Muzyka niczego nie zmienia
The Ramones, fot. josunshine, PD, CC0 1.0

21 minut czytania

/ Muzyka

Muzyka niczego nie zmienia

Rozmowa z Dannym Fieldsem i Gillian McCain

John Lydon powiedział: „Nie chcę, żeby określała mnie moda”. Punk to nie jest moda, punk jest właściwie przeciwko wszystkiemu

Jeszcze 5 minut czytania

KRZYSZTOF CIEŚLIK: Legs McNeil ukuł termin „punk”, czy raczej skojarzył go z muzyką, zakładając fanzin pod takim tytułem. Zacznijmy od tego, co to słowo znaczyło na początku. Chodziło bardziej o muzykę czy styl życia?
GILLIAN MCCAIN:
Punk oznaczał najpierw młodocianego przestępcę. Zmiataj mi z drogi, punku. A w więzieniu…

DANNY FIELDS: …był to chłopak, którego pieprzyli starsi więźniowie. To stare słowo.

GILLIAN: Potem używano go, aby opisać garażowe kapele. Legs ukuł go w tym sensie, że wykorzystał do opisu sceny związanej z nowojorskim klubem CBGB, z The Ramones, z całą tą wrażliwością. Jak to widzisz Danny?

DANNY: Tak, a potem był brytyjski punk, który narodził się niemal równolegle, tyle że był upolityczniony, agresywny, zaangażowany i pełen gniewu.

Macie takie poczucie, że amerykański punk jest niedoceniany?
GILLIAN: Nie sądzę, żeby był niedoceniany…

A jego amerykańskie źródła?
GILLIAN:
Ach, masz na myśli to, że narodził się w Nowym Jorku. Cóż, myślę, że wielu ludzi sądzi, że wszystko zaczęło się w Wielkiej Brytanii, a to z powodu Sex Pistols, całego medialnego szumu wokół nich, tego, jak się ubierali, wymiotowania na wizji. Przecież oni codziennie pojawiali się u Waltera Cronkite’a (legendarnego amerykańskiego dziennikarza, który przez niemal dwie dekady prowadził główne wydanie wiadomości w CBS).

DANNY: To była wspaniała muzyka, ale stała się słynna dzięki temu, że trafiała do wiadomości telewizyjnych. Sex Pistols dużo broili z inspiracji Malcolma McLarena i chyba nie mieli nic przeciwko temu. Do tego dochodziło całe to No Future i pewna bezmyślność. Punk w Anglii był zdecydowanie bardziej upolityczniony.

Ale każdy zespół jest inny. Nigdzie nie było wywieszki na drzwiach z napisem „Proszę wchodzić, tu grają punk”. Dopiero później zaczęto używać tego słowa na określenie zjawiska.


Richard Hell, jeden z bardziej chyba niedocenianych amerykańskich punków, powiedział, że „w Anglii było parcie na to, żeby wszystko robić w możliwie najbardziej debilny sposób. Rozumiesz, wszystko miało być tak szokujące, obrzydliwe i debilne, jak tylko się da – a ja już to przerabiałem”. Jakie były największe różnice między amerykańskim a brytyjskim punkiem poza polityką, o której już wspomniałeś?
DANNY
: Początek lat 70. w Anglii był trudny. Ludzie czuli się opuszczeni. Nie wiem, czego pragnęli. Dla nas to był zupełnie inny świat.

Dlaczego w takim razie w amerykańskim punku nie było polityki? Nie było przeciwko czemu protestować, bo skończyła się wojna w Wietnamie?
DANNY
: To był show-biznes. Nikomu nie przyszło do głowy mieszanie go z polityką. Muzyka nie jest skuteczna politycznie. Muzyka niczego nie zmienia. Ale wydaje mi się, że w tamtym czasie nie było w amerykańskim społeczeństwie gniewu, który mogłoby ono skierować przeciwko rządowi, systemowi władzy. Wszyscy cieszyli się wolnością. Poza tym to Ameryka, ogromny kraj, trudno mówić o nim w całości. Wielka Brytania jest mniejsza, więcej rzeczy dzieje się w jednym miejscu, łatwiej to uchwycić.

