miarę znudzonych streamingami słuchaczy. Jej „4 Rituals of Women’s Happiness” już od pierwszych dźwięków przykuwa uwagę wyraźnym bitem, sprzężeniami, ostrymi jak brzytwa dźwiękami fletu. Kompozytorka bierze odbiorców z zaskoczenia wyłaniającymi się z ciemności wizualizacjami. Sama występuje w roli aktorki – jej twarz, dłonie, cała sylwetka współgrają z wybranymi do tego utworu obiektami dźwiękowymi, które zmieniają się jak w kalejdoskopie, za każdym razem prezentując znane elementy, ale w różnych układach. Powracające motywy rezonują z tytułowymi rytuałami, tak jak zabiegi pielęgnacyjne z nieosiągalnym „pięknem”, zresztą często tematyzowanym w twórczości Marty Śniady. Co ciekawe, w programie drugiego fletowego recitalu na tym samym festiwalu znalazła się wcześniejsza kompozycja artystki – „I Will Always Be There For You – Sorry – Believe” wykonana w przestrzeni MOCAK-u przez Ewę Liebchen. Także w nim artystka bawi się kontrastami, tworząc wizualny kolaż z przebitek pustej sali i tłumów szalejących na koncercie Justina Biebera. Za atrakcyjną treścią podąża jednak smutna konstatacja: czy komponowana muzyka współczesna kiedykolwiek ma szansę wyjść poza wąskie grono słuchaczy?

Ewa Liebchen, koncert Streamforms, fot. Joanna GałuszkaEwa Liebchen, koncert „Streamforms”, fot. Joanna Gałuszka

Odpowiedzią na to pytanie mógłby być drugi wymieniony projekt, czyli „Formy żeńskie”, zainicjowany przez Martynę Zakrzewską z udziałem wykonawczyń ze Spółdzielni Muzycznej i z utworami Niny Fukuoki, Martyny Koseckiej, Żanety Rydzewskiej, Moniki Szpyrki oraz Anny Sowy. Premierowo pokazany na Warszawskiej Jesieni, osiadł w mojej pamięci jako szczególnie istotny przykład w dyskusji o wartości artystycznej i parytetach, utwierdzając mnie w przekonaniu, że w obecnych warunkach ich wprowadzenie jest początkiem drogi do pełnej równości. Sacrum Profanum szczyci się statystykami, rokrocznie zaprasza do udziału liczne grono kompozytorek. Gest ponownego wystawienia „Form żeńskich” odebrałam więc jako w pełni zrozumiały. Nowością okazał się utwór „bulb 2.0” Teoniki Rożynek, frapujący dźwiękowo zbiór sprzężeń, usterek, zapętleń, pukania, stukania, eksponowania metalicznej elektroniki i brzmiących przypadkowo dźwięków instrumentów.

Kluczową różnicą między wersją warszawską a krakowską są wizualne efekty przypadkowo pojawiające się na ekranie. W jakim celu umieszczono w nagraniu animacje komputerowe poruszające się w nieustalonym tempie czy zarys kobiecej sylwetki? Czy muzyka z tak ważnym przesłaniem potrzebuje wzmacniaczy, dopowiedzenia? Na czym polega relacja dźwięku do obrazu? W podobny sposób urozmaicony został także odbiór koncertu Stefana Węgłowskiego i Yeyoung Sohn – u mnie nie dało się inaczej, obu słuchałam z wyłączonym ekranem.

Nie wszystkie propozycje festiwalu próbowały wyjść poza ramę koncertowej transmisji, choć zdecydowanie wolę je niż nieudane eksperymenty z animacjami. Czas zamkniętych sal i działań muzycznych przeniesionych do internetu jest sprawdzianem i nauką dla nas wszystkich. Wiele razy postulowałam wyjście z rzędów krzeseł, biernej pozycji, zerwanie z odcieleśnionym odbiorem muzyki. Wygląda na to, że pojawiła się na to realna szansa, czas na przedefiniowanie wielowiekowej tradycji. Nadziei upatruję w kompozytorach i kompozytorkach swobodnie operujących cyfrowymi narzędziami, biegle znających specyfikę internetu i zmieniające się schematy doświadczania muzyki, niepróbujących naśladować świata realnego, zamiast tego tworzących własny. Być może tkwi w tym pewne zagrożenie – jeśli ktoś zapytałby mnie, czy po pandemii chętnie wrócę do sali koncertowej, mając z tyłu głowy wspomniane projekty, odpowiedziałabym, że nie wiem. Chyba wolę siedzieć w internecie.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)