Koniec ojców
fot. M.R. Wiśniewski

15 minut czytania

/ Obyczaje

Koniec ojców

Michał R. Wiśniewski

Ojcostwo jest jak duża opozycyjna partia, która od lat nie może wygrać wyborów – jako projekt jest skompromitowane, na jego gruzach trzeba zbudować nową narrację

Jeszcze 4 minuty czytania

Podobno esej jest podróżą; ten przez dłuższy czas był raczej wędrówką przez nieznane; stare mapy nie pomagały, a i nowe wprowadzały jeno zamęt („nie wszyscy wędrowcy są zagubieni, ale niektórzy z pewnością są”). Hasło „kryzys męskości”–międlone od lat – patriarchat odgrywa jako teatr upadku. Omdlewa na scenie, unosi powiekę i sprawdza, czy publiczność się nabrała. Stąd prosta droga do „współczesnego ojcostwa”, tematu, który próbowałem zgłębić, pisząc powieść „Hello World”. Przyznam się, że uciekłem w niej od wątków osobistych, bawiąc się w obserwacje zlęknionych typków na porodówce czy mężczyzn robotów, którzy z braku biologicznego doświadczenia przejścia muszą sami zbudować sobie poczucie więzi, skonstruować miłość z klocków Lego. Komedia obyczajowa z tego wyszła, bo przecież nie plan ewakuacji: pomysł, co z tymi mężczyznami począć.

Komedia, melodramat, utopia

To było pięć lat temu, od tego czasu wciąż kłębiły mi się myśli, którym brakowało jakiegoś impulsu, który elektrycznie uporządkowałby je w solidną strukturę. Wtedy właśnie moja nieoceniona koleżanka Klara Cykorz poleciła mi książkę „Detransition, Baby” Torrey Peters.

Torrey Peters jest moją prawie rówieśniczką, więc odnalazłem się w jej literaturze jak we własnej; podobną więź odczuwam z niektórymi japońskimi twórcami komiksów; czuję, że męczą nas podobne sprawy i że znajdujemy na nie podobne odpowiedzi. To wszystko mimo niemożliwej do zredukowania różnicy perspektywy: Peters jest białą transkobietą z Nowego Jorku. Bagaż doświadczeń przekuła w powieść, gęstą od insiderskiej wiedzy na temat miasta, do którego biali chłopcy z Klęskowa nigdy nawet nie zajrzą; ze szczerością, na którą się pewnie nigdy nie odważą – już w tytule pada słowo „detranzycja”, hot topic transofobicznego dyskursu. W tej książce nie ma miejsca na tabu.

Polskie wydanie na 2022 rok zapowiedziało wydawnictwo W.A.B., wobec tego jedynie zarysuję fabułę na potrzeby mojej dalszej eskapady. Oto wskutek biurowego romansu w ciążę zachodzi rozwodniczka Katrina. Ojcem jest Ames, osoba po tytułowej detranzycji – procesie odwrócenia korekty płci – która w obliczu owego ojcostwa jest zupełnie zagubiona. Do pomocy postanawia więc ściągnąć Reese, swoją eks, transkobietę romansującą z żonatymi facetami i marzącą o macierzyństwie. „Detransition, Baby” jest komedią obyczajową, melodramatem rodem z telenoweli – i projektem utopii. To powieść pełna nieustannej rozkminy, zastanawiania się nad tym, skąd się przyszło, jak i dokąd zmierza. Peters swoją książkę zadedykowała cis-kobietom po rozwodzie, które niczym osoby po tranzycji muszą na nowo poukładać sobie życie.

A może to ujęte metaforycznie doświadczenie tranzycji da się rozciągnąć na inne dziedziny? Czy takim przejściem nie jest samo doświadczenie rodzicielstwa? W przypadku osoby rodzącej to podobieństwo jest jeszcze większe, gdyż dotyczy ciała. Dochodzi wręcz do przeobrażenia, komórki dziecka dostają się do matczynego organizmu i je transformują. Z biologicznego punktu widzenia ojciec, zredukowany do złożenia nasienia, jest nikim, nośnikiem DNA. Dopiero kultura pozwala mu się wykazać.

