Buszujący w buszu
billy woods, fot. materiały prasowe

27 minut czytania

/ Muzyka

Buszujący w buszu

Jan Błaszczak

Fani woodsa niczym biblijni egzegeci prześcigają się w poszukiwaniu znaczeń zakopanych w jego wersach. Upierałbym się natomiast, że ważniejsze od wyjaśniania metafor stosowanych przez rapera są powody, dla których po nie sięga

Jeszcze 7 minut czytania

Pięć lat temu przez Holandię przetoczyła się debata dotycząca udziału tamtejszych elit w handlu niewolnikami. W jej centrum znalazł się Johan Maurits – książę Nassau i gubernator generalny holenderskiej Brazylii. Medialna burza rozpoczęła się, gdy władze Mauritshuis – słynnego haskiego muzeum mającego w swej kolekcji dzieła Vermeera i Rembrandta – postanowiły usunąć z foyer popiersie pierwszego właściciela pałacu. Tłumacząc swoją decyzję, przypominały, że żołnierze Mauritsa przejęli porty w Ghanie i Angoli, którymi później ściągali niewolników do pracy przy wielkich plantacjach trzciny cukrowej. Szacuje się, że za sprawą holenderskiego gubernatora w XVII wieku do Brazylii trafiło około 24 tysiące Afrykańczyków: mężczyzn, kobiet i dzieci. Kilkudziesięcioro z nich należało do samego Mauritsa, o czym nie pozwalał im zapomnieć obecny na skórze monogram. Władze muzeum zwracały uwagę, że Maurits nie tylko dorobił się fortuny na handlu ludźmi, lecz także niejako wciągnął Holandię w ten niemoralny proceder. Decyzja dyrekcji Mauritshuis wywołała gorące reakcje prasy i polityków. Dziennik „De Teelegraf” przestrzegał przed fałszowaniem historii, a premier Mark Rutte nazwał decyzję szaloną. Debata rodziła tym większe emocje, że dotyczyła jednego z najpopularniejszych holenderskich muzeów. Domu nie tylko Johana Mauritsa, ale też „Dziewczyny z perłą”. Choć to właśnie ze względu na Vermeera do Hagi co roku ściągają setki tysięcy turystów, w tym kontekście ciekawszy wydaje się inny obraz z kolekcji Mauritshuis. Mam na myśli „Dwóch Afrykańczyków” Rembrandta – dzieło, które uznaje się niekiedy za pierwszy portret (w odróżnieniu od przedstawień Trzech Króli czy św. Maurycego) czarnego człowieka w malarstwie europejskim.

Właśnie „Dwóch Afrykańczyków” spogląda z okładki „Aethiopes” billy’ego woodsa. Wybór tego obrazu nie jest przypadkowy. Raper zbyt wiele razy stawiał już słuchaczy w obliczu postkolonialnych łamigłówek i paradoksów, by mieć wątpliwości, co do jego intencji. Ostatecznie swoją dzisiejszą pozycję ulubieńca niezależnych mediów i słuchaczy digerrów woods zawdzięcza wielopiętrowym tekstom: gęstym od metafor, niezwykłych skojarzeń i sądów idących w poprzek myślowym schematom. Nie jest w tym nowicjuszem i nie przeciera też tych szlaków jako pierwszy. Kiedy dwadzieścia lat temu zaczynał rapować, pchnęły go ku temu undergroundowe propozycje MF DOOM-a i duetu Cannibal Ox. Jego styl niewątpliwie łączy wiele z bohaterami nowojorskiego podziemia: rozbudowana metaforyka; łatwość w poruszaniu się po popkulturze; mieszanie perspektyw kilku narratorów; zestawianie ze sobą słów ze względu na ich brzmienie. woods potrafi błyskotliwie przekomarzać się z historią rapu („Ready to die, it’s no biggie”, „Chekhov put Jay tech on Nas’ dresser”), bawić się wieloznacznością słów („the ripped CD-R skip / you hope the CDS don’t stick”), ale też walić prosto z mostu („my taxes pay police brutality settlements”). Ciężar jego tekstów niezmiennie zasadza się nie na słownej ekwilibrystyce, ale na ich politycznym charakterze.

