Historie, których nie ma
Bob May CC BY-NC-SA 2.0

20 minut czytania

/ Obyczaje

Historie, których nie ma

Zofia Zaleska

Trudno opowiadać historie, po których zostały tylko strzępy – źle zapisane nazwisko, krótka wzmianka, niepodpisane zdjęcie. Opisywanie życia i pracy opiekunek i służących jest równoznaczne z dawaniem świadectwa pominięciu

Jeszcze 5 minut czytania

Przeszłość kryje mnóstwo opowieści, czemu wybieramy te, a nie inne? Dlaczego jedne historie mają swoje znicze, wieńce i pomniki, a inne kryją się po szufladach? Tej jesieni ukazały się dwie książki opowiadające nieznaną historię kobiet: zbiór tekstów „Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny” i książka Joanny Kuciel-Frydryszak „Służące do wszystkiego”. W pierwszej osiem różnych autorek rekonstruuje losy kobiet, które w czasie okupacji zajmowały się osieroconymi i chorymi żydowskimi dziećmi. Wszystkie dokonywały bohaterskich czynów i prawie wszystkie są anonimowe. Może ktoś słyszał o Felicji Czerniaków (przez jej męża, prezesa zarządu gminy żydowskiej, a później warszawskiego Judenratu), niektórzy kojarzą nazwisko Zofii Zamenhof (przez jej ojca, twórcę esperanto). Nikt nie wie o Annie Taubenfeld, Lubie Blum-Bielickiej, Annie Reginie Feuerstein, Annie Braude-Heller, Toli Minc, Chanie Kuperberg, pani Rechtman, pani Luni, Heli, Wisi i innych. Joanna Kuciel-Frydryszak swoją książkę o służących zadedykowała „pamięci zapomnianych kobiet”. Przedstawia w niej historię służby domowej, koncentrując się przede wszystkim na pierwszych dekadach XX wieku. To opowieść o wyzysku, bliskości i obcości, niezrozumieniu, samotności i pogardzie dla słabszych. Żydowskie opiekunki i służące mają inne historie, ale też coś wspólnego – ich życie wypełnione było działaniem, a została po nich cisza.

„Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny”„Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny”. Pod red. Moniki Sznajderman i Magdaleny Kicińskiej, Czarne, 216 stron, w księgarniach od maja 2018

Zwykłe panie od prania i przytulania

„Lekarki, pielęgniarki, nauczycielki, wychowawczynie, zwykłe panie od prania i przytulania”, czytamy we wstępie do książki o żydowskich opiekunkach. Dziwna ta zwykłość. Zofia Zamenhof opatrywała rannych i chorych na Umschlagplatzu, ze swoimi pacjentami wsiadła do wagonu do Treblinki, uznała, że tam gdzie jadą, może być im potrzebna. Tola Minc była jedną z wychowawczyń w postępowym dziecięcym sanatorium imienia Włodzimierza Medema w Miedzeszynie pod Warszawą, nie skorzystała z możliwości ratunku, zginęła razem z dziećmi i ze swoim synkiem w Treblince. Opiekunka sierot w łódzkim getcie Pani Lunia – Łucja Gold, więźniarka obozów, po wojnie zajmowała się ocalałymi dziećmi i wciąż opowiadała o tych, których uratować się nie udało.