Mroczne widmo ojca

Współczesna popkultura aż ocieka od męskich fantazji, w których widać zazdrość o tę biologiczną więź. Magiczne moce przekazywane są z ojca na syna i w „Królu Arturze”, i w „Strażnikach Galaktyki”, i w „Gwiezdnych wojnach”. Matki w tych opowieściach służą do tego, żeby umrzeć w sposób dramatyczny, liczy się ojciec – biologiczny, nieobecny, magiczny. Trylogia „Nieobecny ojciec” z Harrisonem Fordem składa się z filmów „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki”, „Przebudzenie mocy” i „Blade Runner 2049”.

W pierwszym Indy nawet nie wie, że ma syna. W drugim – nieszczęsnej disnejowskiej kontynuacji „Gwiezdnych wojen” – od problemów z synem (wdał się w złe towarzystwo) Ford ucieka w kosmos, a potem robi to, co ojcowie w serii robią najlepiej: dramatycznie umiera. W trzecim przypadku z jego nieobecności reżyser próbuje uczynić sytuację tragiczną, ale trudno w to uwierzyć – ta fabuła jest zwyczajnie nieszczera. Związek człowieka i robota o twarzy Sean Young w pierwszym „Blade Runnerze” wyglądał na przemocowy, w kontynuacji zrobiono z tego najbardziej romantyczną historię pod słońcem. Szczerość wymagałaby dokopania się do ciemnego jądra opowieści, w której ów romans wziął się z nienawiści Philipa K. Dicka do kobiet. Autor „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach” był seryjnym monogamistą, którego kolejne małżeństwa kończyły się eksplozjami przemocy.

Gdy ojciec obecny jest ciałem, to nie duchem. Zajmuje się dzieckiem, dopiero gdy dochodzi do jakiegoś kryzysu – śmierci albo rozwodu. Wtedy przy podziale majątku okazuje się, że wśród telewizorów i magnetowidów pląta się jeszcze jakieś dziecko.


Spójrzmy na hasło „prawa ojca”. Chociaż z okazji Dnia Ojca w 2020 roku Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej przypomniało o przysługujących ojcom prawom (urlopy opiekuńcze itd.), to organizacje używające tego określenia zajmują się głównie prawami rozwodników i alimenciarzy. Do organizacji o nazwie „Walka o prawa rozwiedzionych mężczyzn” nikt by się nie zapisał, królują więc miana typu „Dzielny tato”. Pomnik tym społecznościom wystawił Maciej Ślesicki w filmie „Tato”. Ojciec grany przez Bogusława Lindę podejmuje walkę o córeczkę, o której nie ma zielonego pojęcia; żeby wypadł jakoś sympatycznie, twórcy musieli stworzyć matkę w kryzysie zdrowia psychicznego i teściową czarownicę, która na końcu malowniczo zabija się, spadając z dachu.

„Ojciec” jest nieobecnością, wspomnieniem z dzieciństwa, bohaterem anegdoty. Mrocznym widmem, z którym się trzeba rozprawić, rozliczyć, żeby można było zacząć wreszcie żyć na własny rachunek, wolny od błędów przeszłości. Wywiad z każdym aktorem, którego żona właśnie urodziła dziecko: „A jaki był pański ojciec?”. Akcja „Wyborczej” sprzed lat: „Letnia szkoła ojców” – ankieta „A czego was ojciec nauczył?”. „Latam rakietą jak mój tata i również się biję laserowym mieczem” – opowiada dziennikarzowi Luke Skywalker. „Nauczył mnie szacunku dla Mocy”. Oto jest los mężczyzny we współczesnym świecie: ma kroczyć drogą, jaką wydeptali przed nim inni mężczyźni, wpadać w koleiny. Trzy trylogie „Gwiezdnych wojen”, każda o tym samym, zamrożona w karbonicie. Latają, strzelają, niczego się nie uczą; kosmiczny konserwatyzm. To nie jest najlepszy wzorzec do naśladowania; ale żeby w zdominowanym przez kulturę nerdową internecie zostać ojcem roku, wystarczy przebrać dziecko za jakiegoś starwarsowego muppeta – Yodę albo Ewoka.

Kto to jest tata?

W przedszkolach przed Dniem Ojca – nauka wierszyków. Zapytajmy więc osobę w wieku przedszkolnym, kto to właściwie jest tata. „Tata jest silny…”. Pokażmy więc palcem: „Skoro to tata jest silny, to dlaczego kobieta pcha wózek?”. „Urodziła, więc jest odpowiedzialna za dziecko”. A tata? „Pomaga mamie w opiece”. Polska szkoła jest konserwatywna, jakby nic nie zmieniło się od czasów, kiedy czytankę ilustrował obrazek, na którym ojciec z synem bawili się kolejką, a matka z córką w tym czasie nakrywały do stołu.