Czy Brytyjczycy ukradli punk Amerykanom? A może zrobił to sam Malcolm McLaren? Bo przecież kazał Pistolsom pisać takie piosenki, jak „Blank Generation” Hella i Voidoids.
GILLIAN
: McLaren przyjechał do Stanów i został menadżerem New York Dolls. Widział, co się dzieje. Widział fryzury rodem z kina francuskiej Nowej Fali, podarte koszulki… Dostrzegł w tym coś bardzo nowoczesnego i nowatorskiego, a potem wziął ze sobą do Anglii i zrobił z tego dużą rzecz. Angielski punk był bardzo nastawiony na modę. W Stanach Zjednoczonych tak nie było.

DANNY: To dlatego, że Malcolm i Vivienne mieli sklep z ciuchami, więc to było naturalne.

GILLIAN: Ale jak spojrzy się na zdjęcia Dereka Ridgersa, który obserwował brytyjski punk od samego początku, to widać, że wszyscy wyglądają inaczej, starają się wyróżnić makijażem, agrafkami, guzikami. Nowojorski punk wygląda na zdjęciach dużo bardziej jak bohema, jest bardziej elegancki.

DANNY: W pierwszej fali punk rocka w latach 1975-76 nie było w Nowym Jorku dwóch podobnych do siebie zespołów. Television było wspaniałym, gitarowym, psychodelicznym zespołem, The Ramones opierali swoją grę na energii i melodiach, Talking Heads byli studiującymi intelektualistami, a Blondie nagrywało hity z Giorgiem Moroderem. Chcecie nazywać nas wszystkich punkowcami? W porządku, to proste, cztery litery, kończy się na „k”…

GILLIAN: Zmierzasz do tego, Danny, że termin „punk” w Stanach bardziej odnosił się do sceny muzycznej niż do samej muzyki?

Gillian McCain

Kanadyjska poetka, pisarka i kolekcjonerka fotografii. Współautorka książek „Please kill me. Punkowa historia punka” oraz „Dear Nobody. The True Diary of Mary Rose” (obie napisane wspólnie z Legsem McNeilem), a także „Help Me. Found Photos from the Collection of Gillian McCain” (z Megan Cump). Autorka dwóch tomików wierszy: „Tilt” oraz „Religion”.

DANNY: Tak, zresztą pokaż mi jakieś zdjęcie, które uważasz za punkowe. Dlaczego niby takie jest? Bo ktoś ma agrafkę w nosie? Czy ja wiem? John Lydon powiedział: „Nie chcę, żeby określała mnie moda”. Punk to nie jest moda, punk jest przeciwko… właściwie przeciwko wszystkiemu. Punk to anarchia, jak w sztandarowej piosence Pistolsów. Punk uważa, że nie ma z góry narzuconych reguł. Nie chodzi o takie czy inne włosy albo o jakiś makijaż.

Danny, byłeś menadżerem i załatwiałeś kontrakty prawie wszystkich najważniejszych amerykańskich kapel punkowych: MC5, The Ramones, The Stooges. Z którą z nich najtrudniej ci się pracowało?
DANNY
: Nie powiedziałbym, że z którąś pracowało się źle. Trudno pracuje się z dupkami, geniusze to wyzwanie. Oni wszyscy byli wyzwaniem, trudno było co najwyżej przebić się z nimi do szerszej publiczności, sprawić, by zainteresowały się nimi wytwórnie płytowe, rozgłośnie radiowe i promotorzy. To jest strasznie wymagająca część tej pracy. Droga do sławy jest wyboista, kariera to prawdziwe wyzwanie. Ale współpraca z nimi była przyjemnością.


„Nie cierpiałem Joan Baez i Dylana – te wszystkie ważkie kwestie poruszane w każdej piosence!” – mówi na początku „Please Kill Me” John Cale z The Velvet Underground. Czy amerykański punk wziął się ze sprzeciwu wobec tych wszystkich poszukiwań filozoficznych „poetów rocka”?
GILLIAN:
W punku nie było za wiele filozofii ani wielkich pytań. „I Wanna Go Down to The Basement”…

DANNY: „I Don’t Wanna Go Down to The Basement”! [tytuł piosenki The Ramones – przyp. red.] To mówi na ten temat wszystko.

GILLIAN: Racja, nie chcę schodzić do piwnicy. Albo: „moja dziewczyna płacze pod prysznicem” [cytat z „Chinese Rocks” Thundera i Heartbreakers – przyp. red.]. Na pewno w tekstach Patti Smith jest trochę filozofii.

DANNY: Może i tak.

Danny Fields

Menadżer The Ramones i The Stooges, jedna z najważniejszych postaci w historii punk rocka; pracował dla wytwórni Elektra Records z Detroit, dla której zakontraktował The Stooges i MC5, a także promował The Doors

Za dużo czytała. Wszystkich tych francuskich poetów, Baudelaire’a, Rimbauda.
DANNY
: Pełna zgoda.

