W kontrze do normy
„Coś o mnie i o Tobie”, Jan Możdżyński, dzięki uprzejmości artysty

W kontrze do normy

Rozmowa z Janem Możdżyńskim

Czuję się niedopasowany. I przestałem się tym krępować. Nie maluję obrazów o stoczniowcach i motoryzacji, bo to mnie nie interesuje

Jeszcze 4 minuty czytania

ARKADIUSZ GRUSZCZYŃSKI: Dlaczego ASP?
JAN MOŻDŻYŃSKI: Od zawsze rysowałem.

Każde dziecko rysuje, to jeszcze nie powód.
Rodzice mi w tym pomogli.

Są artystami?
Nie. Mama jest pisarką, a tata dziennikarzem, ale mają sporo znajomych ze środowiska artystycznego. Kiedy byłem mały, moi rodzice sprawdzali, w czym jestem uzdolniony, zapisując mnie na różne zajęcia pozalekcyjne.

I wyszło, że jesteś uzdolniony plastycznie?
Właśnie. Wtedy nie podobało mi się katowanie kółkami plastycznymi. Rysowanie polubiłem dopiero w gimnazjum. Chodziłem też do szkoły muzycznej, grałem na pianinie, którego nienawidziłem. A teraz uwielbiam. Potem poszedłem do klasy plastycznej w liceum.

A potem na ASP?
Nie, na prawo.

Dlaczego?
Rodzice mnie zmusili. Nie chciałem w ogóle studiować ze względu na rozpoczętą karierę sportową.

Co trenowałeś?
Boks w Gwardii Warszawa.

Jan Możdżyński

Studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Swoje obrazy pokazywał na wystawach w Stroboskopie, Galerii Szarej, Sercu Człowieka, podczas Festiwalu Pomada. Finalista 17. edycji konkursu Artystyczna Podróż Hestii.

Od kiedy tam chodziłeś?
Od początku liceum, bo byłem dosyć agresywnym dzieckiem, które parokrotnie wyrzucano ze szkół. Biłem kolegów, więc rodzice chcieli, żebym przenosił tę agresję gdzie indziej. Tak mi się spodobało, że zacząłem opuszczać szkołę. Aż do momentu, kiedy tata poprosił o pomoc trenera, który przekonał mnie, że muszę przygotować się do matury.

Co ci dał boks? Uspokoiłeś się?
Zdecydowanie. Mogłem się skupić. Boks nie jest, jak często się o nim myśli, sportem dla bezmózgowców. To są „szachy na szybko”, ponieważ boks wymaga szybkiego i konkretnego myślenia. Tak jak w szachach, które bardzo lubię, bardzo ważny jest debiut, czyli rozpoczęcie gry. I wtedy trzeba po prostu reagować na przeciwnika. Boks poza tym jest podzielony na rundy. Pierwszą z nich rozgrywa się badawczo. Patrzy się na to, co przygotował zawodnik, jaką przyjął strategię i na co może sobie pozwolić. Zawsze byłem kontrbokserem, więc wciągałem go w swoją defensywę.

Dalej boksujesz?
Codziennie o 11.00 obok dawnej galerii Dawida Radziszewskiego (na warszawskiej Woli) prowadzę darmowe zajęcia dla znajomych. Są wśród nich prawnicy, architekci, artyści, studenci i krytycy sztuki. Ostatnio zrzuciliśmy się na worek treningowy. Co ciekawe, przychodzą głównie dziewczyny. Może dlatego, że boks daje poczucie bezpieczeństwa? Poza tym dzięki treningom można szybko spalić tkankę tłuszczową. No i jest miła atmosfera.

A czy wykorzystywałeś boks w sztuce?
Zdarzyło mi się kilka razy być zaproszonym do przeprowadzenia treningu, który jednocześnie był performansem. Ale coraz częściej myślę o tym, żeby coś zrobić ze sportem, bo w końcu robię sztukę o samym sobie.

Jan MożdżyńskiJan Możdżyński

Czym kiedyś objawiała się ta twoja agresja?
Wystarczył jakiś drobny impuls, żeby mnie sprowokować.