Autorki książki – pisarki, reporterki, badaczki – przypominają losy tych i innych kobiet. Trudno jednak opowiadać historie, po których zostały tylko strzępy – źle zapisane nazwisko, krótka wzmianka, niepodpisane zdjęcie. Opisywanie życia i pracy żydowskich opiekunek jest równoznaczne z dawaniem świadectwa pominięciu. Często nie wiadomo, kiedy i gdzie się urodziły, jak wyglądały, w jaki sposób zginęły. Nieznane są ich motywacje, uczucia, nie zostały po nich fotografie, listy, dzienniki, ani najcześciej żadna rodzina. Patrycja Dołowy szuka informacji o wychowawczyniach z sierocińca w łódzkim getcie. „Nie jest tego wiele. Tylko tyle zostało po ludziach, którzy nie są szczątkami, ani popiołem (...) Są tylko tym, co opowiemy (...) Później frustracja zmienia się w złość, gdy orientuję się, że nawet w tych wybrakowanych świstkach mężczyźni mają imiona i nazwiska, a kobiety tylko imiona”. Karolina Przewrocka-Aderet trafia na ślady kierowniczki krakowskiego Domu Sierot, Anny Reginy Feuerstein, na marginesach – jej bohaterka jest krótkim dopiskiem do cudzych historii. Tak jak Stefania Wilczyńska stała w cieniu doktora Korczaka, tak Anna pracuje w cieniu związanego z sierocińcem działacza społecznego chasyda Dawida Kurzmanna – pisze dziennikarka i swój tekst tytułuje „Przezroczysta”.

Autorki tego zbioru szukają własnego sposobu na opowiedzenie pustki. Ze szczątkowych informacji udaje im się stworzyć przejmujące portrety żydowskich wychowawczyń, pielęgniarek, lekarek, nauczycielek. Ich bohaterki różnią się od siebie, ale łączy je niezgoda na zaniechanie. Wszystkie reprezentują pewien typ osobowościowy – to społecznice, o silnych charakterach, wrażliwe na krzywdę innych organizatorki. Walczą o kolejne budynki dla szkół, sierocińców i szpitali, ratują sprzęt, organizują kursy i szkolenia, a także codzienne życie przerażonych dzieci. „Kiedy ktoś powie przy mnie, że kobiety są opiekuńcze, to jakby mokrą ręką po styropianie przejechał. No są, co z tego, muszą przecież być. Żadna sensacja, ktoś przed snem całuje w czoło i podaje lekarstwa, a jak boli, to pociesza. Ktoś zamyka powieki umarłemu, gdy już pora. I do tego potrzebny jest chromosom «P» jak «pomoc». Że niby głównie mają go kobiety. I dlatego to najczęściej one noszą białe czepki” – zżyma się Sylwia Chutnik, opisując historię pielęgniarki Luby Blum-Bielickiej. Luba w getcie toczyła walkę o normalność i pilnowała, by uczennice Szkoły Pielęgniarstwa miały czyste, wykrochmalone czepki. Po wojnie zarządzała Domem Dziecka w Otwocku, wciąż rzeczowo i energicznie, jakby od tego dalej zależało przeżycie. W książce wiele jest opisów „nadludzkiej” medycyny tamtych czasów (określenie Adiny Blady-Szwajger) – ratowania życia pacjentów bez potrzebnych narzędzi i sprzętu, bez wykwalifikowanej pomocy, w czasie nalotów, wywózek i wszechobecnej śmierci. Może to rodzaj siły bezsilnych, która sprawia, że w momencie końca świata człowiek zachowuje się, jakby rzeczywistość dalej istniała, gdy śmierć jest wszędzie wokół, ze zdwojoną mocą zajmuje się życiem.

