Populizmy nowej muzyki
Instalacja Michała Moca „mYear19”, fot. materiały promocyjne NOSPR

18 minut czytania

/ Muzyka

Populizmy nowej muzyki

Wioleta Żochowska

Scena muzyki współczesnej w dużym stopniu przypomina to, co dzieje się w krajowej polityce. Dominują ścierające się „prawica” i „lewica”, każda traktująca słuchaczy jak potencjalnych wyborców

Jeszcze 5 minut czytania

„Pani to tu się chyba bardzo męczy” – rzucił w moją stronę zniesmaczony mężczyzna. Właśnie skończyła się pierwsza część wieczornego, sobotniego koncertu na 8. Festiwalu Prawykonań, a ja, zawstydzona komentarzem, nawet nie podjęłam polemiki. Teatralne szepty i głośne wzdychania, od których nie mogłam się powstrzymać, słuchając kolejnego w tym dniu wtórnego i niewiele wnoszącego grania, spotkały się z wyraźną dezaprobatą siedzącego przede mną słuchacza. Mężczyzna, na oko sporo starszy meloman, może nawet stały bywalec NOSPR-u, w ogóle nie krępował się z protekcjonalnym zwróceniem mi uwagi, zupełnie jakby był przekonany, że ćwierćtonowe organy i orkiestra symfoniczna to zestaw doskonały, a ja, ignorantka, nie doceniam wyrafinowanego brzmienia instrumentu imitującego oryginalnego Hammonda, dzięki któremu utwór brzmiał jak ścieżka dźwiękowa do filmów o Harrym Potterze czy też VI symfonia „Chinesische Lieder” Krzysztofa Pendereckiego.


Coś jednak drgnęło na katowickim biennale polskiej muzyki najnowszej. Poprzednie edycje festiwalu spotykały się z ostrą krytyką. W tym roku było już inaczej. Koncerty cieszyły się dobrą frekwencją. Pierwsze relacje po festiwalu, autorstwa Jana Topolskiego czy Adama Suprynowicza, też okazały się pozytywne. A przecież festiwal nie zmienił swojego kierunku – wciąż wydaje się bardzo konserwatywny i potrzebuje dyrektora lub dyrektorki programowej z prawdziwego zdarzenia. Organizatorom udało się jednak odświeżyć trochę jego wizerunek.

Na nowy klimat wokół katowickiej imprezy z pewnością wpłynęła festiwalowa telewizja. W tym roku po raz pierwszy w korytarzach NOSPR-u zamontowano studio mobilne Polskiego Wydawnictwa Muzycznego. W katalogu monopolistycznego wydawcy znajdują się utwory m.in. Sławomira Kupczaka, Elżbiety Sikory, Dariusza Przybylskiego, Mikołaja Góreckiego, Krzysztofa Meyera, Piotra Mossa czy Aleksandra Nowaka. W skrócie: ponad połowy twórców, którzy prezentowali w tym roku w Katowicach swoje nowe dzieła. W trakcie festiwalu PWM opublikował na YouTubie serię kilkunastominutowych filmików. Zapowiedzi i wywiady z dyrektorem – redaktorem naczelnym PWM-u – twórcami, wykonawcami, organizatorami, krytykami, a także przypadkowymi słuchaczami miały za zadanie przybliżyć tajniki warsztatu poszczególnych kompozytorów.

Studio PWM-u stało się swoistym medium perswazji. Entuzjazm prowadzącego, Mariusza Gradowskiego, nie tylko podkręcał ogólną ekscytację, ale też jednoznacznie ukierunkowywał odbiór. W jego ujęciu każdy koncert zapowiadał się ciekawie, żadnego nie można było ominąć. Ktoś, kto nie siedzi w środku tej muzycznej bańki, mógł odnieść wrażenie, że katowickie Prawykonania to najbardziej postępowy festiwal w kraju, a wszelkie pogłoski o hermetyczności i przeintelektualizowaniu muzyki współczesnej są skrajnie chybione. Muzyczna uczta, wirtuozeria wykonawców i aktualność podejmowanych przez kompozytorów tematów – to wszystko obiecywały uśmiechające się w filmikach twarze. Profesjonalnie przygotowane materiały okazały się też świetnym gotowcem dla szukających kontekstów krytyków i słuchaczy.