Jaki?
W podstawówce kolega za głośno odsuwał się krzesłem od ławki. Tak mnie to wkurzyło, że musiałem go uderzyć. Inny kolega pod koniec gimnazjum powiedział mi, że jakiś chłopak robi coś z moją kurtką. Zbiegłem do szatni, znalazłem go, złapałem i działając pod wpływem impulsu, uderzyłem w jego głowę drzwiami od szatni. Aż do krwi. Wyrzucili mnie za to ze szkoły. Dzisiaj kontroluję te emocje.

No dobra, skończyłeś prawo. Dlaczego nie zostałeś więc prawnikiem?
W pewnym momencie nawet zaczęło mi się podobać, że staję się bardziej świadomy ustroju prawnego. A poza tym naoglądałem się amerykańskich filmów o prawnikach i chciałem być kimś takim. Podobały mi się przemowy, retoryka, sztuka wypowiedzi. Ale wyobrażenia rozminęły się z rzeczywistością, kiedy poszedłem na praktyki do dwóch bardzo dobrych warszawskich kancelarii. Zobaczyłem, że to nie jest dla mnie.

Co ci się nie podobało?
Byłem chłopakiem na posyłki.

Wszyscy od tego zaczynają.
Wiem, ale niektórzy to akceptują. Mnie zniechęciło.

A czy w środowisku artystycznym nie jest podobnie? Najpierw robisz wystawę z kolegami gdzieś na chacie, a potem, jeśli masz szczęście, jesteś zdolny i zawczasu nie zniszczy cię kapitalistyczny system, idziesz dalej.
Ale w tym przypadku robisz coś, co cię kręci. Mnie prawo znudziło. A przez ten czas rysowałem. Trzy lata po studiach zdałem na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie.

Ile miałeś lat?
26.

Byłeś najstarszy na roku?
Nie. Udało mi się dostać za pierwszym razem.

A dlaczego malarstwo?
Bo lubię malować, a farba wzbudza we mnie pewien rodzaj napięcia. Chyba nazwałbym go napięciem seksualnym.

„Genital neurosis”

W jakim sensie?
Konsystencja farby przypomina mi płyny ustrojowe człowieka. Poza tym lubię wszelkie ludzkie wydzieliny, więc obcowanie z farbą pobudza u mnie apetyt seksualny. Ale muszę jeszcze tylko dodać, że na ASP przeżyłem rozczarowanie.

Kolejne.
Wyłączając Modzelewskiego, Dyrzyńskiego i Susida, rozczarowali mnie profesorowie prowadzący pracownie na wydziale – byli oszczędni w przekazywaniu wiedzy. Może w taki sposób maskowali jej brak? Rozwijające były głównie zajęcia teoretyczne na Wydziale Zarządzania Kulturą Wizualną. Dlatego przez całe studia starałem się jak najczęściej przebywać w swojej pracowni, żeby tylko nie spędzać za wiele czasu na uczelni. Z tego wynikają moje przyjaźnie, bo najwięcej ludzi poznałem nie na ASP, tylko na zarządzaniu i w pracowniach gościnnych u Piotra Janasa, który jest moim ulubionym artystą, u Rafała Bujnowskiego i Oskara Dawickiego. Teraz są moimi kolegami.

Już jako student brałeś udział w wystawach.
Bo starałem się wykorzystać maksymalnie wszystkie możliwości, jakie dawała ASP. Startowałem w konkursach, pokazywałem obrazy na wystawach na koniec roku.

Stałeś się najbardziej widoczny podczas Artystycznej Podróży Hestii?
Tak. To jeden z najfajniejszych konkursów dla studentów. Pokazałem tam trzy prace z większego cyklu poświęconego tematyce BDSM, feminizmu i nieheteronormatywnych seksualności. W tym samym roku obroniłem dyplom i zorganizowałem wystawę w mieszkaniu po moim dziadku, które zaaranżowałem na galerię. Dzięki temu, że było blisko MSN-u, prawie wszyscy ludzie, którzy szli zobaczyć wystawę konkursową, wpadali przy okazji do mnie. Potem poznałem Karola Radziszewskiego, który zaprosił mnie na Festiwal Pomada. Miałem wystawy w Stroboskopie, w Galerii Szarej, w Sercu Człowieka i Śmierci Frajerom, Grupa Potencja zaprosiła mnie do udziału w ich Interesie podczas Warsaw Gallery Weekend.