woods nie ma tu sobie równych. Najwięksi erudyci niezależnego hip-hopu, ulubieńcy lewicowych portali i środowiskowi aktywiści z mikrofonem w ręku nie mają do niego startu. Podczas gdy wielu z nich zatrzymuje się na poziomie spiskowych teorii lub paradzie figur dawno już przerobionych na T-shirty i netflixowe biopiki (Malcolm X, Marcus Garvey, Czarne Pantery), woods ze swobodą wychodzi poza amerykański kontekst. W jego utworach pojawiają się terroryści samobójcy, afrykańscy dyktatorzy i starożytni królowie. Raper błyszczy najbardziej, kiedy obnaża neokolonialne schematy, wskazuje historyczne paralele i kulturowe zależności. Jak w „Spider Hole”, w którym zrównuje dziennikarzy egzotyzujących Globalne Południe z antropologami badającymi dziś czarne amerykańskie getta („You don’t want smoke? / National Geographic, negroes cookin’ coke / Anthropologists watch the negro sell dope”). Wielowymiarowy ogląd współczesnej Afryki, umiejętność wskazywania nieoczywistych relacji władzy i intertekstualność sprawiają, że jego albumy przyciągają nie tylko sieroty po MF DOOM-ie. – „Robiłem już wtedy doktorat z komparatystyki i szczególnie interesował mnie temat literatury postkolonialnej, mocno obecny w Instytucie Filologii Francuskiej – wspomina Landon Kramer, badacz z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. – W tym czasie słuchałem dużo billy’ego woodsa i odnosiłem wrażenie, że jego spostrzeżenia w tym zakresie były znacznie ciekawsze niż wątki obecne w pracach studiowanych przeze mnie teoretyków. Ostatecznie swoją seminaryjną pracę poświęciłem więc woodsowi”.

Zupełnie mnie to nie zaskakuje. Choć woods nie ma najpewniej tytułu naukowego, który pozwalałby mu pisać o postkolonializmie ex cathedra, wcale go też nie potrzebuje. Ma rodzinną historię.

History Will Absolve Me*

„I think Mengistu Haile Mariam is my neighbor” – tymi słowami rozpoczyna się „Asylum”, utwór otwierający „Aethiopes” i zarazem jeden z moich ulubionych hiphopowych numerów ostatnich lat. woods łapie w nim historyczny moment z niecodziennej perspektywy. Oto były etiopski dyktator zbiega do Harare, gdzie bezpieczeństwo gwarantuje mu prezydent Robert Mugabe. Stojący na czele junty wojskowej, która obaliła cesarza Hajle Sellasje, polityk ma na swoim sumieniu setki tysięcy ofiar „czerwonego terroru”, a liczba zmarłych na skutek przymusowych przesiedleń i – ukrywanej przed światem – klęski głodu przekracza milion. Przypominam o tym, bo nie dowiecie się tego z „Asylum”. Ten utwór to snuta oczami małego chłopca opowieść o enigmatycznym przybyszu, który wraz ze swoim dworem zamieszkał w sąsiedztwie. Dziecięcy obserwator zauważa drobne prace remontowe, potem kamery na szczycie ogrodzenia, aż wreszcie przez uchylone w upalne afrykańskie noce okna dobiegają go echa dziwnej muzyki. To etiojazz, który przejmuje zresztą instrumentalną warstwę „Asylum”. Wieczorna kłótnia rodziców chłopca rozgrywa się przy akompaniamencie samplowanego tu „Gubelyé” Alèmayèhu Eshèté nagranego jeszcze za czasów panowania Sellasje. W kuchni tłuką się talerze, hałas ułatwia dziecku czmychnięcie do ogrodu. Wspina się na rosłe awokado i wstrzymując oddech, wodzi wzrokiem za ochroniarzem tajemniczego sąsiada. Noc jest na tyle jasna, że dostrzega czarne plamy khatu, którymi spluwa w okazałe rododendrony upadłego tyrana.