„Tata” ma lepszą wymowę niż „ojciec”. Ojciec – bóg. Sprawiedliwy – może i bije, ale nigdy bez powodu (stwierdza Stefek z „Tajemnicy zielonej pieczęci” Hanny Ożogowskiej, inne czasy).

Niektórym się to podobało, reżyser i animator Tomasz Bagiński tak mówił w wywiadzie w 2009 roku: „Wierzę w tradycyjny model rodziny. Pewien podział ról, także w domu. Zawsze imponował mi dziewiętnastowieczny model ojca. Mam taki obraz: stateczny biznesmen siedzi w gabinecie na górze. Dzieci rzadko go widują, nie wiadomo, czy kochają, ale czują do niego szacunek. Po latach okazuje się, że ten ojciec coś ważnego im przekazał. Był ojcem od zasad, ostoją. Dziś to trudne do wprowadzenia, ale staram się nawiązać do takiego modelu ojcostwa. Nie uważam, że ojciec musi być drugą matką i takim strasznie fajnym gościem dla dzieci”. Chyba rzeczywistość zmieniła jego nastawienie, w wywiadzie udzielonym kilka lat później opowiadał, że najbardziej jest dumny ze swoich dzieci: „W miarę poszczęściło mi się w życiu osobistym. W tej całej gonitwie za sukcesem dobrze pamiętać, że i tak najważniejsi są ludzie”.

Transformacja z „ojca” w „tatę” dokonuje się więc po prostu za sprawą zajmowania się dzieckiem. Może dlatego nie mówi się „urlop ojcowski”, tylko używa neologizmu „tacierzyński”. Słowo zadomowiło się nawet w Słowniku języka polskiego PWN: to „płatny urlop, jaki może wykorzystać ojciec dziecka, przyjmując od jego matki część niewykorzystanego przez nią urlopu macierzyńskiego”. Znowu mama pcha wózek, a tata, chociaż jest silny, tylko pomaga. Widać to w statystykach – w 2019 roku z urlopu skorzystało 367,8 tys. kobiet oraz 12 tys. mężczyzn. Feminizm się zaczyna, kiedy trzeba wnieść wózek i zakupy na trzecie piętro.

„Tata” stoi gdzieś pomiędzy „ojcem” a „mamą”; to bohater nowoczesnych, liberalnych narracji, który nie musiał, ale się zajął, za co zbiera brawa. Facet zajmujący się dzieckiem zawsze jest albo bohaterem, albo upupiony; ciekawe jest lekceważenie, z jakim opowiada się o biorących urlopy wychowawcze ojcach ze Szwecji, zwanych „latte dads”: jakby tacierzyństwo stało się lifestyle’em. Żurnale chwalą „dad bod”, ciało ojca – facetom w miejscu adonisowych kaloryferów wyrastają brzuszki (przydatne zresztą, żeby opierać na nich dzieci). Nowocześni tatusiowie pokazują się na Instagramie; dziecko stało się rekwizytem, ale czy ta iluzja przekłada się na prawdziwą opiekę, nie wiadomo. Amerykanie, dla których zajmowanie się dzieckiem jest najwyraźniej oznaką zniewieściałości, mogą kupić sobie nosidełka i torby na pieluchy o taktycznym wzornictwie. Katolicy wzorów szukają w Biblii, wypisując na koszulkach „jestem tatą jak Ojciec Niebieski” albo próbując przenieść w kalendarzu Dzień Ojca tak, żeby przy okazji świętować Świętego Józefa, wedle mitologii – przybranego ojca Jezusa.

Narracje to jedno, ale nie można zapominać o czynnikach ekonomicznych – to mężczyźni zwykle więcej zarabiają, więc nie opłaca im się opieka nad dzieckiem. To błędne koło – właśnie „kara za urodzenie dziecka” jest jedną z przyczyn, dla których kobiety dostają mniej pieniędzy. Wyrwa w zatrudnieniu skutkuje pomijaniem przy awansach czy podwyżkach, rodzice są również narażeni na zwolnienia. Czy na takiej pustyni rzeczywistości można w ogóle snuć jakieś utopijne projekty? Można, jak najbardziej. Utopii potrzebujemy po to, żeby wiedzieć, dokąd zmierzać.