Wybór

Historie opiekunek są pełne niezłomnego działania i nie dają spokoju. Bo jeśli przestaniemy uważać kobiece zaangażowanie na rzecz innych za coś oczywistego, to trudno je czasem zrozumieć. Być może taka postawa wymaga szczególnych okoliczności. W posłowiu Hanna Krall pisze o ludziach, którzy mieli wybór – podejmowali walkę o życie lub z niej rezygnowali. „Udało się im wszystkim. Zdążyli wybrać. Jak ktoś ma pod opieką dzieci albo pacjentów, nie może sobie pozwolić na wybór”. Ten brak wyboru trudno pojąć. A opiekunki nie miały go po wielokroć – jako kobiety, którym przypisywany jest chromosom „P” i gen poświęcenia, jako osoby odpowiedzialne za słabszych, jako Żydówki, skazane na śmierć na równi ze swymi podopiecznymi. Mimo rozpaczliwego położenia nie przerywały pracy i usiłowały zachować pozory normalności. Być może coś jeszcze pomagało im opierać się beznadziei. W jednym z felietonów Andrzej Kijowski prowokacyjnie pisał kiedyś, że uważa ludzi za stworzenia organicznie niezdolne do wykonywania prawdziwej pracy, a samą pracę za aktywność przeciwną ludzkiej naturze. „Nie chce mi się! I to jest mój stan naturalny. Jeśli coś robię, to wbrew sobie” – ogłaszał krytyk i przedstawiał zaniechanie jako normalną reakcję na bezsens wszelkiej pracy. Historie opiekunek pokazują, że być może bywa też dokładnie odwrotnie – istnieje aktywność, która wymyka się temu równaniu. W momencie rozpadu świata trzeba było zwiększyć wysiłki i zakasać rękawy. Nie było czasu na myślenie o sobie.

Historie o ludziach, którzy w trudnych momentach zachowali się nawet niekoniecznie heroicznie, ale po prostu przyzwoicie, bywają po czasie niewygodne. W „Listach do młodego kontestatora” Christopher Hitchens wspomina, że jego przyjaciel Peter Schneider napisał kiedyś opowiadanie, do którego inspiracją była historia zaangażowania mieszkańców Berlina w uratowanie kilkuset berlińskich Żydów. Pisarz sądził, że tekst zostanie dobrze przyjęty, tymczasem reakcje były chłodne. Działania osób zaangażowanych w pomoc podkreśliły bierność tych, którzy nie zrobili nic. Fakt, że ktoś ratował Żydów w czasie wojny, był dowodem na to, że opór i sprzeciw były możliwe. Generowane przez poczucie winy emocje często wymuszają milczenie. Dziś wiele się pisze o tym, że ludzie, którzy w okupowanej Polsce nieśli pomoc Żydom, często przez lata nie wspominali o tym nikomu w obawie przed reakcją rodziny i otoczenia.

Opiekunki – te z nich, które przeżyły – również milczały. Nie uważały może swoich wojennych czynów za coś niezwykłego, najczęściej dalej były zajęte pracą dla innych, nie było też zazwyczaj nikogo, kto chciałby słuchać ich opowieści. Pytanie o to, jak opowiadać o doświadczeniach tych kobiet, powraca na kartach poświęconej im książki. Monika Sznajderman przywołuje zdania Henryka Grynberga, który pisał o Januszu Korczaku: „Ten ogólny podziw, że Korczak nie opuścił dwustu dzieci, które żywił i wychował, których był ojcem i matką, dla których był najwyższym autorytetem i które stanowiły sens jego życia – to zniewaga dla człowieka, który swym niestrudzonym życiem chciał czegoś ludzi nauczyć. Czegoś bardzo prostego”. Być może, ale o Korczaku wszyscy pamiętają. Aby zastanawiać się nad tym, czy podziw dla żydowskich opiekunek jest zniewagą dla ich wysiłków, trzeba o tych wysiłkach wiedzieć.

„Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-FrydryszakJoanna Kuciel-Frydryszak, „Służące do wszystkiego”. Marginesy, 416 stron, w księgarniach od października 2018  Marysia robi wszystko

Kobiece poświęcenie szczególnie często wydarza się przy akompaniamencie ciszy i łatwo umyka szerszej uwadze. „Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak również zostały napisane po to, aby wyrwać bohaterki z niepamięci. Tym razem nie chodzi o kilkanaście bohaterskich kobiet, ale o tysiące całkiem zwykłych „dziewczyn do wszystkiego”. Ich życie minęło na ciągłej codziennej krzątaninie. Swoją pracą nie walczyły o normalność, ale tę normalność współtworzyły – latami opiekowały się obcymi rodzinami, karmiły je i dbały o ich dobytek.