Wiemy, kto jest sąsiadem, ale kim jest chłopiec? Najpewniej jest nim sam woods, który spędził dzieciństwo w Zimbabwe. Choć od początku swojej kariery raper broni swojej prywatności, nie zdradzając prawdziwych personaliów i zasłaniając twarz na zdjęciach, to z udzielonych przez niego wywiadów można skleić szczątkowy biogram jego ojca. Z wypowiedzi rapera wiemy, że: 1. Był dyplomatą, marksistą, politykiem; 2. W czasie wojny rodezyjskiej, tzw. wojny w buszu, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie w latach 70. obronił doktorat; 3. W Ameryce poznał przyszłą żonę: pochodziła z Jamajki, studiowała literaturę angielską, którą później wykładała; 4. Jeszcze w Stanach z ich związku urodził się billy woods; 5. W 1979 roku, tj. zaraz przed zwycięstwem Mugabego, ojciec woodsa wrócił do Harare, dokąd ściągnął rodzinę zaraz po wygranych przez Zanu PF wyborach; 6. W Zimbabwe piastował polityczne stanowiska aż do 1988 roku, kiedy nagle zmarł; 7. Po jego śmierci rodzina przeprowadziła się do USA.

Z dość lapidarnych wywiadów z raperem dowiadujemy się też co nieco o jego dzieciństwie. Wiemy, że towarzysząc ojcu w podróżach po kraju, spoglądał w oczy prawdziwej biedzie, a pewnego razu – samemu Mugabe. Podczas tych tras widywał wysadzone czołgi i inne ślady niedawno zakończonej wojny. Konfliktu, który eskalował na początku lat 60., kiedy władzę w brytyjskiej kolonii przejął skrajnie prawicowy Front Rodezyjski. Na fali Roku Afryki jego przywódca – premier Ian Smith (dziś idol białych suprematystów) zażądał uznania niepodległości kraju, którą – nie bacząc na protesty Londynu – ogłosił w 1965 roku. W przeciwieństwie do dekolonizacyjnych procesów zachodzących w innych krajach kontynentu Front Rodezyjski wprowadzał kolejne dyskryminacyjne prawa, więził opozycjonistów, a jego lider publicznie deklarował, że nie wyobraża sobie rządów czarnej większości w perspektywie tysiąca lat. Wspierany przez RPA i Portugalię Salazara (wówczas kontrolującą jeszcze Angolę i Mozambik) Smith czuł się na tyle mocny, że nie godził się na negocjacje. W rezultacie doszło do trwającej 15 lat wojny w buszu, której stroną było ZANU – wspierana przez sowietów partyzantka Mugabe. Choć jedną z jej metod prowadzenia walki było sianie terroru wśród białych farmerów, a jej lider zapowiadał rozstrzelanie przywódców Frontu, to pod wpływem nacisków państw trzecich ostatecznie zgodził się na udział w międzynarodowych negocjacjach. Rozmowach, które doprowadziły do wyborów, które Mugabe wygrał miażdżącą liczbą głosów.

Wyborów, których wynik ściągnął do Zimbabwe woodsa z rodziną. Do kraju, którego nowy przywódca – ku zdumieniu swoich oponentów – nawoływał do zapomnienia o tym, co było i wspólnego, zgodnego budowania. Mugabe nie tylko nie mścił się na swoich oponentach, ale mianował nawet dwóch białych ministrów w swoim gabinecie. Co więcej, dbał o los białych farmerów, wiedząc, że to oni napędzają gospodarkę kraju. Ten przedłużający się miesiąc miodowy trwał aż pięć lat, kiedy rasowe napięcia w końcu dały o sobie znać. Rasowy rozejm był na rękę politykowi, który pod okiem specjalistów z Korei Północnej przygotowywał swoje służby do krwawego rozprawienia się z czarną opozycją. Terror w regionie Matabele – bastionie jego politycznego konkurenta Joshuy Nkomo – kosztował życie co najmniej 10 tysięcy osób. Nierzadko sojuszników Mugabego z czasów wojny w buszu. Podsumowując, przez większą część czasu spędzonego przez woodsa w Zimbabwe jego przywódca cieszył się autentycznym poparciem społecznym, traktował kapitalizm jako bazę pod przyszłe socjalistyczne zmiany, próbował dogadać się z białą elitą finansową, a okrucieństw wobec obywateli swojego państwa dopuszczał się dość daleko od Harare. Na pewno zbyt daleko, by dostrzegł je ośmiolatek.

