HUMOR: Nieskończony karnawał
truthout.org CC BY-NC-SA 2.0

14 minut czytania

/ Obyczaje

HUMOR: Nieskończony karnawał

Michał R. Wiśniewski

Kiedy stajesz się puentą żartu, przestajesz być człowiekiem. Wiedzą o tym od setek lat twórcy politycznych memów, które przecież są po prostu śmiesznymi obrazkami, utrwalającymi i kolportującymi stereotypy

Jeszcze 4 minuty czytania

Humor mi się przejadł. Wyrosłem w gospodarce niedoboru, kiedy wszystko było na kartki, także żarty. Dziecku z lat 80. przysługiwały trzy dowcipy tygodniowo: „Uśmiech numeru” w harcerskiej gazecie „Świat Młodych”, krótka historyjka obrazkowa z gumy do życia „Donald” oraz żart opowiadany na podwórku, często źle zapamiętany, zmutowany memetycznie, przez co absurdalny w swoim bezsensie („Lubię absurdalne poczucie humoru”, deklarują ludzie, którzy są gotowi śmiać się z czegokolwiek). Z braku laku oglądałem dorosłe kabarety i śmiałem się z żartów Pietrzaka czy Smolenia, bo wszyscy się śmiali, publiczność kabaretonu była jak sitcomowy śmiech z puszki. Potem przyszły lata 90., czas książek i gazetek z dowcipami, telewizji satelitarnej z amerykańskimi komikami i serialami komediowymi – dekada śmiechu, pod koniec której podłączyłem się do internetu. O raju, przepadłem. Nadszedł moment, kiedy znałem każdy dowcip, który ktoś próbował opowiedzieć w moim towarzystwie. Poznałem chyba wszystkie rodzaju humoru, najbardziej „ryzykowne” i obrzydliwe żarty. I cały czas się śmiałem. Aż w końcu humor mi się przejadł i przestałem. Dziś śmieszną mnie jedynie memy, japoński slapstick i inteligencki metahumor Stewarta Lee.

Pozwoliłem sobie na ten wstęp, żeby uniknąć oskarżeń o największą zbrodnię – brak poczucia humoru. To najczęstszy zarzut, który pada, kiedy ktoś próbuje zajmować się krytyką żartów. Dużo się w życiu naśmiałem i dlatego wiem, jakim niebezpiecznym narzędziem – a właściwie bronią – potrafią być żarty.

Zakaz steków

Po co się śmiejemy? Dla chwili przyjemności. Humor spełnia wiele funkcji społecznych: buduje wspólnotę, pomaga radzić sobie z traumami czy po prostu iść przez życie bez wpadania w depresję. Jak jedzenie, jest niezbędny do życia. Ale jak przekonało mnie doświadczenie lat 90., kiedy cukierki przestały być na kartki, co za dużo, to niezdrowo. Skoro nie jem byle czego, to może nie powinienem się śmiać z byle czego? Takie postawienie sprawy napotyka jednak opór. Dlaczego nie możemy po prostu żartować? Pociągnę metaforę: żarty są jak tłuste steki. Wśród niektórych zwolenników jedzenia mięsa panuje lęk przed weganami, którzy przyjdą i wprowadzą zakaz mięsa – taki dystopijny scenariusz przedstawiało np. opowiadanie „Półmisek” Konrada T. Lewandowskiego, który wyposażył wegan w habitus skinheadów. Podobny lęk budzi „polityczna poprawność”, która sprawi, że już z nikogo nie będzie można się śmiać. Papierosów już nie można palić, trzeba wychodzić przed lokal, więc co będzie następne?