I to wszystko w jeden rok?
Tak. Jesienią wezmę udział w wystawie Warszawa w Budowie. Wystartowałem też pierwszy raz w Bielskiej Jesieni i udało mi się dostać do finałowego grona. Jestem trochę zdziwiony tym zainteresowaniem, bo przecież podejmuję w swoich pracach tematy tabu. Ale cieszę się, że moje obrazy się podobają. Chyba chodzi o to, że dobrze posługuję się metaforą i zestawem symboli, które są jasne dla osób znających tematykę obrazów, a dla reszty stają się zrozumiałe po poznaniu kontekstu.

Droga do akceptacji„Droga do akceptacji”

Takim tematem tabu jest BDSM.
Tak samo jak pornografia.

Z kolei zajmując się pomnikami, proponujesz nową figuratywność, dosyć mocno odbiegającą od znanych monumentów.
Po prostu obserwuję przestrzeń publiczną w Polsce. Pomniki realizowane na zlecenie państwa upamiętniają wydarzenia historyczne albo mężów stanu. Politycy, Kościół i historycy od dziecka pokazują nam szare, jednorodne, przeskalowane pomniki facetów i w taki sposób performują nie tylko przestrzeń publiczną, ale też nasze umysły. Wolałbym, żeby było bardziej kolorowo i queerowo, inaczej. Można wykorzystać skalę pomników do opowiedzenia o jakimś konkretnym problemie społecznym. Namalowałem na przykład „Pomnik pożegnania patriarchatu” albo „Pomnik zakazu opresji” i poświęcony BDSM oraz nienazwanym seksualnościom. Wydaje mi się, że dzięki pomnikom możemy poszerzyć swoje horyzonty.

Skąd te tematy w twojej sztuce?
Ze mnie. Na studiach długo powstrzymywałem się przed malowaniem tego, co mnie naprawdę interesuje.

I co wtedy malowałeś?
To, o co proszą profesorowie – na pierwszym i drugim roku głównie modeli, później były jakieś próby z rebusowymi obrazami, wyglądającymi jak kolaż. Mniej więcej na czwartym roku wróciłem do takich form grafiki, które pociągały mnie w liceum, szczególnie do graffiti. I połączyłem te formalne poszukiwania z moimi tematami.

BDSM może być emancypacją? Chyba tak o nim mówisz.
Może.

A nie formą zniewolenia?
Ale na żądanie. To przecież odgrywanie ról w umownej sytuacji. Chodzi o transgresję: władzę mają wtedy osoby, które zazwyczaj jej nie sprawują. Tutaj mam na myśli między innymi konkretną praktykę, którą jest „dominatrix”: kobieta wciela się w postać dominującą.

Masz na myśli to, że kobieta w patriarchalnej kulturze zajmuje inną pozycję niż podczas sesji BDSM?
W tej konkretnej – tak. W kulturze BDSM każdy znajdzie coś dla siebie, spełni własne fantazje, niezależnie od tego, co kogo podnieca. I nikt tego nie potępi! Co ciekawe, duża część pornografii BDSM jest tworzona przez kobiety w niezależnych wytwórniach.
Kilka lat temu ktoś wciągnął mnie w świat BDSM. Zafascynował mnie. Nie chcę być dokumentalistą, który jedynie pokazuje tę kulturę z perspektywy obserwatora. Jestem jej uczestnikiem i robię sztukę o tym, co mnie w niej jara. Na jednym z obrazów pokazuję metaforycznie przejęcie władzy przez kobietę, która dusi partnera cipką. Ta praktyka nazywana jest Queeningiem. Inny mój obraz nazywa się „Obopólna zgoda”. BDSM jest bardziej bezpieczny niż przygodny seks, ponieważ partnerzy się znają i wiedzą, na co mogą sobie pozwolić. Jest etykieta dobrych zwyczajów i znak, po którym kończy się sesja. O tym jest na przykład obraz „Znak stopu”. Lubię też pracę „Droga do akceptacji”, która przedstawia postać w masce psa. Dużo w mojej twórczości jest o poznawaniu i akceptowaniu siebie, swojej seksualności, która była wypierana pod wpływem jakichś narzucanych nam od urodzenia norm moralnych.

Jak publiczność na to reaguje?
Mam na to wyjebane. Ani nikogo nie zaspokajam, ani nie edukuję. Nieraz tylko pytam znajomych, co sądzą o moich pracach.