To jeszcze jeden dowód na to,
że największe instytucje muzyczne w tym kraju wyruszyły w bój o serca i uszy odbiorców. Kuszą najmodniejszymi nurtami, nowoczesną infrastrukturą bądź na odwrót – przyjazną formą i zrozumiałą treścią. Komunikaty kierują zwłaszcza do tych nieco przypadkowych odbiorców, swobodnie orbitujących wokół klasyczno-muzycznych wydarzeń. Nigdy dotąd wyjście poza towarzyskie układy i środowiskowe ekosystemy nie wydawało się tak proste.

Pewnie dlatego scena muzyki współczesnej w dużym stopniu przypomina to, co dzieje się w krajowej polityce. Tak tu, jak i tam dominują ścierające się „prawica” i „lewica”, każda traktująca słuchaczy jak potencjalnych wyborców. Festiwal Prawykonań słynie z mocno konserwatywnego programu. Co dwa lata prezentują się w Katowicach artyści z różnych środowisk, a brak programowej dyscypliny sprzyja zgłaszaniu dzieł wszelakich. Jakoś utarło się, że w opozycji do Warszawskiej Jesieni czy Sacrum Profanum festiwal organizowany w NOSPR oferuje muzykę, której bliżej do wartości prawicowych – szacunku do tradycji (zwłaszcza tej barokowo-klasyczno-romantycznej), zachowawczości w rozwoju formalno-materiałowym, utrzymania hierarchii na linii odbiorca–dzieło, ze sztywnym podziałem na scenę i publiczność oraz artysta–wydawca–wykonawca. Nikogo nie dziwią stale pojawiające się w Katowicach współczesne wersje barokowych concerti grossi czy neoromantyczne koncerty na instrumenty solowe. Mile widziane są biblijna symbolika oraz odniesienia metafizyczne, choć zdarzają się też poszukiwania sonorystyczne bliższe współczesności.

Na drugim biegunie ideowej barykady sytuuje się nowa muzyka obecna na festiwalach bardziej awangardowych czy, jak kto woli, eksperymentalnych, do których oprócz wspomnianych wyżej Warszawskiej Jesieni czy Sacrum Profanum zaliczyć można m.in. wrocławskie Musica Polonica Nova i Musica Electronica Nova, Poznańską Wiosnę Muzyczną czy gdańskie Dni Muzyki Nowej. Oczywiście podział jest umowny, bo wypełniająca programy twórczość z roku na rok mniej lub bardziej przechyla się w jedną lub drugą stronę. Jednak w tej kojarzonej z lewicowym żądaniem przemian społeczno-kulturalnych muzyce można dostrzec fetysz technologii i próbę zerwania ze starym porządkiem, biernym słuchaniem na rzecz cielesnego doświadczania, a także wszelkie postulaty równościowe, z wyrównaniem proporcji między kobietami i mężczyznami na czele. Organizatorzy festiwali prześcigają się w prowokowaniu tematami i kuszeniu nowymi formatami wydarzeń, obiecując ich dopasowanie do współcześnie ukształtowanej percepcji. W praktyce jak w kołowrotku przewijają się tematy i wątki zaczerpnięte zza zachodniej granicy: postinternet, postprawda i fake news, społeczeństwo, humor – za pomocą którego można przekuć nadęty balonik wielowiekowej tradycji – filtr z popkulturą i kulturą klubową, cielesność, a wraz z nią performatyka, nowe media i nowe sposoby (wirtualnego) doświadczania.

Ale na tym nie koniec. Odwiecznemu antagonizmowi tradycji i awangardy od jakiegoś czasu wiernie towarzyszy rodzący się po obu stronach populizm. Temat ani nowy, ani odkrywczy, ale coraz wyraźniej zaznaczający swoją obecność. W innych dziedzinach sztuki już trwa rozprawianie się z mitami populizmów, co udowodniła m.in. zeszłoroczna wystawa „Skip the line! Populizm i obietnice współczesności” prezentowana w Biennale Warszawa. Nie ma co zatem dłużej negować jego istnienia na polu muzyki. Wystarczy prześledzić programy największych polskich festiwali z ostatnich dwóch lat, aby przekonać się, jak dyrektorzy i kuratorzy, a także sami artyści coraz częściej do komunikacji ze słuchaczami zaprzęgają populistyczne metody. Organizatorzy lansują idee i pomysły, wychodząc naprzeciw gustom słuchaczy. Głaszczą przy tym czule ich lęki i obawy, obiecując remedium na bolączki muzycznego światka. Wszystko w odpowiedzi na oczekiwania publiczności, które dzięki internetowi mają szerszą przestrzeń rezonowania. Bo nie o to teraz chodzi, żeby piętnować czy demaskować populistyczne zapędy, ale dostrzegać populizm i go uważnie badać. W końcu wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za jego powstanie.