Z zainteresowaniem i przyjemnością przeczytałem esej „Duch surfingu” Agaty Sikory, ale uczuciem, które towarzyszyło mi najmocniej, była zazdrość: że można o politycznej poprawności rozmawiać już z pozycji progresywnych, jednocześnie ją kwestionując. Tymczasem obcowanie z polską biurową klasą średnią ściąga człowieka na Ziemię – jest 2018 i wciąż w okolicy firmowego poidła można napotkać żarty rasistowskie, homofobiczne czy mizoginiczne. I już nie można powiedzieć, że to „tylko żarty”. Żarty budują wspólnotę, dowcip opowiedziany w grupie spotyka się z odbiorem grupy. Jeśli reakcją na dowcip z gejów czy kobiet będzie śmiech małej biurowej społeczności, jak ma się w takiej sytuacji zachować należący do niej gej czy kobieta? Zaśmiać się „z siebie”, wyjść z kuchni, zaprotestować?

A jeśli taką biurową kuchnią jest cała Polska - kraj, w którym „mówi się Seksmisją”? Z wywiadów z reżyserem Juliuszem Machulskim przebija naiwność młodego twórcy, który użył opresyjnego państwa kobiet jako metafory komuny i nie mógł zrazu pojąć, dlaczego amerykańskie feministki po seansie były oburzone. Wyjaśnił mu to dopiero Czesław Miłosz. Anegdotę tę Machulski przytacza w książce „Naga prawda o Seksmisji”, ale szybko ucieka od tematu, żeby opowiedzieć żart o miejscu parkingowym noblisty. A przecież „Seksmisją” mówi nie tylko Stuhr grający osła w „Shreku”, ale i antyfeministyczne trolle, które kultowy cytat „sfiksowałyście, bo dawno żeście chłopa nie miały” powtarzają równie często co żart o tym, że „feminizm kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na szóste piętro”. Czy chcę zakazać „Seksmisji” (i steków?). Raczej nie (tak). Ale należałoby przynajmniej się zastanowić, co popularność tego filmu mówi o Polakach. Wystarczy poczytać reakcje, jakie wzbudziły w 2017 roku słowa Pauliny Młynarskiej, kiedy powiedziała w wywiadzie, że „Juliusz Machulski powinien przeprosić za ten film”.

Humor – podręcznik przetrwania

Spośród wielu tekstów o społecznej roli humoru największe wrażenie zrobił na mnie rozdział książki „Coping: A Survival Guide for People with Asperger Syndrome” („Radzenie sobie: poradnik przetrwania dla osób z zespołem Aspergera”) zmarłego w 1997 Marca Segara. To zestaw praktycznych porad krok po kroku wyjaśniających, co musi zrobić osoba ze spektrum autyzmu, żeby przeżyć w społeczeństwie: udawać. Nie śmiać się z rzeczy, które ją śmieszą („poczucie humoru osoby autystycznej zwykle dotyczy rzeczy niemądrych lub lekko zwariowanych”), bo „śmiech w nieodpowiednim momencie może zdenerwować innych ludzi”. „Poczucie humoru osoby nieautystycznej często polega na znajdowaniu sprytnych sposobów, żeby wytknąć komuś jego wady i wprawić w zażenowanie. Często poczucie humoru bywa bezwzględne, zwłaszcza u młodzieży”.

„Według wielu zoologów – tłumaczy Segar – humor jest ludzkim zastępnikiem przemocy, której zwierzęta używają, żeby ustalić porządek dominacji”. I daje rady praktyczne dla osoby, z której ktoś żartuje: „Jeśli żart wymierzony w ciebie nie jest zbyt niemiły, dobrym wyjściem jest śmianie się z siebie”. Ale jeśli ten sarkazm czy żart jest zbyt niemiły, można doprowadzić do konfrontacji i zapytać wprost o intencje dowcipnisia: „Czy chciałeś mnie zranić tym żartem?”. „Pytania – dodaje Segar – są często silniejszą formą obrony niż stwierdzenia”.

Żarty są bronią słabych – gdy nie pozostaje nic innego niż śmiać się przez łzy – ale znacznie częściej są bronią w słabych wymierzoną. „Dobrym wyjściem jest śmianie się z siebie” – to dobra porada, kiedy mamy wybór. Zwykle go nie mamy: zwykle to prześladowca domaga się, żeby ofiara potrafiła się z siebie śmiać („więcej dystansu”, „to tylko żart”, „feministki nie mają poczucia humoru”). Otyłe dzieci w ramach strategii przetrwania wchodzą w rolę klasowych klaunów (co popkultura utrwaliła w filmie „Goonies” Spielberga – aby zyskać akceptację grupy, chłopiec musi wykonać upokarzający taniec brzucha).