Na początku minionego stulecia służący tworzyli prawdziwą armię, która wciąż się powiększała: „o ile w początkach II Rzeczpospolitej pracowało ich dwieście pięćdziesiąt tysięcy, to w 1938 roku służbą domową parało się około pięciuset tysięcy osób”, pisze Joanna Kuciel-Frydryszak. Wśród nich byli: lokaje, kamerdynerzy, woźnice, froterzy, stangreci czy szoferzy, ale im dalej w XX wiek, tym grupa ta bardziej się feminizowała. W 1935 roku aż 96 procent osób zatrudnionych w polskich domach to kobiety – służące, pokojówki, praczki, prasowaczki, bony i niańki. Większa ilość służby to wydatek, na który po I wojnie światowej mogą sobie pozwolić tylko bogaci ziemianie i arystokracja. „W domach mniej zamożnego mieszczaństwa wszystko robi Marysia”, „mieszka z państwem, gotuje, pali w piecu, froteruje podłogę, czyści srebra, robi zakupy, podaje kawę, herbatę, palto, otwiera drzwi, ceruje sfatygowaną garderobę pana, pani oraz panicza”. Bez względu na to, jakie nosi imię, dla wygody domowników zwykle staje się przysłowiową Kasią czy Marysią: „Służąca nie ma swojego imienia i nazwiska, nie ma też głosu. Jest niema”.

Dziewczyny do wszystkiego wywodziły się zazwyczaj z biednych rodzin wiejskich. Często zaczynały pracę już jako kilkulatki – niańczyły dzieci, pracowały w polu. Do miasta wyganiała je bieda: „Żyliśmy w skrajnej nędzy. Rodzina nasza liczyła jedenaście osób. Gdy głód i choroby dokuczały nam coraz mocniej, czuliśmy żal do matki, że nas tyle miała, a nie mogła dać nawet chleba. Wówczas odpowiadała nam, iż Pan Bóg daje dzieci, więc nas nakarmi. Trzeba go tylko o to prosić i czekać cierpliwie, aż prośbę usłyszy. Tak pocieszała nasze zgłodniałe żołądki” – wspominała Etla Bomsztyk, która po tym, jak dwoje jej rodzeństwa zmarło z głodu, zdecydowała się wyruszyć do miasta. Miała wtedy czternaście lat. Jej historia jest znana, bo Etla, która przez wiele lat służyła w różnych domach, była także członkinią Bundu i współorganizatorką pierwszych związków zawodowych pomocy domowych w międzywojennej Warszawie.

Miasto często stawało się dla młodych wiejskich dziewczyn ziemią obiecaną, ale za odrobinę niezależności i własne łóżko do spania musiały płacić wysoką cenę. Lewicowa prasa okresu międzywojennego nazywała służące „białymi niewolnicami”. „Służbę domową od niewolników różni to tylko, że służący może zmienić służbę, a niewolnik pozostawał nim dożywotnio” – pisano. W kolejnych rozdziałach autorka przedstawia największe problemy służących, lista jest długa i wstrząsająca: powszechny wyzysk, przemoc psychiczna i fizyczna, uwodzenie i molestowanie, głodzenie, groźba wyrzucenia na bruk, szantażowanie wystawieniem złych referencji, fatalne warunki pracy – ciemne, zimne i wilgotne klitki do spania. A także samotność. Służące w większości były niezamężne – aby kogoś poznać, potrzeba choć trochę czasu wolnego, a tego zwykle dziewczynom do wszystkiego brakowało. Oczywiście nie oznacza to, że nie miały dzieci. Kuciel-Frydryszak podaje, że w pierwszych dekadach minionego wieku służące stanowiły najliczniejszą grupę społeczną rodzącą nieślubne dzieci. Nie można było zachować i pracy, i dziecka, dlatego wiele kobiet oddawało dzieci w płatną opiekę. Gdy nie było ich na nią stać, stawały przed wyborem: ulica albo pozbycie się dziecka. Na początku XX wieku polskie miasta borykały się z ogromnym problem podrzutków i dzieciobójstw.