„Obopólna zgoda”„Obopólna zgoda”

Czyli nie jesteś aktywistą BDSM?
Nie. Jeszcze półtora roku temu chciałem chodzić na protesty z flagą BDSM, ale nie czuję się rzecznikiem tej grupy. Nie wszyscy znajomi „w klimacie” (określenie na bdsmowców) chcieli ujawniać się z przynależnością. Może dlatego, że w społeczeństwie panuje moralna hierarchia zachowań seksualnych, w której BDSM stoi najniżej. A zmiany w społecznym postrzeganiu wymagają czasu i stopniowego oswajania.

Dużo grasz w Tekkena?
Tak, codziennie.

Czytelnicy chyba muszą się dowiedzieć, czym jest ta gra.
To bijatyka jeden na jeden. Każdy zawodnik wybiera sobie jedną spośród 30 dostępnych postaci. Gracze siadają przed ekranem z padami w dłoniach i walczą. Postać ma pasek życia i chodzi o to, żeby go wyzerować.

Czy to czasem nie jest kolejna praktyka bezsensownej przemocy?
Nie, ta przemoc ma sens, ponieważ dzieje się w wirtualnym świecie. Wszystkie złe emocje można rozładować na ekranie telewizora. Jestem zwolennikiem zainstalowania Tekkena w każdym domu. Na pewno byłoby mniej przemocy w polskich rodzinach.

Bierzesz udział w turniejach?
Tak, ale nie z sukcesami. Grałem z czołówką Polski i wygrałem tylko jedną walkę. Rozgrywki w Tekkena są ostatnio bardzo popularne w świecie sztuki. Daria Grabowska i Piotr Policht organizują turnieje tekkenowe dla artystów – Tekken Art Tournament. To właściwie konkurs artystyczny o wspaniałej formule: wygrywasz w Tekkena – masz wystawę w BWA w Tarnowie. Ale najpierw trzeba pokonać konkurencję, a ta jest niemała. W ośmiu dużych miastach odbywają się rundy eliminacyjne, które wyłonią grupę 16 finalistów. Ci zmierzą się w wielkim finale w Tarnowie. Ale zwycięzca może być tylko jeden.

Skąd ta popularność?
Chodzi pewnie o sytuację towarzyską i rozrywkę, która wizualnie jest bardzo atrakcyjna, szczególnie poprzez różnorodne postacie. Na przykład w najnowszej wersji gry pojawiła się postać, która jest genderless – odrzuca kategorie „kobiecości” i „męskości”, jest agenderowa. Dodano też sporo wątków queerowych – można przebierać swoje postaci, a więc ubrać je niezgodnie z płcią biologiczną. Są także postacie posthumanistyczne i fantastyczne – panda ubrana jak lolitka albo facet przemieniający się w uskrzydlonego potwora.

„Pożegnanie patriarchatu”„Pożegnanie patriarchatu”

Na wystawie w galerii Serce Człowieka zająłeś się tą grą. W jakim kontekście?
Każda postać z Tekkena wzoruje się na realnie istniejącym stylu walki. Niektórzy są karatekami, inni wyspecjalizowali się w judo. Ale moją ulubioną postacią jest taka, która uprawia zapasy i nosi maskę egzotycznego kota. Robiąc risercz, znalazłem zapaśnika, który nosi dokładnie taką samą maskę. Zacząłem się zastanawiać, czy w zapasach pojawiła się kiedykolwiek queerowa postać. No i wpadłem na Adriana Streeta, brytyjskiego zapaśnika z lat 50. poprzedniego wieku. Zanim wychodził na ring, malował się, miał niemęskie zachowania, całował swoich przeciwników, a później kopał w twarz. W wolnych chwilach śpiewał. Był synem górnika, zaskakiwał barwnością.

To czym jest dla ciebie queer?
Byciem w kontrze do powszechnej normy.

Mówiłeś, że tworzysz sztukę o samym sobie. Więc queer też?
Też. Nie wiem, czy w łatwy sposób można zestawić BDSM z queerem, ale spróbujmy. Bo w jednym i drugim chodzi o pozostawanie w kontrze do obowiązujących i dominujących zasad heteronormy. Czuję się niedopasowany. I przestałem się tym krępować. Nie maluję obrazów o stoczniowcach i motoryzacji, bo to mnie nie interesuje.