Terror Management

woods zdaje sobie sprawę, jak zachodni słuchacze postrzegają Mugabego, i od początku gra z tym wyobrażeniem. Nie dla hecy, ale dlatego, że obraz polityka wydaje mu się bardziej złożony niż figura bondowskiego łotra. Z tego powodu z okładki jego przełomowego albumu z 2012 roku spogląda na nas twarz Mugabego. Raper prowokacyjnie zderza ją z tytułem „History Will Absolve Me” („Historia mnie rozgrzeszy”) – hasłem pochodzącym ze słynnego przemówienia Fidela Castro po ataku na Moncada. Trudno powiedzieć, czy w ten sposób woods rozgrzesza afrykańskiego dyktatora, okrutnie przedrzeźnia Kubańczyka, czy może nabija się z progresywnego zachodniego słuchacza, który selektywnie wspiera lewicowe rewolucje. Słowa Castro powracają w utworze „Cuito Cuanavale”, gdzie raper przypomina legendarny koncert Boba Marleya w Harare zorganizowany z okazji ogłoszenia niepodległości Zimbabwe. woods nawija: „Through the looking glass / Robert Mugabe watches Bob Marley perform «Zimbabwe» / Feelin’ out of body / Fresh out the bush still see the bodies / Pompeii / History Will Absolve Me / Prolly”. To nie tylko umiejętne zestawienie bohaterów z innych rejestrów naszej wyobraźni. Warto wiedzieć, że sam koncert Marleya doprowadził do zamieszek, kiedy siły porządkowe użyły gazu łzawiącego w kierunku tłumu próbującego szturmem dostać się na występ Jamajczyka. Występ, który ze swoich lóż oglądali król Karol III i Indira Gandhi, trzeba było przerwać po trzydziestu minutach. By uspokoić sytuację, Marley wielkodusznie zgodził się wystąpić ponownie następnego dnia, w obu przypadku rezygnując z honorarium. Po tym wieczorze trudno było jednak nie zauważyć, że wyczekiwane święto narodu okazało się świętem bezwzględnej władzy. I szerzej: metaforą kraju, który pomimo wielkich społecznych oczekiwań zmierzał w kierunku dyktatury. 

No właśnie, metafory: piętrowe, gorzkie, insiderskie. Fani woodsa niczym biblijni egzegeci prześcigają się w poszukiwaniu znaczeń zakopanych w jego wersach. Upierałbym się natomiast, że ważniejsze od wyjaśniania metafor stosowanych przez rapera są powody, dla których po nie sięga. W ezopowych opowieściach woodsa rozmywają się czas i miejsce. Wersy o strachu i biedzie, przemocy i braku perspektyw mogą równie dobrze dotyczyć codzienności w czarnym getcie współczesnej amerykańskiej metropolii, jak i w Rodezji Południowej. Mogą dotykać zepsucia służb za kadencji Reagana, jak i korupcji polityków we współczesnym afrykańskim państwie. Mogą sięgać Karaibów – z którymi woods jest silnie związany przez rodzinę matki – lub XIX-wiecznej Europy, którą zna z literatury podsuwanej mu przez nią od najmłodszych lat. Tylko niekiedy woods zostawia tropy, wskazówki, które pomagają się zorientować, gdzie właściwie jesteśmy. Jak w doskonałym „The Doldrums”, gdzie na amunicji wyryto „Vickers” i „VSM”, a więc nazwy brytyjskiego przedsiębiorstwa zbrojeniowego działającego od drugiej połowy XIX wieku. Można zakładać, że prędzej korzystali z nich żołnierze Frontu Narodowego niż gangsterzy rozwijający dziś swój przestępczy proceder. Zdaniem Kramera właśnie to rozmywanie kontekstu i mieszanie ze sobą realiów, z którymi zmagają się zarówno mieszkańcy kontynentu, jak i przedstawiciele współczesnej afrykańskiej diaspory, stawia woodsa w czołówce najbardziej intrygujących postkolonialnych autorów.


