ŚLEDZTWA
RUDEGO KOTA:
Życie i śmierć na wyspie

Tomasz Fiałkowski

Jeszcze 1 minuta czytania

Dlaczego czytam ten kryminał? Na Islandię dotąd nie dotarłem i może nigdy nie dotrę. Zestaw wątków, wokół których zbudowano intrygę – narkotyki, zbuntowana młodzież, konflikty między tubylcami a imigrantami, inwestycje niszczące środowisko, wielkie koncerny zjadające małe rodzinne firmy – jest dziś standardowy. Narrator-dziennikarz prowadzący prywatne śledztwo – też już było. A że pije i próbuje rzucić nałóg? Wśród detektywów picie to norma. W dodatku na pierwszych stronach znajduję fatalne wpadki korektorskie: ktoś chodzi po plaży w samych „gadkach”, ktoś inny od czegoś „obstrachuje”.

Mimo to powieść Islandczyka Arniego Thorarinssona (rocznik 1950) czytam dalej z rosnącą ciekawością. Rozwiązanie zagadki daje się od pewnej chwili przewidzieć, nie jest jednak banalne. Przede wszystkim zaś wciąga opis życia w wyspiarskim kraju, który liczy sobie tylu mieszkańców, ile Białystok, i który stał się czymś w rodzaju laboratorium kryzysu. „Sztuka grzechu” wydana została przed jego wybuchem, w roku 2005, ale horyzont już się w niej zaciemnia.

Zresztą pal licho kryzys, rzecz jest bardziej uniwersalna. Kryminały czytam nie tylko dla rozwiązywania szarad, których schemat się powtarza. Kieruje mną też tęsknota za powieścią, która jeśli nawet nie jest zwierciadłem obnoszonym po gościńcu, to przynajmniej zawiera garść wiarygodnych realiów, zatrzymuje klimat czasu i miejsca.

Stanisław Barańczak podzielił kiedyś powieść kryminalną na detektywistyczną, skupioną na rozwikłaniu szarady, i kryminalno-sensacyjną, gdzie ważniejsza jest zbrodnia jako problem psychologiczny, społeczny czy moralny, a tym samym szczególnego znaczenia nabiera tło. Mroczne San Francisco Dashiella Hammetta, kalifornijskie pejzaże Rossa MacDonalda, prawdziwie balzakowskie studia dzielnic Paryża i francuskiej prowincji u Georgesa Simenona…

Także w detektywistycznych powieściach Agathy Christie znajdziemy mnóstwo obyczajowych i historycznych szczegółów. Skąd się wziął belgijski detektyw Hercule Poirot? Ano stąd, że podczas I wojny światowej na Wyspy trafiło wielu emigrantów z okupowanej przez Niemców Belgii. Mamy też u Agathy angielską codzienność czasu następnej wojny i lat powojennych, żywność na kartki i czarny rynek, a nawet rewolucję obyczajową lat sześćdziesiątych, którą konserwatywna autorka obserwuje z wyraźną odrazą…

Zaryzykuję śmiałe twierdzenie, że i peerelowska „powieść milicyjna”, stanowiąca główny przedmiot studium Barańczaka – schematyczna, zideologizowana i literacko na ogół kompletnie beznadziejna – bywa niezłym źródłem dla poznania tamtych czasów. Pokazuje choćby, jakie obowiązywały wówczas kryteria luksusu – wystarczy przeczytać którykolwiek z wielu opisów willi podejrzanego kombinatora bądź badylarza (młodszych czytelników informuję, że chodziło po prostu o ogrodników). Zestawiając zaś drogie trunki, jakie piją złoczyńcy, otrzymamy po prostu listę towarów oferowanych za dolary bądź „bony walutowe” w sklepach Peweksu.

Wróćmy jednak na Islandię i do Einara, dziennikarza stołecznej „Gazety Popołudniowej”, którego zesłano na północ wyspy, do miasta Akureyri, by pomógł rozkręcić lokalny oddział pisma. Einar ma, poza nałogiem, sporo innych kłopotów – nadętego i niekompetentnego zwierzchnika w stolicy, niepozbieranego i przeżywającego kryzys małżeński szefa oddziału, a w dodatku musi opiekować się cudzą papugą. I do tego kolejne zbrodnie.

Wspiera go tylko sympatyczna koleżanka fotograf, zresztą lesbijka, i pewna staruszka w domu opieki. A w tle – prowincjonalne miasto i dziwny świat, w którym nowe miesza się ze starym. Młodzi ćpają, rozwiązanie zagadki kryminalnej kryje się w elektronicznym gadżecie – ale akcja koncentruje się wokół szkolnego przedstawienia neoromantycznego dramatu, którego bohater to islandzki Faust…

Współcześni autorzy kryminałów chętnie uciekają w przeszłość, tę bliższą, jak lata międzywojenne, i tę całkiem odległą – do średniowiecznej Walii, starożytnego Rzymu… Mimo wielkiej sympatii dla walijskiego mnicha-detektywa Cadfaela, wolę jednak teraźniejszość. Choćby islandzką. A że powieści Donny Leon, Andrei Camilleriego czy – zwłaszcza – Henninga Mankella zawierają sporą dawkę politycznej poprawności? W Polsce akurat na jej nadmiar nie sposób narzekać.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.