8. Festiwal Prawykonań w Katowicach, NOSPR, 28–30 marca 20198. Festiwal Prawykonań w Katowicach,
NOSPR, 28–31 marca 2019
Narodzinom populizmu w muzyce sprzyjają chaos i hałas współczesnego świata. Era postcyfrowa, kumulacja rozczarowań i pasmo niepokojów. Cyfrowa rewolucja, wbrew oczekiwaniom zwolenników i obawom przeciwników, wprowadziła nowy ład, ale bez spektakularnego przełomu. Zawodzą nowe technologie, frustruje internet. Wyobrażenie demokratycznej cyberprzestrzeni, dzięki której muzyka miała wyzwolić się z okowów wielowiekowej tradycji, szybko przeobraziło się w koszmar informacyjnych baniek sterowanych algorytmami. Cyfrowe chmury z załadowanymi plikami potrafią przepaść bez słowa, a uginające się pod ciężarem danych platformy strumieniowe, takie jak Spotify czy YouTube, nie nadążają z typologiami słuchaczy, przez co odnalezienie się w ich zasobach przypomina przeprawę przez dżunglę. Chyba nikt nie przypuszczał, że taka dowolność i łatwość wyboru będą zniewalać bardziej niż ograniczona selekcja wydawców muzycznych. W czasach, gdy przynajmniej teoretycznie każdy może być swoim sterem, żeglarzem i okrętem, instytucje muzyczne w Polsce wciąż mają się dobrze. A skoro tak, ważnym forum wymiany myśli muzycznej pozostają festiwale.

Czasy sprzyjają składaniu obietnic, toteż niektórzy bezkarnie z tej sytuacji korzystają. Proponują łatwe (a przy tym przyjemne) rozwiązania, czego przykładem są tegoroczne Prawykonania. Festiwal oferował muzykę pełną emocji, kojąco-bezpieczną, niewymagającą wiele, będącą schronieniem przed postępującą digitalizacją codziennego życia. I tu na prowadzenie gładko wysunęła się stara gwardia kompozytorów, tj. Piotr Moss, Krzysztof Meyer, ale też młodsi pokoleniowo Przemysław Scheller, Klaudia Pasternak, Sonia Brauhoff, Dariusz Przybylski czy Mikołaj Majkusiak.

Nade wszystko wybił się Mikołaj Górecki. Kompozytor na co dzień mieszkający w słonecznym Teksasie przyzwyczaił nas do muzyki iście filmowej, angażującej emocje i dusze słuchaczy. Eksperymenty materiałowe woli pozamykać w pracowni, a słuchaczom zaproponować sprawdzone ścieżki brzmieniowe, w których odbiorcy nic nie muszą – ani angażować pamięci, ani wyobraźni – a w zamian otrzymują czysty hedonizm słuchania. Tak też było z utworem „Zaćmienie czasu” na wiolonczelę i orkiestrę, w którym partię solową wykonał Tomasz Strahl. Przewrotność kompozytora w wytrącaniu potencjalnych kontrargumentów z piór krytyków ujawniła też umieszczona w książce programowej dedykacja dla zmarłej żony wiolonczelisty – jakimi narzędziami analizować tak osobiste utwory?