Czy punk rock był antyintelektualny?
GILLIAN
: Nie w przypadku Patti Smith.

DANNY: Nie wiem, co to w ogóle znaczy?

GILLIAN: No ale Danny, przecież dzieciaki związane ze sceną czytały Baudelaire’a, oglądały filmy Godarda.


DANNY
: Nie czytały! Uczyły się tylko, jak wymawiać ich nazwiska. Nie powiedziałbym, że punk miał jakiekolwiek intelektualne korzenie. To była muzyka pop. Inteligentna – tak. Ale nie intelektualna. Intelektualizm oznacza próbę znalezienia odpowiednich słów dla nazwania pewnych zjawisk. A tutaj chodziło o muzykę, o tańczenie. Jak coś takiego nazwać?

Zabawą?   
DANNY
: Tak, chodziło o zabawę.

Jakie były źródła amerykańskiego punka na poziomie społecznym? Czy wziął się w jakiejś mierze z rozczarowania „latem miłości” i rządami Nixona?
GILLIAN
: Sądzę, że ludzie mieli dość hipisów, wszystkich tych uśmiechniętych twarzyczek i haseł w rodzaju peace & love. Życie dzieciaków, które stworzyły punk rock, nie wyglądało w ten sposób.

DANNY: I jeszcze te okropne ubrania…

GILLIAN: Ale myślę, że młodzież miała po uszy rocka stadionowego.

Kogo konkretnie?
DANNY
: Deep Purple.

GILLIAN: Emerson, Lake & Palmer.

Legs Mc Neill, Gillian McCain, Please Kill Me, wyd. Czarne 2018Legs Mc Neill, Gillian McCain, „Please Kill Me. Punkowa historia punka”. Przeł. Andrzej Wojtasik, Wydawnictwo Czarne 2018, 624 strony, w księgarniach od marca 2018 DANNY: Ale z drugiej strony, hard rock to hard rock. Led Zeppelin byli zespołem hardrockowym. Grand Funk Railroad grali na stadionach i w gruncie rzeczy MC5 ich przypominało. Tyle że MC5 dodało do tego politykę i to ich zabiło. Próbowali się angażować i to był koniec ich kariery. W amerykańskim show biznesie nikt nie chce polityki. Polityka ujdzie na sucho tylko Barbrze Streisand.

Dziś może też Kendrickowi Lamarowi.
DANNY
: Komu?

GILLIAN: Kendrickowi Lamarowi.

To taki zaangażowany raper. Skoro już jesteśmy przy MC5 i polityce, to Wayne Kramer powiedział, że ich „program polityczny sprowadzał się do dragów, rock’n’rolla i pieprzenia się na ulicach”. Ale zauważyłeś wcześniej, Danny, że polityka nie była ważna dla amerykańskich punków.
DANNY
: Kramer wymyślił chwytliwy slogan, który dobrze brzmi i przemawia do dzieciaków. Który 14-latek nie marzy o rock’n’rollu, narkotykach i pieprzeniu się na ulicach? Tak naprawdę o to chodziło w punku. Zresztą wszyscy to lubią, podobnie jak upraszczające hasła o maoizmie i lufie pistoletu. Ale przecież nikt tak naprawdę nie chciałby, żeby ludzie robili takie rzeczy na ulicach. To domena psów. W tym wszystkim chodziło o wolność.


Czy świat punka był światem outsiderów, którzy nie mieli swojego miejsca?
DANNY
: Tak. Przykładowo Ramonesów zbliżyło to, że chodzili do dużego liceum, w którym nie znosili wszystkich, z wzajemnością. Byli czwórką wyobcowanych chłopaków. W ten sposób się poznali. Założyli kapelę, nie chcieli pracować w fabryce ani być księgowymi czy dentystami.

GILLIAN: Ale chodziło też o gust muzyczny. Mój mąż jest ode mnie o sześć lat starszy, jako 16-latek założył fanzin, przyjaźnił się z innymi ludźmi prowadzącymi fanziny – i tych całych dwudziestu ludzi, którzy słuchali wtedy The Stooges, znało się nawzajem.

