To zła kobieta była

To zła kobieta była

Dariusz Czaja

Czekałem, czekałem i się doczekałem. Mamy wreszcie operowego Händla i to w bardzo dobrym wykonaniu. Przedstawienie „Agrippiny” w Teatrze Stanisławowskim to duże wydarzenie, wbrew grymasom niektórych recenzentów

Jeszcze 3 minuty czytania

1.

Wystarczyła tylko iskra, by wprawić w ruch cesarskie domino. List, który otrzymała Agrypina niepomiernie ją poruszył. Stało w nim wyraźnie, że jej małżonek Klaudiusz zszedł z tego świata. Ale ta hiobowa wieść nie wprawiła jej w smutek. Przeciwnie: taki niespodziewany obrót zdarzeń ucieszył ją wyraźnie: mogła wreszcie zrealizować swoje marzenie i zainstalować na tronie swojego syna Nerona. Wszystko już było na dobrej drodze (matka wniebowzięta, synek już wita się z gąską), gdy nagle okazało się, że cesarz przeżył jednak burzę morską i niebawem pojawi się w Rzymie. Mało tego: Ottonowi, który uratował go od śmierci obiecał sukcesję. Ale dzielny Otton kocha Poppeę i przedkłada ją nad cesarskie splendory. Szczęście sprzyja jednak Agrypinie, bo i Klaudiusz ślini się na jej widok. Teraz absztyfikantów trzeba tylko umiejętnie rozegrać i doprowadzić swoje zamierzenia do upragnionego finału. Agrypina jest w swoim żywiole. Uwodzi, kłamie, obiecuje, jątrzy,  knuje na potęgę. Jest na tym dworze słońcem, wokół którego krąży cała reszta planet, przyciąganych jej magnetycznym powabem. To ona decyduje po jakich trajektoriach będą się poruszać...

Tak rozpoczyna się akcja Händlowskiej „Agrippiny”. Później sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a motorem tych zmian będzie zawsze ona. To Agrypina sprawia, że w pewnym momencie nie bardzo już wiadomo, kto kim naprawdę jest. Wygląda na to, jak gdyby wszyscy zdradzali wszystkich. Nikt nie może poczuć się pewnie, bo niedawny sojusznik może okazać się przeciwnikiem. Od Agryppiny fachu uczy się Poppea i także przygotowuje swoją intrygę. Ale ona wykazuje przynajmniej jakieś ludzkie odruchy. Agrypina cała jest z hartowanego szkła, wszystko spływa po niej jak po kaczce. Nawet nieoczekiwane oskarżenia jej dwóch dobiegaczy (Pallante i Narcyz) potrafi obrócić przeciwko nim. I w finale dostaje to, czego od początku chciała. Otton wpada w ramiona Poppei, a Klaudiusz w przypływie dobrego samopoczucia oddaje tron Neronowi. Każdemu według potrzeb. The End.

Dobrze to jest pomyślane i bardzo dobrze napisane. Obojętne ktokolwiek jest autorem libretta (najczęściej wspomina się kardynała Vincenza Grimaniego, ale pewności nie ma) zrobił to z dramaturgicznym nerwem i bezbłędnym wyczuciem sceny. Händel od razu poczuł krew i rzucił się na libretto z dużym entuzjazmem. Powiedzieć trzeba uczciwie, że niewiele tu oryginalnych arii, kompozytor czerpał pełnymi garściami z twórczości własnej i cudzej (Kaiser, Mattheson), co było wówczas przyjętą praktyką. Zadziwiające, ale ta składanka tzw. parodii i dopisanych fragmentów brzmi i dziś fantastycznie. To zasługa z jednej strony dramaturgicznych zdolności Händla,  z drugiej przyswojenia przez niego idiomu włoskiego: umiejętności pisania zajmujących recytatywów i arii. Bo też w planie szerszym „Agrippinę” można potraktować jako syntezę nauk pobranych przez Händla podczas jego pobytu we Włoszech. Premiera miała miejsce najprawdopodobniej pod koniec roku 1709 w weneckim teatrze San Giovanni Crisostomo. W tytułowej roli wystąpiła znakomita Margherita Durastanti, której wokalny kunszt Händel rozpoznał już wcześniej, zresztą w uznaniu zasług zabrał ją później ze sobą do Anglii. Zachwytom nie było końca. Spektakl zagrano 27 razy. Rosnąca we Włoszech sława saksończyka miała w Wenecji swoje apogeum.