To gubienie tropów dotyczy jednak nie tylko opowieści o makrospołecznych, politycznych procesach, ale też rodzinnych historii. W utworze „Duppy” z debiutanckiej płyty duetu Armand Hammer, który tworzy z Elucidem, raper chyba najszerzej opowiada o śmierci ojca. Jeśli wcześniejsze lata w Zimbabwe wspomina z odrobiną nostalgii, to felerny dzień definitywnie zamyka ten etap. Jak rapuje, po tym dniu tak naprawdę nigdy więcej się nie śmiał. W „Duppy” woods przywołuje państwowy pogrzeb: ordery i mundury, ale rzuca cień na przyczyny przedwczesnej śmierci ojca („Rumors it wasn’t no accident”). To niedopowiadanie, ukrywanie znaczeń stanowi ważny element jego stylu. Do tego stopnia, że poświęca mu cały album. „Hiding Places” to płyta o tym, co ukryte. Przy czym kryjówką może być zarówno nora Saddama Husajna, jak i dłuższa pauza w trakcie wypowiedzi. Pokusiłbym się o uogólnienie, że to właśnie język stanowi dla woodsa maskującą siatkę. To, co zakrywa na zdjęciach, wydaje mi się mniej istotne niż to, co zakrywa w wersach. Linijkach, w których nie bez przyczyny pojawiają się zamaskowany raper MF DOOM czy ukrywający się przed światem autor „Buszującego w zbożu” J.D. Salinger. I być może gubię proporcje, ale w pewnym momencie to, czego nie mówi mi woods, stało się dla mnie równie ważne, co jego napakowane treścią wersy. A może nawet ważniejsze.

Hiding Places

A przecież z reguły zupełnie mnie nie obchodzi, co skrywa maska. Wszystkie te próby przydybania Thomasa Pynchona wydawały mi się zawsze niesmaczne. Grafiki śledzące powiązania Banksy’ego z Robertem del Nają z Massive Attack na podstawie nakładającej się mapy aktywności artysty i zespołu budziły co najwyżej moje rozbawienie. A jednak w przypadku woodsa mam inaczej. Może to ze względu na biograficzne wątki w jego twórczości? W końcu sam wpuszcza mnie do swojego domu i raz za razem każe zatrzymać się w przedpokoju. A może jest we mnie coś z tego antropologa wyśmiewanego przez woodsa w „Spider Hole” – może ja też egzotyzuję? Łudzę się jednak, że chodzi o coś innego. Według Kramera to właśnie podczas dziecięcych lat spędzonych w Zimbabwe ukształtował się chłodny, pesymistyczny ogląd świata, który wyłania się z wersów woodsa. Wizja, za którą podąża muzyka – pełna metalicznych brzmień, dysonansów i sampli ze starych rockowych płyt. Jej źródłem jest naoczna obserwacja, jak afrykański sen staje się koszmarem. A także strach, bo nawet jeśli woods uczęszczał do szkoły dla stołecznych elit, to w Harare nie zawsze było bezpiecznie. W jednym z wywiadów raper wspomina bombardowanie siedziby partii African National Congress przez wojska RPA, które prowadziło wówczas niewypowiedzianą wojnę z Zimbabwe. Jednym z uczestników tego konfliktu był podwójny agent i najsłynniejszy chyba więzień Mugabego – Kevin Woods. Zakładam, że doświadczenia tamtej dekady wpłynęły nie tylko na pseudonim rapera. Uznaję więc, że odkrywanie informacji o losach jego rodziny pozwoli mi jakoś nawigować w gąszczu metafor, dwuznaczności i aluzji, które charakteryzują jego utwory.

Z taką myślą zaczynam śledzić artykuły i zamawiać książki o historii Afryki, szczególnie Zimbabwe. A jednak lektura rozdziałów z opasłej książki „Historii współczesnej Afryki” Martina Mereditha dość szybko ustępuje wertowaniu profili ministrów z pierwszych rządów Mugabego. I umówmy się, nie interesuje mnie, jakie wprowadzili reformy. Jestem ciekaw, czy któryś z nich zmarł w 1988 roku.