Urlopu nie będzie

W okresie międzywojennym podjęto kilka prób, aby ustawowo uregulować i poprawić sytuacje służby domowej. Przeciwników zmian oburzało przede wszystkim postulowane prawo do wychodnego, płatnych nadgodzin i urlopu. Reformatorzy ponieśli fiasko, ale to nie przywiązanie do wygodnego dla wielu status quo było największą przeszkodą w ucywilizowaniu relacji między służbą a pracodawcami. Problemem była przede wszystkim pogarda, jaką polskie klasy wyższe żywiły względem klas niższych. Służenie lepiej urodzonym uważano za obowiązek głupiego i prymitywnego ludu. Nie była to praca, którą trzeba uregulować prawnie, za którą można domagać się nadgodzin i od której trzeba czasem odpocząć. Fragmenty książki opisujące stosunek pracodawców do pomocy domowych, a także opór, jaki budziły próby przyznania im praw, pokazują głęboko zakorzeniony w polskim społeczeństwie podział, którego konsekwencje odczuwamy także i dzisiaj.

Ciekawie brzmi w tym kontekście przywoływana w książce informacja, że na początku lat 30. w stolicy na jedenastu mieszkańców przypadała jedna służąca. „Każda bodaj średnio zamożna rodzina ledwo wiążąca koniec z końcem musi mieć służącą, a niejedna i dwie lub przynajmniej «kobietę przychodnią»” – pisze w 1931 roku gazeta „Echo”. Służby nie szanowano, ale każdy chciał służbę mieć. Krzątające się po domu nieme i niewidzialne kobiety były potwierdzeniem przynależności danej rodziny do klasy średniej. A ta tęsknie spoglądała na zamożniejszych i swoją tożsamość budowała na pogardzie wobec ludu.

Niechęć „państwa” wobec zmian utrudniała działania, które na rzecz służby domowej podejmowała Etla Bomsztyk, ale także dziewczyna z dobrego polskiego domu, Irena Sendlerowa. W latach 30. Sendlerowa pracowała w poradni prawnej Sekcji Pomocy Matce i Dziecku przy Obywatelskim Komitecie Pomocy Bezrobotnym w Warszawie. Anna Bikont podaje, że młoda Irena opisywała swe podopieczne jako najbiedniejsze służące „ginące z nędzy i bezbronności”. Patrzyła bezradnie, „jak «źle wypłacalna sublokatorka jest uważana za intruza i traktowana haniebnie», jak nie wolno jej gotować częściej niż dwa razy dziennie, nie ma gdzie prać pieluch, a płacz jej dziecka wywołuje lawinę przekleństw. Nieliczne z jej podopiecznych umieją czytać i pisać, wiele nie zna daty urodzenia własnego dziecka ani nazwiska jego ojca”. Sendlerowa pomagała służącym m.in. walczyć o alimenty, instruowała je, jak leczyć się z chorób wenerycznych i zapobiegać ciąży.

W pokorze

Niejednoznaczną rolę w tym obrazie odgrywał Kościół katolicki. Autorka wspomina, że duchowni w znaczący sposób pomagali służącym – oferowali im dach nad głową, opiekę i wsparcie. Skutecznie podsycali też antysemityzm, przestrzegając kobiety przed służbą w żydowskich domach, w których dobre i niewinne katolickie dziewczyny mogą ulec złym wpływom. Mimo wszystko wiele z nich decydowało się na pracę u Żydów, ryzykując, że nie znajdą potem posady w innych miejscach. Służące nie zawsze były biernymi ofiarami, bywały nieuczciwe i leniwe, gdy nadarzała się ku temu sposobność potrafiły wykorzystać sytuację, aby odegrać się na pracodawcach lub wzbogacić ich kosztem. Szczególną okazję ku temu stworzyła wojna. Autorka przywołuje przykłady służących, które szantażowały i donosiły na żydowskie rodziny, ale i takich, które nie opuściły swych pracodawców w trudnej sytuacji, znosiły wraz z nimi prześladowania, pomagały im przeżyć. Genia i Antosia poszły ze swoimi rodzinami do getta. Aniela Nowak ukryła rodzinę Glassów w piwnicy ich dawnego domu. Karolina Sapeta przechowała dwoje dzieci Hochhauserów – Sarę i Samuela – na wsi, gdzie kilkukrotnie była szantażowana przez swoich polskich sąsiadów.