DANNY: The Ramones byli taką czwórką chłopaków z liceum, w którym nikt nie słuchał The Stooges. I to właśnie za sprawą albumu The Stooges znaleźli się ostatecznie w jednym pomieszczeniu. W zasadzie nie przyjaźnili się, po prostu postanowili założyć kapelę. Stało za tym przekonanie, że skoro udało się The Stooges, to czemu im miałoby się nie udać? To ważna część punk rocka: zrób to sam.

New York Dolls, którzy inspirowali wszystkie te kapele (nie tylko amerykańskie, ale i brytyjskie), zaczynali w podobny sposób. „Nie uczęszczamy do akademii muzycznej. Fajnie, że ludzie to robią, ale to nie dla nas. Nie podbijemy świata wirtuozów”.

GILLIAN: „I nie chodzimy po ciuchy do domów towarowych Bloomingdale’s, a do Armii Zbawienia”. Zrób to sam, wykombinuj coś.

DANNY: Dokładnie – zrób to sam, wymyśl, zaprojektuj, nie wyglądaj jak z reklamy.

 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 

Danny Fields i Gillian McCain

„Punk rock to właściwie po prostu rock’n’roll. Nie tworzyliśmy w muzyce niczego nowego. Ważne, żeby ludzie zrozumieli jedno: byliśmy w takim wieku, że dorastaliśmy w czasach, gdy w radiu panowała muzyka pop: Buddy Holly, The Everly Brothers, Little Richard i Chuck Berry. Nasza muzyka nie była nowa. To był powrót do trzyminutowych numerów” – powiedział Eliot Kidd z takiego mało znanego punkowego zespołu The Demons. Co w takim razie było tak pociągającego w punku, skoro można było cofnąć się do Buddy’ego Holly’ego czy Chucka Berry’ego i znaleźć podobne kawałki? A może wcale nie były podobne?
DANNY
: Zawsze istniały takie piosenki. Ale nikt nie chce cofać się do staroci. Zresztą tak naprawdę to niemożliwe. Byłoby to wtórne, odtwórcze. Owszem, The Ramones wracali do prostej melodii, prostych tekstów i krótkich kompozycji. Czy to oznacza wtórność? Nie brzmieli przecież jak Buddy Holly. Mogli go lubić, ale go nie przypominali. Wszyscy wielcy songwriterzy mieli jakieś wzory i nie tworzyli w próżni.

GILLIAN: The Ramones stworzyli własne brzmienie, próbując naśladować brzmienie innych artystów, np. Bay City Rollers. Stwierdzili, że nie są wystarczająco dobrzy, by grać jak Bay City Rollers.

DANNY: Sex Pistols i The Ramones uwielbiali Bay City Rollers, bo mieli oni kawałek na pierwszym miejscu listy przebojów. I to był powód, żeby kogoś uwielbiać.


Czy celem sceny punk rockowej było łamanie tabu, czy chodziło po prostu o to, żeby rzucać przekleństwami w radiu?
DANNY
: Nie wydaje mi się, żeby to był cel. Łamało się tabu, żeby przyciągnąć uwagę. Kiedy Sex Pistols przeklinali w telewizji, nazajutrz pisano o tym w gazetach. To było typowe działanie dla rozgłosu. Ale nie sądzę, żeby powiedzenie „kurwa” w radiu mogło być życiowym celem.

Pistols zyskiwali uwagę mediów, choć mieli tak dobre piosenki, że nie musieli przeklinać na wizji. Na tym jednak opierał się ich image: ubierali się i wypowiadali w konkretny sposób. Do tego dochodziła dezynwoltura i przemądrzałość. I talent. Byli wspaniałym zespołem przez te ich pięć minut.

W 2014 roku w „New York Timesie” pisano, że „przekonująco można by dowodzić, iż bez Danny’ego Fieldsa nie byłoby punk rocka”. Czujesz się ojcem chrzestnym punka?
DANNY
: „New York Times” myli się we wszystkim. Punk rock narodził się dzięki artystom.

GILLIAN: No tak, ale gdybyś ich nie odkrył…

DANNY: Ktoś inny by to zrobił.

GILLIAN: Niekoniecznie.

DANNY: Miałem szczęście. Nie wierzę, że tak po prostu by przepadli. Poza tym odkryłem wielu artystów, o których nigdy nie słyszeliście. Nawet ja ich nie pamiętam.

Zgodzilibyście się, że punk był pierwszym postmodernistycznym gatunkiem popowym?
DANNY
: Postnowoczesnym? Punk był współczesny! To była muzyka tamtej epoki. Tworzyli go młodzi ludzie po dwudziestce. Nie wiem, co znaczy postnowoczesny.