Wszyscy jesteśmy matkami

Po lekturze „Detransition, Baby” wróciłem myślami do „Kuchni” Banany Yoshimoto. Występuje w niej ciekawa postać, Eriko Tanabe. Osoba, która dokonała tranzycji nie ze względu na korektę płci, ale żeby zastąpić synowi zmarłą matkę. Ojciec, który literalnie stał się matką. Może to jest wyjście? Mężczyźni powinni stać się matkami. Zrozumiałem to, czytając list do ekspertki „Wysokich Obcasów”. Pisze jedna z udręczonych matek Polek: co mam zrobić, kochana redakcjo, dzieci ciągle wołają „mamo to, mamo tamto”, dlaczego nie wołają „tato”? Ekspertka coś tam radzi w duchu liberalnego kołczyzmu, a ja zadam inne pytanie. Dlaczego kiedy dzieci wołają „mamo”, to ojciec udaje, że to nie do niego?

Co najgorszego może się stać, jeśli zacznie reagować na słowo „mama”?

– Mamo!!!
– Tak?
– Nie ty, druga mama.
– Naprawdę potrzebujesz akurat jej?
– No nie… Pomóż mi z tym. 
Abrakadabra, czary-mary, twoja stara to twój stary.

Oto mój utopijny projekt: likwidacja pojęcia ojcostwa i tacierzyństwa. Lewak oszalał, chce zabronić mówienia „tata” i „mama”!

Nie, po prostu chcę, żeby przestać budować sztuczny podział na płeć w rolach opiekuńczych. Figura „taty pierdoły”, który nie umie przewinąć dziecka, powinna zostać w komediach z lat osiemdziesiątych, ale tak samo nie powinno być miejsca na robienie bohatera z faceta, który zajmuje się dzieckiem.

To moja odpowiedź na „kryzys męskości” i toksyczność ojcostwa – odrzucenie tego całego bagażu. „Poprzednie generacje mogły szukać wzorca we własnych ojcach, nam zostają wzorce z popkultury”, pisał na blogu Wojciech Orliński. Moim zdaniem nie potrzeba żadnych wzorców! Moje pokolenie wykonało ważną i potrzebną pracę, aby zrozumieć, skąd się wzięliśmy, dlaczego wychowanie w przemocy i stresie nauczyło nas mechanizmów obronnych, z jakiego powodu obrośliśmy cynizmem czy skorupą czarnego humoru, co, mam wrażenie, nie zawsze rozumieją młodsze pokolenia, widząc w nas „boomerów” i rozliczając z oglądania „Przyjaciół”. Gdzieś to grzebanie w przeszłości trzeba zakończyć, odłożyć pokoleniowe ego, zacząć kolejną pracę – nad przyszłością.

Potrzeba nie wzorców, a edukacji. Uświadomienia sobie naszych braków – czego jeszcze muszę się nauczyć, żeby przyjąć rolę opiekuńczą? Dlaczego moja płeć ma mnie w tym ograniczać? Przy okazji mogłaby się skończyć ta niepotrzebna dyskusja o homorodzicielstwie, które i tak istnieje i istnieć będzie na przekór konserwatywnym jękom.

Mój Boże, brzmię jak liberał! Zanim więc zostanę anulowany przez lewicę, wyznam wiarę w konieczność zmian systemowych, rolę państwa i Unii Europejskiej, która ma narzędzia, żeby zbudować bazę takiego utopijnego myślenia o świecie, w którym wszyscy będą matkami. Tak, wszyscy.

Torrey Peters w swojej książce pisze o różnych rodzajach macierzyństwa – w tym matkowaniu „transdzidziom”, osobom, które są nowe w środowisku i doświadczeniu tranzycji. O tym, jak epidemia AIDS zabrała całe pokolenie takich matek, pozostawiając całe nowe pokolenie LGBTQ+ bez opieki „starszyzny”. Częścią bycia matką jest nie tylko wskazywanie drogi, ale i troska oraz zrozumienie dla tych, którzy po niej kroczą i z niej zbaczają. To coś, czego brakuje w dzisiejszym dyskursie pełnym konfliktów pokoleniowych, gdzie naturalny bunt młodych, zamiast być przyjęty z wyrozumiałością, staje się powodem okopywania na stanowiskach i agresji. Jak byśmy byli toksycznymi ojcami dyszącymi w czarnych hełmach na tle kosmicznej otchłani.