Śmianie się z siebie jest przywilejem, często wykorzystywanym przez komików, którzy nie należą do żadnej dyskryminowanej grupy, więc humor autodeprecjonujący ich tak bardzo nie boli. Mogę się nabijać z siebie, kiedy wiem, że żaden z żartów nie będzie miał wpływu na odbiór moich kompetencji zawodowych („Kobieta-informatyk jest jak świnka morska: ani kobieta, ani informatyk” – i zarabia 80% tego, co koledzy). Tymczasem większość żartownisiów jest na swój przywilej ślepa, a skoro sami potrafią śmiać się z siebie, oczekują tego od innych. Częstym podejściem (widocznym np. w serialu „South Park”) jest „śmianie się ze wszystkich i wszystkiego”, które jakoby jest „sprawiedliwe”. Zwykle nie jest, bo zwykle nie ma symetrii między ofiarą przemocy i jej sprawcą. Zwłaszcza gdy większość śmieje się z mniejszości – co jest znów przeniesieniem do skali makro sytuacji z małej społeczności. „Czasem dwie lub więcej osób żartuje z jednej osoby, ponieważ daje im to poczucie jedności” – pisał Segar.

Żarty i ludzie

Kiedy stajesz się puentą żartu, przestajesz być człowiekiem. Wiedzą o tym od setek lat twórcy politycznych memów, które przecież są po prostu śmiesznymi obrazkami, utrwalającymi i kolportującymi stereotypy, np. dotyczące etosu pracy byłych niewolników w USA. Karykatura „leniwego czarnego” służyła jako podkładka pod lata systemowej dyskryminacji i apartheidu. Chociaż zakrawa to na absurd, dowcipy bywają przytaczane jako argument w dyskusji. Z punktu widzenia memetyki są przecież znakomitymi nośnikami treści, bo przyjemność płynąca ze śmiechu wpływa pozytywnie na ich replikację. A jeśli ktoś się przyczepi, zawsze można powiedzieć, że to tylko żart, nawet jeśli w komunikacie nie ma niczego śmiesznego. Do pytań, które w przypadku przemocowego żartu polecał zadać Segar, dodałbym: „Na czym polega sytuacja komiczna?”. Zwykle na niczym – obrazek czy mem po prostu przedstawia „rzecz, z którą się zgadzasz” (np. „Kobiety, które grają w gry, są fałszywe i tylko pokazują cycki na twitchu!”), a rechot służy jedynie aprobacie przekazu (i budowaniu wspólnoty rechoczących).

W poruszającym nagraniu opublikowanym przez „New York Times” swoją historię opowiada Rodney Roussel, skazany na kilka lat pozbawienia wolności za fałszowanie czeków. W więzieniu został zgwałcony i sprzedany jako seksualny niewolnik za równowartość dwudziestu dolarów w towarach z kantyny. Przemoc seksualna w więzieniach jest nie tylko powszechna, ale i powszechnie akceptowana. Za tą akceptacją stoi chęć zemsty (jakby sama kara odosobnienia była za mało dotkliwa), ale też bezmyślność i znieczulica. W bagatelizowaniu problemu pewną rolę odgrywają właśnie żarty. Sam się z nich wiele razy śmiałem (jak wtedy, gdy Wilq Superbohater wysłał złoczyńcę do celi pełnej kominiarzy), bo przecież od tego są żarty, żeby się z nich śmiać. Ale tu nie można powiedzieć, że to tylko żart. Odpowiedź na pytanie: „Czy chciałeś mnie zranić tym żartem?” – brzmi „Tak. Tak, chcieliśmy”. Wystarczy prześledzić komentarze pod wyrokami – akceptujemy przemoc (w tym seksualną) w więzieniach, krzywo patrząc na skandynawskie wynalazki (oburzenie konsolą do gier, do której dostęp ma Breivik) i pomysły, żeby zamiast torturować osadzonych pracować nad ich przywróceniem na łono społeczeństwa.