Fot. materiały prasowe

2.

Przedstawienie „Agrippiny” w Teatrze Stanisławowskim, wbrew grymasom niektórych recenzentów, to jednak duże wydarzenie. Dlaczego – o tym jeszcze za chwilę, teraz przyjrzyjmy się bliżej händlowskiemu spektaklowi przygotowanemu muzycznie przez Liliannę Stawarz a wyreżyserowanemu przez Natalię Kozłowską. W warszawskiej inscenizacji świetnie został uchwycony dwuznaczny charakter libretta: opowiada ono, było nie było, o poważnych kwestiach politycznych, twardych walkach o władzę, a przecież przełamuje to nieustannie żywiołem komediowym. Podobnie jest z muzyką, w której Händel chciał pożenić powagę neapolitańskiej opera seria z tradycją weneckiego teatru operowego, z jego szaleństwem, żartem i zgrywą (przykładem olśniewająca „La Calisto” Cavallego...). I ta podwójność została wygrana w spektaklu znakomicie (patrz choćby wygłupy Lesbo, rodem z commedia dell’arte – w tej konwencji całkiem na miejscu!).

G. F. Händel, „Agrippina”, kierownictwo
muzyczne: Lilianna Stawarz,  reżyseria: Natalia Kozłowska,
Teatr Stanisławowski, premiera 14 września 2014
Gwiazdą świecącą w warszawskim przedstawieniu najjaśniej była Anna Radziejewska (Agrippina), śpiewająca z ogromną swobodą i scenicznym luzem. Od samego początku skutecznie przekonywała nas, że ta Agrippina to zła kobieta była... To kreacja wybitna nie tylko głosowo, ale także aktorsko. Sławne już rozwibrowane i roztańczone (!) „Ogni vento” żywym tego dowodem. Niewiele odbiegała od niej bardzo młoda i bardzo zdolna Barbara Zamek (na waszym miejscu ja bym zapamiętał to nazwisko!), której Poppea ma odurzający seksapil i trochę niezrównoważony dziewczęcy wdzięk. I tu również głosowi dorównują nieprzeciętne umiejętności aktorskie. Przez moment odniosłem nawet wrażenie, że śpiewaczka budując swoją rolę, musiała mieć żywo w pamięci znakomite role Danielle de Niese jako Kleopatry w wariackim przedstawieniu „Giulio Cesare” pary Christie/McVicar, czy Poppei, w monteverdiańskiej „Koronacji Poppei” duetu Haim/Carsen. To nie zarzut – to komplement! Jej Poppea miała coś z ducha tamtych kreacji, rewelacyjnie odnajdując się w klimatach komediowych. Dobry był Paweł Kołodziej kreujący niezbyt rozgarniętego i marionetkowego Klaudiusza. Podobnie jak i para satelitów Agrippiny, Pallante (Artur Janda) i Narcyz (Jakub J. Orliński), śliskich i świniowatych palantów. Świetnie wypadł żywy jak srebro Kacper Szelążek w roli infantylnego i przygłupiego Nerona, który nie potrafi wybrać między mamą, łóżkiem a tronem. Tym bardziej szkoda, że wyraźnie cierpiał tego wieczoru Artur Stefanowicz jako Otton, który położył wszystko, co tylko położyć mógł – to było najsłabsze wokalnie ogniwo tego przedsięwzięcia. Royal Baroque Ensemble prowadzony od klawesynu przez Liliannę Stawarz mimo pewnych obsunięć intonacyjnych brzmiał bardzo dobrze, żywo, energetycznie. Brakowało tu może czasem pewnej finezji brzmieniowej (patrz „Agrypina”pod Jacobsem), niemniej muzyka Händla w jego wykonaniu brzmiała kolorowo i miała w sobie barokowy puls.

Fot. materiały prasowe

Bardzo dobrym pomysłem scenicznym było ubranie śpiewaków w efektowne kostiumy, ostentacyjnie stylizowane na „stroje z epoki”. Z epoki Händla, ma się rozumieć. Ale że nie całkiem jesteśmy ludźmi baroku, toteż ich umowna „historyczność” została jeszcze przełamana pewnymi elementami współczesnymi (okulary przeciwsłoneczne itp.). Całość rozegrana została w dość minimalistycznej scenografii. Krzesło obrotowe, które będzie tronem, długi stół, który zamieni się w ławkę bądź łóżko, kilka ekranów, na których widzimy zbliżenia twarzy śpiewaków. Jest to wszystko funkcjonalne, zaprzeczyć trudno, ale i nieco nużące w dłuższym oglądaniu. Brak tu inscenizacyjnego rozmachu (zdaje się, że scena Teatru Stanisławowskiego nie pozwala na wiele...), ale tym bardziej docenić można inwencję reżyserki, która zmuszona była rozegrać swoją „Agrippinę” w poetyce minimal-artu.