Książki, na które trafiam, opowiadają jednak zbyt szeroko. Zimbabwe jako e-państwo okazuje się natomiast bardzo mało responsywne. Mailuję więc do brytyjskich afrykanistyk, które z historycznych względów chętnie zajmują się tym kawałkiem świata. Pierwszy badacz, na którego trafiam, reaguje bardzo entuzjastycznie. Dopytuje, kogo dokładnie szukam, i wydaje się żywo zainteresowany moją inicjatywą. Gdy podaję mu szczegóły, milknie. Czyżby zaczął poszukiwania na własną rękę? A może pytam zbyt blisko źródła? Może zna woodsa? Nie zrażam się jednak, szukam dalej. Mój spam zostaje nagrodzony. Od innego badacza współczesnej Afryki dostaję adresy kilku Zimbabwejczyków, których powinienem zapytać o tożsamość przedwcześnie zmarłego polityka z otoczenia Mugabego. Nie zwlekam i szybko otrzymuję odpowiedź od szefowej małego wydawnictwa w Harare. Irene Staunton ubolewa jednak, że nie może mi pomóc, bo nie zna się na amerykańskim rapie. Łapię się za głowę i ponawiam pytanie, usuwając wszystkie zawiłości i myślowe skróty. Po dziesięciu minutach dostaję odpowiedź. „Ach, przepraszam, Jan! W takim razie to musi być Stanlake Samkange”.

Od razu to sprawdzam. Wszystko się zgadza. Prawie wszystko się zgadza. Zgadza się naprawdę wiele. W tym czasie dostaję kolejną wiadomość. Pisze do mnie Chirikure Chirikure – zimbabwejski pisarz, którego Staunton dodała do wiadomości. „Całkowicie zgadzam się z Irene! To powinien być Samkange”.

Zaczynam czytać o Samkange, a moja ekscytacja rośnie. To ród, który odegrał kluczową rolę w budowaniu tożsamości narodowej współczesnych Zimbabwejczyków. Ukształtowany przez środowiska misyjne Thompson Samkange był jednym z liderów czarnej społeczności Rodezji Południowej. Działając w trudnych kolonijnych realiach, konsekwentnie meandrował pomiędzy afrykańskim nacjonalizmem a multikulturowym liberalizmem. Miał zasługi dla lokalnej edukacji i prasy, sprawował najważniejsze funkcje w pierwszych reprezentujących czarną społeczność partiach politycznych, które postanowiły grać z Brytyjczykami na ich zasadach. W 1943 roku został mianowany przewodniczącym Southern Rhodesia Bantu Congress. Gdy zrezygnował ze stanowiska, sekretarzem partii został jego syn – Stanlake. Wykształcony w RPA historyk, którego wielkim dziełem było założenie Nyatsime College – pierwszej szkoły w kraju, gdzie czarni profesorowie mogli uczyć czarną młodzież. W polityce Stanlake nie odniósł takich sukcesów jak jego ojciec. Był krytykowany przede wszystkim za swoją wiarę w dialog z białą mniejszością, szczególnie liberalnym premierem Garfieldem Toddem. „Miał nadzieję uniknąć polaryzacji na czarnych i białych. W każdym razie uważał, że wielorasowa polityka ma sens, jeżeli nadarzała się możliwość ścisłej współpracy z białym człowiekiem, który miał władzę. Garfield Todd, misjonarz z sąsiedztwa, został najpierw parlamentarzystą, a potem premierem” – pisał jeden z ojców brytyjskiej afrykanistyki profesor Terence Ranger w książce „Are We Not Also Men?”, poświęconej w całości rodzinie Samkange. Kiedy w latach 60. do władzy doszedł Front Rodezyjski, idea multirasowej polityki Stanlake’a załamała się. Rozczarowany skupił się na pracy naukowej i literackiej. W 1968 roku ukazała się jego najgłośniejsza powieść, „On Trial for My Country”. Jeszcze do niej wrócę, ale najpierw podam kilka faktów z życia jej autora, które przykuły moją uwagę. Samkange był politykiem. Co więcej, w czasie wojny w buszu wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. W latach 70. obronił tam doktorat i poznał swoją żonę. Przewidując zbliżającą się polityczną rewolucję, powrócił do ojczyzny niedługo przed wyborami i został w niej aż do śmierci w – uwaga! – marcu 1988 roku. Wydaje się, że zgadza się tu zbyt wiele, aby to mógł być przypadek. A jednak im więcej czytam, tym więcej mam wątpliwości. Często tak bywa z czytaniem.