Międzywojenne kościelne publikacje przestrzegały służące nie tylko przed Żydami, ale także przed czytaniem powieści i marzeniami. Pisano, że kobiety mają akceptować swój los z pokorą, bowiem „stan służebny jest jednym z najpożyteczniejszych, najkonieczniejszych i najnieodzowniejszych ze stanów”, służba jest czymś naturalnym i dobrym, a służąca winna „czcić, sznować i kochać swój stan”. Przekonywanie ludzi, aby widzieli głębszy sens w zajęciu, która dla wielu z nich jest konieczną udręką, to wypróbowany sposób na utrzymywanie ich w ryzach. W tym wypadku służbę przedstawiano jako przepis na cnotliwe życie – kobiet. Po raz kolejny okazuje się, że lenistwo i nuda są stanami zarezerwowanymi dla nielicznych.

Służące także były niewidzialne, więcej śladów zostało tylko po tych, których los w znaczący sposób splótł się z losem rodzin, u których pracowały. Nieco informacji przechowało się w prywatnych listach i dokumentach, a także w przytaczanych przez autorkę książki fragmentach rodzinnych wspomnień. Wśród kobiet, które zapamiętano, są między innymi: Maria Luty – służąca Henryka Sienkiewicza, „strażniczka Oblęgorka”; Teodora Pytkówna – służąca, a potem żona Wyspiańskiego (sportretowana przez niego na obrazie zatytułowanym „Macierzyństwo”); Aniela Brzozowska, służąca Gombrowiczów, zwana przez Witolda przewrotnie Anielą Ciemną (to ona jest autorką słynnego zdania kończącego „Ferdydurke”: „Koniec i bomba. A kto czytał, ten trąba!”), Józefa Grabowska – służąca i przyjaciółka Kazimiery Iłłakowiczówny, Genowefa Goryszewska – służąca, wielbicielka, a potem sekretarka Zofii Nałkowskiej (w „Dzienniku” pisarki, pod notką Nałkowskiej z 1954 roku: „Trudne sprawy z Genofewą”, Gienia dopisała: „Ciężkie życie z Zofią”). Te kobiety cieszyły się szacunkiem, a często także miłością rodzin, z którymi spędziły życie. W przeciwieństwie do wielu innych nie umarły w przytułkach. Stały się domowniczkami, bohaterkami anegdot, a czułe wspomnienia o nich przechowywane są w rodzinnych opowieściach. To jednak wyjątki, większości służących nie znajdziemy na rodzinnych zdjęciach, została po nich pustka.

„(...) żyjesz w pokornej służbie bez rozgłosu, a ci, którzy kilkadziesiąt lat później będą chcieli się czegoś o tobie dowiedzieć, znajdą parę zdjęć, kilka dokumentów, odręczny podpis i relację paru świadków, z których będzie wynikało właściwie tylko to, kim nie byłaś. Wyobraź sobie, że pięćdziesiąt jeden lat żyjesz dla drugiego człowieka” – tak Karolina Przewrocka-Aderet pisała o Annie Reginie Feuerstein, ale jej słowa streszczają też egzystencję wielu bezimiennych dziewczyn do wszystkiego. Lekarki, nauczycielki, panie od prania i przytulania, od gotowania i sprzątania, wykształcone i analfabetki, z zamożnych i biednych rodzin, poświęcające życie i zdrowie dla innych, Polki, Żydówki, kobiety – jednakowo zapracowane i jednakowo zapomniane. Odpowiedzią na wypełnione działaniem życie służących i opiekunek było milczenie.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).