Opera Händla miała swoje drugie dno, które współcześni deszyfrowali bez trudu. To nie był tylko portret cesarskiej rodziny w antycznych wnętrzach. Powiadano mianowicie, że w postaci durnowatego Klaklaklaudiusza kardynał Grimani sportretował sprawującego władzę absolutną papieża Klemensa XI, że to słodka zemsta swawolnej i republikańskiej Wenecji na papieskim Rzymie. Dzisiaj to już tylko historyczna anegdota, dla nas niemal bez znaczenia. Ważniejsze jest bodaj co innego. Bez względu na to jaki jest stopień wierności nakreślonego przez librecistę portretu rzymskiej władzy cesarskiej (raczej średni),  bez względu nawet na wspomniane historyczne aluzje (raczej prawdziwe), ten spektakl jest wciąż aktualny na poziomie nieledwie elementarnym. W „Agrippinie”, tej czarnej komedii, kreśli bowiem librecista ironiczny obraz dworskiej menażerii, opowiada przekonująco o truciźnie władzy, o nieprzebranych pokładach cynizmu i podłości związanych z jej sprawowaniem, o groźnym zawsze styku erotyki i polityki... Czy trzeba kogoś przekonywać, że ciemna tonacja tego przedstawienia bez trudu dochodzi do nas i dzisiaj. Podobnie jak katartyczna rola śmiechu, który wszystkie bezeceństwa władzy (tej rzymskiej, i tej współczesnej) bierze w ironiczny nawias i sprowadza do parteru. To przecież nie Agrypina zwycięża, obsadzając finalnie na tronie półgłówka i maminsynka, ale widz, który ma jedyną okazję, by przyjrzeć się z bliska pustce i obrzydliwości władzy absolutnej (a może każdej władzy...) i pośmiać się z niej słuchając uwodzących händlowskich arii.

Fot. materiały prasowe

3.

Dlaczego twierdzę, że warszawska inscenizacja „Agrippiny”to wydarzenie dużej miary? Odpowiedź można znaleźć w zamieszczonej parę lat temu w dwutygodnik.com recenzji z koncertowego wykonania „Giulio Cesare in Egitto” Händla w ramach Opera Rara. W jej zakończeniu pisałem: „W momentach słabszych znanego mi skądinąd dobrze «Giulio Cesare» zdarzało się, że odklejałem się od muzyki. W tych krótkich interwałach rozważałem, nie pierwszy raz zresztą, filozoficznie doniosły problemat: dlaczego tak rzadko słyszymy z polskich scen operowych arcydzieła Händla? Co w tym przeszkadza? Czy jest jakiś urzędowy zakaz wystawiania jego oper? Jakieś fatum ciąży nad tym repertuarem? Ktoś fatwę na kompozytora rzucił? Dlaczego wciąż tylko «Carmeny», «Halki» i  wyeksploatowany do bólu włoski repertuar z wieku XIX?”

Czekałem, czekałem i się doczekałem. Mamy wreszcie operowego Händla i to w bardzo dobrym wykonaniu. Dobrze, może nie wszystko w tej inscenizacji do końca przekonuje. Może to i owo dałoby się poprawić, ale wobec faktu, że  w  o g ó l e  doszło do takiej realizacji, to są doprawdy kwestie bez znaczenia. Można, oczywiście, po recenzencku czepiać się drobiazgów, dzielić włos na czworo, wybrzydzać na to i owo, ale mądrzej byłoby może zobaczyć w „Agrippinie” nowe otwarcie, potraktować ją jako początek i szansę. Początek zakrojonego na kolejne lata cyklu  spotkań z operą barokową i szansę, że będziemy mogli wreszcie na polskiej scenie i w polskim wykonaniu usłyszeć i zobaczyć, w miarę regularnie, arcydzieła barokowego repertuaru. Tej myśli kurczowo się trzymam.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.