Church

Opowieści woodsa sugerują, że jego ojciec był zwolennikiem Mugabego, podczas gdy rodzinie Samkange bliższy był jego polityczny rywal – Joshua Nkomo. Koncyliacyjny ton Stanlake’a z jego próbami nawiązania dialogu z opresyjną białą mniejszością również nie pasuje do opowieści rapera. Idąc dalej, Samkange wycofał się z polityki przed samymi wyborami 1980 roku, podczas gdy ojciec woodsa miał sprawować w niej jakieś role już za rządów Mugabego. To jednak wciąż mało w zestawieniu z wymienionymi wyżej datami, które nachodzą na siebie w magiczny sposób. Szukając więcej danych, zacząłem czytać o Tommie Samkange – żonie zimbabwejskiego pisarza. Z opowieściami woodsa zgadzało się to, że poznali się w Stanach, a ona była naukowczynią. Nie była jednak jamajską specjalistką od literatury angielskiej, lecz doktorką psychologii urodzoną w Missisipi. Dowiedziałem się też, że zmarła w 2021 roku. Zacząłem więc szukać u woodsa tekstów, które mogłyby świadczyć o śmierci matki. Coś mi świtało. I rzeczywiście, w słuchanym przeze mnie w nieskończoność utworze „Spongebob”, który posługuje się postacią z bajki, by opowiadać o terroryzmie, przemocy i zrzucaniu bomb (akcja „Sponge Bob” rozgrywa się w Bikini Dolnym, które woods kojarzy z Atolem Bikini), odnajduję linijki : „she’s gettin’ worse / Your sister talked to the nurse, everybody at chuch / Everybody wants to know if you comin’, but they won’t say the words”. Idę dalej tym tropem. Myślę o pandemicznym roku 2021, kiedy nagrywaliśmy i transmitowaliśmy wszystkie wydarzenia z naszego życia, i wyszukuję pogrzeb Tommy Samkange na YouTubie. Jest. Czuję się z tym dziwnie, ale na tym etapie jestem już jak inspektor Dave Toschi na tropie Zodiaka. Odpalam wideo. Sytuacja jest nie najłatwiejsza, bo ze względu na koronawirusa wszyscy żałobnicy noszą maski, ale nie rozpoznaję nikogo, kto swoją sylwetką przypominałby woodsa. Przeskakuję na koniec nagrania. Pogrzeb zakończony, przemawia jakiś elegancki mężczyzna. Włączam głos. To syn zmarłej. Na wstępie dziękuje zebranym za przybycie, po czym podkreśla, że będzie teraz mówił w imieniu swoim i nieobecnego młodszego brata. „No nie wierzę” – mówię głośno, zakłócając ciszę wirtualnego cmentarza. 


