Delikatna sprawa

Igor Kierkosz

„Przerzut” Phila Klaya, zbiór opowiadań o wojnach w Iraku i Afganistanie, to przede wszystkim ekstrakt z normy językowej kształtującej się w nienormalnych warunkach

Delikatna sprawa

Jeszcze 2 minuty czytania

Delikatna sprawa

Tak bez sprawdzania to nie mam pojęcia, gdzie dokładnie leży Al-Falludża. W związku z tym pewnie wam nie powiem, o czym właściwie pisze Phil Klay. Jako dwudziestoczterolatek przyuczony do szacunku wobec służby publicznej trafił z amerykańskimi marines do Iraku. To był 2007 rok, spędził tam trzynaście miesięcy, a sześć lat później napisał książkę, którą krytycy w Stanach potrafili nazwać „najlepszą rzeczą, jaką dotychczas napisano o tym, co wojna robi ludzkiej duszy”. Stwierdzenie zgrabne, tylko że trudne do sprawdzenia – cały „Przerzut” jest przecież o tym, że ci „z zewnątrz” nigdy nie ogarną doświadczenia wojny.

Dlatego sam nie będę próbował go referować na podstawie tekstu Klaya. Czułbym się trochę jak ten „spiździały liberałkowaty dziennikarzyna”, który w jednym z opowiadań „próbuje skręcić coś o ckliwej stronie wojny i pyta snajpera piechoty: – Jak to jest: zabić człowieka? Co czujesz, gdy pociągasz za spust?”. Skoro nawet żołnierze nie znajdują u Klaya odpowiedzi na to pytanie, to co dopiero miałbym do powiedzenia ja czy jakiś inny krytyk, choćby najbardziej wyćwiczony w prozie wojennej? Tym bardziej że sam pisarz weteran zwraca uwagę, jak niewiele dają powtarzane w przestrzeni publicznej bon moty o złamanych życiach, degradacji człowieczeństwa, o sytuacji ekstremalnej, niewyobrażalnej dla ludzi z zewnątrz i nieprzepisywalnej na literaturę. Nawet jeśli jest w nich sporo prawdy, to stanowią prosty unik przed poważną rozmową.

Phil Klay, „Przerzut”. Przeł. Krzysztof Cieślik, Cyranka, 304 strony, w księgarniach od czerwca 2023

Po co więc wojnie książki? Otóż z pisania Klaya wynika, że literatura ma zupełnie sensowne narzędzia do pracy z tą materią – nie tyle do diagnozowania, „jak to jest zabić człowieka”, ile do sprawdzania, w jaki sposób ludzie potrafią sobie opowiadać nieopowiadalne albo racjonalizować nieracjonalne. W konsekwencji „Przerzut” to przede wszystkim ekstrakt z normy językowej kształtującej się w nienormalnych warunkach.

Bo nawet jeśli Klay opowiada o samym dzianiu się konfliktu, to najwięcej wydarza się u niego, kiedy żołnierze przestają wykonywać rozkazy, a zaczynają mówić. Zasada tej prozy polega na wzmocnieniu ich idiolektu. W tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika rynsztokowa fraza „Przerzutu” wypada zuchwale i niejednostajnie. Oryginalne „fucki” i „shity” zastępuje fantazyjnie dobrany przekrój rodzimej rynsztokowszczyzny w przeróżnych odmianach i konsystencjach. Nie istnieją tu rzeczy, których nie można by doprecyzować bluzgiem – od szczegółów topograficznych („pośrodku zajebanej pustyni”), przez filozofię życiową („chuj mnie boli, czy zginę”), po ambiwalentne emocje („wjechał pierwszy kac od miesięcy, co w tamtej chwili wydawało się lekką chujnią, tyle że z gatunku tych wykurwiście dobrych”).

Tylko żebyśmy się właściwie zrozumieli – poetyka bluzgu nie jest tu sztuką dla sztuki, popisem dla beki czy sztuczką dla łatwego efektu. W najbardziej przejmującym fragmencie książki chłopak na przepustce opowiada swojemu dumnemu, antypacyfistycznemu ojcu, jak likwidował wrogów, stosując oryginalną metodę psychologiczną – wyzywać ich przez megafon, póki nie wyjdą ze swoich kryjówek. „No i opowiedziałem ojcu wszystko. Przytoczyłem każdą obelgę. (…) Wszystko, czego nauczyłem się w Ameryce, wszystko, co mi mówiono, wszystko, co przychodziło mi do głowy. A przychodziło sporo”. Dopiero opowieść w takiej wersji potrafi wybić ojca z patriotycznego nastroju. W najbardziej wulgarnych momentach u Klaya zawsze chodzi o tego typu konfrontacje, zderzanie amerykańskiego mitu z jego niewygodną praktyczną realizacją.

Nie wiem, czy to najlepsza wiwisekcja tego, co wojna robi z ludzką duszą, ale od „Depesz” Michaela Herra nie czytałem tak przenikliwego świadectwa, co potrafi ona zrobić z językiem. W nieumiejętnych rękach mogłaby z tego powstać perwersyjnie przyjemna lektura dla zwolenników męskiego etosu. U Klaya kończy się na zobrzydzeniu wszelkich jego przejawów – od barowych przechwałek szeregowego żołnierza po strategiczne decyzje jego dowództwa. Dlatego nie kupuję tezy Kingi Dunin, że autor „Przerzutu” zachowania swoich bohaterów „uważa za naturalne”, że widzi w nich „dobrych chłopaków”. Już rodzaj jego pisania zapowiada konkretny stosunek do tematu – to nie reportażowa relacja otwarta na ocenę czytających, tylko wyrazista proza ukierunkowana na zdzieranie woali, obnażanie hipokryzji i piętnowanie głupoty tych, którzy przyczynili się do bezsensownej wojny.

Inna sprawa, że Klay nie odbiera im człowieczeństwa. To podejście chyba najlepiej streszcza jeden z jego bohaterów: „widzę przede wszystkim zwyczajnych mężczyzn próbujących czynić dobro, których przygniatają groza, niemożność poskromienia własnych pasji, ich maczystowskie pozerstwo i tak zwana charakterność, pragnienie bycia twardszym, a zatem okrutniejszym niż warunki, które tu panują”. Nie znaczy to, że Klay usprawiedliwia przemocowych facetów. Interesuje go raczej podpatrywanie momentów, w których ustosunkowują się oni do swojego udziału w inwazji.

Patronite

W końcu od tego, jak sobie swoją wojnę opowiedzą, zależy ich własne samopoczucie. Dlatego a to kluczą wokół tematu, żeby przypadkiem nie przyznać się do swoich grzechów, a to milczą w nadziei, że natarczywe wspomnienia znikną, a to kłamią, żeby cywile dostali swoją uładzoną opowiastkę. Są u Klaya fragmenty, w których uzbrojeni macho negocjują granice wojennej etykiety językowej, byle nie odsłonić poubieranych w bezpieczne słówka, nagich faktów. Mogą mówić do siebie „kilerze”, póki któryś faktycznie nie zaliczy pierwszego „killa”. To często kwestia pojedynczych słów. Te niewłaściwe potrafią zburzyć misternie budowaną, oficjalną wersję historyjki o amerykańskiej misji w Iraku. Jej wykonawcy doskonale przyswoili sobie tę prawidłowość: może i wojna nie jest dla wydelikaconych chłopców, ale mówienie o niej to już jak najdelikatniejsza sprawa.