Na tym samym festiwalu o populizm, choć w feministycznym wymiarze, otarł się Artur Zagajewski ze swoimi „Pieśniami konstruktywistycznymi” na głos żeński z perkusją i kwartet smyczkowy. Utwór jest kolejnym etapem eksplorowania znanych już pól zainteresowań kompozytora, więc zabrzmiało to, co dla muzyki Zagajewskiego najbardziej charakterystyczne – jednorodna faktura, motoryczność ponad melodię, szorstkość i agresja brzmienia, nawiązania futurystyczno-modernistyczne. Ale i tu do głosu (niepotrzebnie) doszły emocje. Przeszarżowała Agata Zubel, gubiąc w tyle Kwartet Śląski. Wprawione przez nią w ruch głośne uderzenia w perkusję sprzężone z agresywnym krzykiem nie zneutralizowały pretensjonalności chłopięco-młodzieńczych tekstów, na których opierała się warstwa wokalna. Dodatkowo feministyczny wydźwięk „Pieśni” w męskim świecie Zagajewskiego zupełnie nie mógł się odnaleźć, pozostawiając słuchaczy w poczuciu niezrozumienia idei utworu.

Ważnym tematem, który wpadł w sidła populistycznych zapędów twórców i organizatorów wydarzeń, jest permanentne niedoreprezentowanie kompozytorek w festiwalowym obiegu. Nośna kwestia wyrównania parytetów staje się ciągłym polem dysput i polemik, przeciągania liny i składania obietnic bez pokrycia. Feministyczny dyskurs napędziły najpierw Letnie Kursy Nowej Muzyki w Darmstadcie, potem manifesty i nawoływania środowisk artystyczno-lewicowych, ale dopiero gdy po świecie przetoczyła się fala #MeToo, także polskie festiwale zaczęły poważniej traktować problem nierówności płci. O ile ostatnie edycje katowickich Prawykonań czy Sacrum Profanum tę dysproporcję zmniejszyły, o tyle w przypadku dwóch ostatnich edycji Warszawskiej Jesieni równość kobiet i mężczyzn w programie koncertów okazała się czczym gadaniem. Silnie zmaskulinizowany repertuar 61. Jesieni przez dłuższy czas był kamuflowany prokobiecą kampanią reklamową, m.in. cyklem postów na Facebooku pod hasłem „Kobiety z przyszłością”. Tą samą drogą podąża drugi katowicki festiwal – Kultura Natura, którego tegorocznym hasłem przewodnim stała się, nomen omen, kobieta. Samoistnie nasuwa się pytanie: to dlaczego tylu mężczyzn znalazło się w programie koncertów? Trudno o bardziej jaskrawe przykłady populistycznego mechanizmu odwracania uwagi od niewygodnych faktów i danych.

O należyte miejsce kobiet w warszawskojesiennej przestrzeni w 2017 roku walczyła Monika Pasiecznik, autorka projektu „Série Rose”, jedynego w pełni demokratycznego pod względem prezentowania dzieł kobiet i mężczyzn. Cykl multimedialnych utworów miał przypomnieć, że współcześni twórcy tematyzują seks, jednak wciąż pozostaje on przez większość słuchaczy nieoswojony. Wśród kompozycji znalazły się perełki, jak dziewczęca kompozycja Jennifer Walshe „(your name here)” czy zmysłowa opowieść o kobiecej rozkoszy „Langue d’amour” autorstwa Laurie Anderson. Zaplanowanie takiego wydarzenia okazało się strzałem w dziesiątkę, bo jak wiadomo, seks zawsze się sprzedaje. Potwierdziły to pełne sale w Warszawie, Krakowie czy Darmstadcie. Jednak poza równością płci projekt rozczarował jednostronną – męską – perspektywą przedstawienia kobiecej seksualności, zwłaszcza w utworach napisanych przez kobiety. Powielanie stereotypów (męskich pragnień i fantazji, na których opierały się utwory) szczególnie zawiodło moje oczekiwania, ponieważ „Różowa Seria” komunikowana była jako projekt feministyczny.