No właśnie, synowie Samkange. Z nimi mam największy problem. Wszystko dlatego, że ojciec umieszcza ich w podziękowaniach swojej książki. „On Trial for My Country” ukazało się w 1968 roku, więc młodszy z nich musiał urodzić się najpóźniej rok wcześniej. woods nie jest już młodzieniaszkiem, ale nie dobija też do sześćdziesiątki. Wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że urodził się raczej w drugiej połowie lat 70. Czy Samkange miał później jeszcze jakieś dzieci? Raczej nie. A przynajmniej nie udaje mi się tego ustalić. A chyba będę wiarygodny, pisząc, że próbuję. Zagłębiam się w historii zimbabwejskich elit do tego stopnia, że nowy album woodsa bierze mnie z zaskoczenia. Ledwie udaje mi się kupić płytę, która – jak wszystkie poprzednie – po kilku dniach jest już niedostępna. Tym bardziej „Maps”, która zbiera świetne recenzje w prasie, ale ma też potencjał, by wyjść do szerszego grona słuchaczy. Choć zaczynające je „Kenwood Speakers” brzmi jak jakiś undergroundowy klasyk z katalogu Def Jux, to dalej pojawia się tu kilku szeroko rozpoznawalnych gości (Danny Brown, Samuel T. Herring z Future Islands), producent Kenny Segal chętniej sięga po ciepłe brzmienia, a sam woods odkrywa jasne strony swojego fatalizmu („Already knew the options was lose/lose / Baby, that’s nothing new / That just make it easier to choose”). Ponadto „Maps” promują zaskakująco chwytliwe single. Mnie chwyciło zwłaszcza „Soft Landing”, w którym woods dzwoni do mamy, by przekazać jej, że ją kocha... Wiem, wiem, powinienem się cieszyć.

Koncert billy'ego woodsa

billy woods wystąpi w Polsce 9 czerwca 2023 roku. Raper zagra na festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice. W programie imprezy znajdują się także m.in.: Sudan Archives, Oneohtrix Point Never, Orbital, Röyksopp.

Jeśli się nie cieszę, to dlatego, że już nie wierzę. Zauważam wreszcie to, co powinienem wyłapać znacznie wcześniej. Jeszcze przez chwilę zastanawiam się, czy nie łączyć tego nieoczekiwanego powrotu z zaświatów ze wstępem do „On Trial for My Country”, w którym duch tłumaczy bohaterowi, że w Zimbabwe powstawanie z martwych to w zasadzie standard. Robię to jednak bardziej dla żartu, dla sportu, z przyzwyczajenia. „Soft Landing” to dla mnie twarde lądowanie. Bo przecież to wszystko nie zgadzało się od początku. „I think Mengistu Haile Mariam is my neighbor” – ile razy słyszałem zdanie otwierające „Asylum”? Na tyle często, że powinienem wyłapać, że etiopski dyktator uciekł do Zimbabwe w 1991 roku. Trzy lata po śmierci ojca woodsa. Kiedy jego syn z pewnością mieszkał już w USA. Wygląda więc na to, że najlepszą nauką, jaką raper wyniósł z obserwacji MF DOOM-a, nie było zasłanianie twarzy, lecz rozmywanie własnej biografii w gąszczu perspektyw. Pisanie historii niemal prawdziwych. Opowieści wiarygodnych, bo zakorzenionych w realnych, wyjątkowych doświadczeniach, ale jednak fabularyzowanych. „Never told the truth in your life? Can’t start now!” – śpiewa w refrenie „Asylum”, jakby się ze mnie nabijał. I może słusznie, bo przecież takie odgórne utożsamianie autora z podmiotem lirycznym to szkolny błąd. I nauczka na przyszłość. Będę mądrzejszy.

Z tym postanowieniem wracam do słuchania woodsa, szykując się powoli na jego katowicki koncert. Przeskakuję między albumami. Przypomina mi się, że na koniec rozmowy z Kramerem wymieniliśmy się naszymi ulubionymi kawałkami rapera. Amerykanin wybrał utwór „All Jokes Aside” ze słabiej mi znanej płyty „Church”. Postanowiłem go posłuchać. Już na samym początku woods rapuje w nim o swoim prywatnym sejfie. Gdyby ktoś go otworzył, znalazłby w nim gazetę z 15 marca 1988 roku. Stop. Przerywam odsłuch. Jezu, zgadza się nawet miesiąc! Tego już za wiele. Prasa w latach osiemdziesiątych? To pewnie „The Herald”. Co prawda nie ma z nimi kontaktu, tak jak z Narodowym Archiwum Zimbabwe, którego adresy mailowe nie działają (nie pytajcie, skąd wiem), ale nawiązałem właśnie kontakt z konsulatem. Tym razem to musi być to! Wszystko się zgadza. Prawie wszystko się zgadza. Zgadza się naprawdę wiele.

* Śródtytuły stanowią tytuły albumów billy’ego woodsa.