GILLIAN: Kiedy czyta się dziś prasę muzyczną, często można na trafić na zdania w stylu: „Ta kapela to skrzyżowanie The Ramones, Jesus and Mary Chain i Chucka Berry’ego”. Punk był tak oryginalny, że nikt nie powiedziałby, że coś brzmiało przykładowo jak Chuck Berry i Emerson, Lake & Palmer w jednym.

DANNY: Bardzo dziękuję za te słowa. To okropnie żałosne, gdy trzeba się bawić w te wyliczanki i porównania. To muzyka. Słuchasz jej, a potem odpowiadasz sobie na pytanie, czy mogę do niej tańczyć. Zostawmy słowa, posłuchajmy. Wiem, że obracamy się teraz w branży słów, ale muzyka ich nie potrzebuje.

GILLIAN: Punkowcy wpłynęli na innych, sami nie ulegali za bardzo wpływom. Co lubili The Ramones?

DANNY: Lubili 1910 Fruitgum Company, lubili bubblegum rock, lubili głupie, proste piosenki, które leciały w radiu. Joey Ramone uwielbiał The Ronettes. Wszyscy bez wyjątku kochali hity, bo sami chcieli je nagrywać. Chcieli odkryć tajemnicę przeboju. Każdy hit, który słyszeli, w jakiś sposób ich do tego przybliżał. Zresztą to samo można powiedzieć o każdym muzyku, który dąży do czegoś podobnego. The Beatles słuchali brytyjskiej muzyki musicalowej. To była muzyka dla wszystkich. Można do niej przytupywać, można ją wspólnie śpiewać i się przy tym uśmiechać. The Beatles ją lubili. W Anglii istniała tradycja musicalowa, tradycja wspólnego śpiewania. Piosenki Beatlesów były podobne: proste, głupie, ale bardzo inteligentne. Prostota wymaga inteligencji.


Głupota też.
DANNY
: „I Want to Hold Your Hand”, no ja cię proszę… To nie jest postmodernistyczny ani intelektualistyczny kawałek. Jest po prostu świetny.

Trudno się z tym spierać.
DANNY
: Tak samo jak trudno się spierać z tym, że „96 Tears” grupy ? and the Mysterians to świetny numer. Punkowcy się nim inspirowali. Jak zrobić coś tak prostego i trafić do radia? Coś tu jest na rzeczy.

Czytałem w zeszłym roku „Meet Me in the Bathroom” Lizzie Goodman. To historia mówiona nowojorskiej sceny muzycznej z przełomu wieków. Czy sądzisz, Gillian, że tego rodzaju forma opowiadania najlepiej się sprawdza, gdy mówi się o muzyce?
GILLIAN
: Wydaje mi się, że to w ogóle najlepsza forma opowiadania. Dzięki temu poznajemy zdanie samych bohaterów historii.

DANNY: Którzy przy okazji są sławnymi muzykami, a każdy chce wiedzieć, co mają do powiedzenia sławni ludzie. W „Please Kill Me” to właśnie dostajemy.

GILLIAN: Ale można zrobić wspaniałą historię oralną bez sławnych postaci. W tego rodzaju opowieści musi być po prostu grupka powiązanych ze sobą ludzi. Nie sądzę jednak, żeby musieli być sławni…

DANNY: No tak, ale to pomaga. Bo kogo dać na okładkę?

GILLIAN: Podobała ci się ta książka Lizzie Goodman?

Tak, świetna rzecz, chyba lepsza niż większość tamtych kapel.
DANNY
: O czym ona jest?

GILLIAN: O The Strokes, Interpolu. Jeszcze jej nie czytałam.

DANNY: Nie znosiłem The Strokes. Uważałem, że to takie o dwie klasy gorsze Television. Ale byli śliczni. I na pewno nie narzekali na powodzenie.

Było tam kilka fajnych zespołów. The Rapture, Yeah Yeah Yeahs. Interpol przypominał Joy Division.
GILLIAN
: Joy Division spotyka…

Lepszego wokalistę. Danny, obserwujesz scenę muzyczną od półwiecza. Nie masz wrażenia, że rock’n’roll jest w defensywie? Są zespoły, których lubisz słuchać?
DANNY
: Oczywiście, że tak. Są takie, które lubię oglądać, których lubię słuchać i do których lubię tańczyć. Nie zdarza mi się słuchać z wielkim entuzjazmem płyt. Ale lubię być tam, gdzie coś się dzieje. Lubię, gdy dźwięk mnie obezwładnia. Lubię, gdy jest głośno i nic innego się nie liczy. Lubię zamknąć oczy, a potem je otworzyć. Wspaniała sprawa.