Rolą tzw. czarnego humoru teoretycznie jest radzenie sobie z traumami. Można obśmiać (i oswoić) tak przerażające rzeczy jak śmierć. Ale na dłuższą metę to działanie przeciwko empatii, a w zasadzie powód, dla którego empatia nie działa. Ludzką zdolność współodczuwania łatwo zmanipulować albo wyłączyć. Narzędziem może być obrzydzenie albo właśnie żart. Przykładów dostarczył kryzys uchodźczy. Obrzydzeniem posłużył się autor kolportowanego na Facebooku fake newsa o wysmarowaniu polskiego autokaru fekaliami. A kiedy morze wyrzuciło na brzeg ciało dziecka, jedni odwracali wzrok, a inni wręcz przeciwnie – złapali za Photoshopa i zrobili obrazek miksujący zdjęcie chłopca z wirusowym wówczas ujęciem śmiesznie kopiącego piłkarza. Kiedy stajesz się puentą żartu, przestajesz być człowiekiem.

Niewinny slapstick

Fascynują mnie reakcje ludzi przyłapanych na krzywdzących żartach. Stosunkowo rzadko dochodzi do refleksji, najczęściej osoba zaczyna się bronić: „To tylko żart”, „Wolność słowa”, „Więcej dystansu”, „Dlaczego nie masz poczucia humoru?”. Jeśli to tylko żart, to dlaczego tak trudno za niego przeprosić?

Symboliczna przemoc w żartach często przekłada się na przemoc prawdziwą. W przeciwieństwie do slapsticku, w którym krzywda jest udawana (np. gdy bohater „Sąsiadów” podczas remontu uderzy kolegę młotkiem w palec), bo na tym polega umowa, wiele okrutnych żartów specjalnie chce zrobić krzywdę. Ludzie opowiadają je czasem z premedytacją, a czasem bezmyślnie – wychowani na absurdalnym i purnonsensownym humorze do żartów podchodzimy bardzo bezrefleksyjnie. Często wynika to z kiepskich tłumaczeń, za pośrednictwem których dociera do nas humor z zagranicy: cała warstwa wieloznaczności w wypowiedziach angielskiego policjanta z serialu „Allo, Allo” (któremu się wydaje, że zna francuski) została zgubiona w polskiej wersji. Śmiejemy się z żartów nie dlatego, że są śmieszne, ale dlatego, że są żartami (kto chce być klasowym głupkiem, który nie zrozumiał kawału?).

Na koniec wrócę do metafory weganizmu. Osoby rezygnujące z jedzenia mięsa odkrywają nowe smaki, ciekawe potrawy, rzeczy, które wcześniej nawet nie przychodziły im do głowy. Tak samo rezygnacja z tych najprostszych, krzywdzących żartów nie będzie oznaczać, że nie będzie się z czego śmiać – wręcz przeciwnie. Humor, który nie jest oparty na pierwszych skojarzeniach i prymitywnych stereotypach, jest znacznie śmieszniejszy, głębszy, wreszcie – bardziej satysfakcjonujący. Uwielbiam stand upy Stewarta Lee nie dlatego, że się z nim zgadzam (komik sam z tego żartuje w dialogu: „– Byłem na stand upie. – Śmiałeś się? – Nie, ale w chuj się z nim zgodziłem!”), ale z powodu ich precyzyjnej konstrukcji, która dostarcza radości niczym dobrze skomponowany, wielodaniowy obiad. Z drugiej strony jest masa prostych, nieszkodliwych żartów – jak wspomniany nieśmiertelny slapstick. Albo budowanie absurdalnej sytuacji, a potem ciągnięcie jej do logicznej konkluzji (na czym innym zbudowany jest cały pyszny zwierzęcy świat w serialu „BoJack Horseman” czy perypetie szalonych gimnazjalistek w anime „Asobi Asobase”?). Nie warto schylać się po nędzne żarty, gdy świat jest pełen kopalni komediowego złota.