Festiwal Prawykonań 2019, fot. materiały promocyjne NOSPR

Tymczasem na fali popularności sztuki feministycznej skorzystał Sławomir Kupczak. Kompozytor zaprezentował na katowickich Prawykonaniach „Divę”, utwór na sopran i kwartet smyczkowy. Dzieło w skromnej realizacji, za którą tak jak w „Pieśniach konstruktywistycznych” Zagajewskiego stała Agata Zubel i Kwartet Śląski, okazał się jednym z mocniejszych punktów festiwalu. Duża w tym zasługa mocnego tekstu Pawła Krzaczkowskiego. Oczywiście można posądzić twórców o mansplaining, wszak piszących kobiet, które sprostałyby zadaniu stworzenia równie sugestywnej warstwy tekstowej, jest całe mnóstwo. Jednak zza tej męskiej perspektywy – zderzenia figury służącej z tytułową (nieobecną) diwą – wyłoniła się przejmująca bezradność. Wymiar przemocy wobec kobiet na poziomie dźwiękowym oddawała pozornie prosta partia kwartetu, pozbawiona poszukiwań barwowych czy niekonwencjonalnych technik wykonawczych oraz klasycznie potraktowana partia wokalna. Zubel za pomocą różnych środków ekspresji – szeptów, westchnień, śpiewu melizmatycznego czy deklamacji – wydobyła emocjonalny aspekt utworu, nadając mu feministyczne i emancypacyjne przesłanie. W odróżnieniu od dzieła Zagajewskiego taki zabieg zadziałał jako metaforyczne wyzwolenie kobiecego głosu z oków męskiej (Kwartet Śląski) dominacji.

Wątki emancypacyjne, ale już nie w feministycznym, a historyczno-politycznym wymiarze, stały się wyjątkowo nośne w populistycznym dyskursie przy okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Przetwarzane, reinterpretowane, burzone i na nowo układane niepodległościowe narracje odbiły się szerokim echem i na 61. Warszawskiej Jesieni, i na krakowskim Sacrum Profanum 2018. Na tym drugim do głosu doszło wyzwolenie… słuchaczy. Organizatorzy w trosce o nowy narybek postanowili nieco ułatwić im zadanie. Cztery nurty NPDLGŁŚĆ / WLNŚĆ / EMNCPCJ / FNTZMT, które splatały się w całość repertuaru, opatrzono więc trzypoziomową skalą trudności – hardcore’u. Gest z przymrużeniem oka miał pomóc tym mniej zorientowanym odnaleźć się w gąszczu stylów i nazwisk, wydeptując ścieżki na zaś. Pomysł, nie tyle głupi, ile szkodliwy, porządkował programowe pozycje od najmniej do najbardziej awangardowych, potwierdzając oklepane przekonanie, że im mniej eksperymentów w nowej muzyce, tym lepiej dla słuchacza. I tak (darmowy!) noise’owy koncert transkrypcji w wykonaniu GGR Betong z przepisanymi utworami m.in. Pauline Oliveros czy Zbigniewa Karkowskiego otrzymał najwyższą ocenę w skali. Klasycznie populistyczne zagranie.

Wrogiem populizmów, tak w polityce, jak i muzyce, są niezależne inicjatywy, oddolne przedsięwzięcia, na których nikt nic nie podpowiada, nie ułatwia, nie steruje oczekiwaniami – wydarzenia spoza głównego nurtu lub odbywające się na jego uboczu, z dala od populistycznej retoryki. Ile wartościowych treści bez nachalnego wsparcia oferują koncerty Koła Młodych ZKP-u, kolektywu ~gen.rate, Musica Privata, Instalakcje czy Sanatorium Dźwięku w Sokołowsku. Mniejsze budżety to oczywiście mniejsza widownia, ale w zamian mniej popularne tematy i śmielsze eksperymenty, a także przestrzeń dla najmłodszej generacji twórców, urodzonych w latach 90., których nazwisk stale brakuje na festiwalowych afiszach.

Jeśli ktoś naprawdę zyskuje na natężeniu populizmu w muzyce, to z pewnością jest to Paweł Mykietyn. Kompozytor jak nikt inny łączy wszystkie cechy skutecznego populisty – na koncerty ze swoją muzyką przyciąga tłumy, w swoich utworach żongluje emocjami i konwencjami, operuje groteską, nie stroni ani od ładnych melodii, ani prostych rytmów, a przy tym komponuje na tradycyjny aparat orkiestrowy, choć jak sam przyznaje, może to być oznaką ekscentryzmu. Jego utwory, mimo że oparte na matematycznej logice, pozostają miłe dla ucha i strawne w odbiorze, także dla słuchaczy spoza kręgów muzyki współczesnej. Jest w tym pewien paradoks, bo zamiast ułatwiać odbiór, utrudnia – pozostawia słuchaczy z poczuciem dysonansu poznawczego, zmuszając do własnych interpretacji. A kiedy już wypowiada się w filmach PWM-u, robi to na własnych zasadach, poza studiem, zdradzając tak naprawdę tylko to, co słuchacze chcą usłyszeć.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).