Ale masz wrażenie, że rock’n’roll jest tak ważny jak kiedyś?
DANNY
: Dla dzieciaków? Tak sądzę, ale trzeba by ich spytać. To ich muzyka. Ja chcę zobaczyć tę energię, zobaczyć, co ci ludzie robią, jak brzmią. Wtedy mogę ocenić, czy ktoś jest dobry. Nie przewidzę tego na podstawie nagrania.

Są w Nowym Jorku takie miejsca, gdzie rock’n’rollowe knajpy można znaleźć na każdym rogu. A jak człowiek ma 19 lat, to nie musi światu nic udowadniać, a już na pewno nie tego, że jest rock’n’rollowcem. Po prostu się to robi.

Niektórym kapelom z tamtych czasów nie udało się zrobić kariery, choćby The Voidoids, których dziś właściwie nikt nie kojarzy. Dlaczego tak się stało?
DANNY
: Za dużo ćpali heroiny.

GILLIAN: Richard Hell mówi w „Please Kill Me”, że go to znudziło, że już nie chciał takiej kariery, że nie wiedział, dlaczego ludzie przychodzą na jego koncerty. Myślę, że chciał zostać pisarzem.

DANNY: W każdym przypadku za karierą lub porażką kryje się inny powód. Niekoniecznie chodzi o talent, raczej o okoliczności, o szczęście, o to, kim są twoi partnerzy z zespołu.

GILLIAN: Ale The Voidoids bez wątpienia zniszczyły narkotyki.

DANNY: Heroina zwykle nie pomaga kapelom. Bo jak już się zacznie, to staje się ważniejsza od pracy i nie można przestać.

GILLIAN: Trzeba ją zdobyć, trzeba znaleźć pieniądze…

DANNY: Wszystko za 30 sekund dobrego samopoczucia. A kapele muszą ciężko pracować. Kariera to ciężki kawałek chleba. Trasa koncertowa jest wyzwaniem, współpraca z innymi świrami też. A potem jeszcze musisz sprawić, żeby to, co robisz, spodobało się tym wszystkim obcym ludziom, którzy za to zapłacili.

GILLIAN: Bob Quine wspominał, jak pojechali z Hellem i The Voidoids do Londynu. Ściśnięci w samochodzie dotarli na salę koncertową, ludzie na nich pluli, rzucali w nich różnymi przedmiotami. I to był taki moment, w którym Quine zadał sobie pytanie, czy to naprawdę coś, co pragnie robić.

A która punkowa kapela wydaje wam się dziś najbardziej niedoceniana?
GILLIAN
: Może Television?

DANNY: Tak, chyba Television. To bodaj najlepsza kapela z tamtych czasów. I najmniej punkowa. Naprawdę wielki zespół, chyba większy niż wszystkie te, o których rozmawialiśmy, ale nie wolno mi tego mówić!


GILLIAN
: Pamiętam, jak Television byli w trasie i usłyszeli w radiu The Cars. „Stary, po zawodach”, taka mniej więcej była ich reakcja.

DANNY: Jak The Ramones dowiedzieli się, że w Madison Square Garden zagra The Police, powiedzieli: „Co do chuja?! The Police? Oni są straszni”. No tak, ale mieli przeboje. Poza tym nie byli tak straszni, po prostu nie byli wspaniali. Chcieliśmy kapel, które są fantastyczne, a nie tylko w porządku.

GILLIAN: CBGB i wszystkie tamtejsze zespoły były wspaniałe.

DANNY: W dużej mierze wynikało to z akustyki. W CBGB było tak, jakby mieszkało się w środku gitary marki Martin. W tamtejszym brzmieniu było coś magicznego. Przeciętny zespół brzmiał dobrze, dobry naprawdę świetnie, a wspaniały kosmicznie. W pewnym momencie wpakowali tam 100 tysięcy dolarów, wtedy ogromną sumę pieniędzy, w polepszenie sprzętu nagłaśniającego. I nic to nie zmieniło. Nie było ani lepiej, ani gorzej. Nadal akustyka w CBGB była niesamowita. Dźwięk dobiegał z każdej strony. Człowiek siedział w dźwięku.

GILLIAN: Jak w łonie.

DANNY: Tak, to było coś totalnego. Taka powinna być muzyka.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).