Chłopiec z żyletką pomiędzy zębami
fot. Karol Pęcherz

26 minut czytania

/ Literatura

Chłopiec z żyletką pomiędzy zębami

Rafał Wawrzyńczyk

Wydane niedawno „Elementaże” to  coś w rodzaju podręcznika „Jak to jest zrobione. Andrzej Sosnowski”, za pomocą ukazanych w nim przekrojów możemy sobie autora rozłożyć i złożyć na nowo

Jeszcze 7 minut czytania

Najnowszą książkę Sosnowskiego od początku otaczała tajemnicza aura. Pierwszy z nas miał ją chyba Foka i szybko dał znać, że dzieją się w niej rzeczy niecodzienne, a potem wklejał na czacie fragmenty, na które, pozbawieni kontekstu, rzeczywiście reagowaliśmy ZDUMIONYMI BUŹKAMI. Sosnowski spisał wspomnienia? Najbardziej hermetyczny poeta półwiecza opowiada, jak szorował menażkę piaskiem na obozie ZHP? Ziggy Stardust idzie na azymut? Nie damy Sosnowskiemu odebrać nam Sosnowskiego!, pokrzykiwaliśmy, bo był i pozostanie Sosnowski poetą naszego pokolenia, który zdefiniował dla wielu pole gry i podarował hektary nowego języka, i spraw, i świata, i nawet jeśli ten czy ów określał się w kontrze do niego, to jednak było to w kontrze do niego właśnie, a nie do kogoś innego. Nie damy! Napisałem do Pęcherza, który książkę wydał, czy by mi jej nie wysłał, bo przyrzekłem o niej napisać, i Karol odpisał pewnej soboty, że książka właśnie została wysłana. Po południu mieliśmy nad Wisłą rekreację i oczywiście w dalszym ciągu mówiliśmy o memuarach Sosnowskiego; ktoś powiedział, że najlepiej byłoby po prostu spytać Pęcherza o to, co sam Sosnowski o swojej książce mówił, i chociaż pomysł był dobry, to poniekąd niewykonalny, bo Pęcherz, jak wiadomo, mieszka we Wrocławiu i ostatnio widzieliśmy go chyba z dwanaście lat temu.

Zgłodnieliśmy w końcu i Pietrala zadekretował, że idziemy do nowego miejsca, na Brzeską, bo musimy poznawać Warszawę, zwłaszcza prawobrzeżną; idziemy więc i praskim zwyczajem zaczepiają nas lokalsi, zagadują imprezowicze, aż dwadzieścia metrów od lokalu widzimy – powtarzam: niewidzianego od dwunastu lat – Pęcherza, jak najspokojniej w świecie siedzi przy stoliku w towarzystwie i mówi, że tak, jak najbardziej, zaraz do nas dołączą w Psocie i będziemy rozmawiać o „Elementażach”. Które wydał. I które rano do mnie wysłał. Przypomnę, gdyby komuś to umknęło. „Tylko czekaj”, napisał kiedyś autor, który pisał wyłącznie prawdę, „świat sam się przed tobą odsłoni”. No więc po pół godzinie przyszedł do Psoty Pęcherz i wszystko nam opowiedział, na przykład to, jak Sosnowski wysłał mu plik z „Elementażami”, kiedy obaj spali w tym samym hotelu, i Karol po przejrzeniu treści przeraził się, że poeta żegna się z życiem, popełni zaraz samobójstwo albo coś w tym rodzaju, bowiem to, czym się podzielił, to nic innego jak Rousselowskie „Jak napisałem niektóre z moich książek”, który to tekst, jak pokolenie Sosnowskiego doskonale wie, napisany został przez autora „Locus Solus” niedługo przed śmiercią, a śmierć ta, jakżeby inaczej, nastąpiła w hotelu.

Takie historie. Już się wydawało, że autor „Życia na Korei” w niezrozumiałym posunięciu wydawniczym roztrwania swoją legendę, a tymczasem chyba jej jeszcze przymnożył. A przynajmniej na to wygląda w tym momencie. Przymnożył przez „pokazanie się od… innej strony”, żeby strawestować sławną linijkę z „Love Parade” (wiersza składającego się, nawiasem mówiąc, z samych sławnych linijek), przez zademonstrowanie kuchni, szczegółów warsztatu, czy może lepiej: logiki jego działania, przez rozplątanie wielu węzłowych obrazów swojej poezji, które to obrazy przez dekady hipnotyzowały publiczność jedyną w swoim rodzaju „nierozkładalnością”, jakby były bryłami z n-wymiarowej przestrzeni zwracającymi ku nam od zawsze tylko kilka ze swoich ścian. Przede wszystkim jednak – i to chyba w „Elementażach” jest najbardziej zaskakujące – zawiera książka Sosnowskiego najzwyklejszą w świecie opowieść autobiograficzną, czyniącą zadość najsurowszym kryteriom gatunkowym Lejeune’a i w dodatku podaną w standardowym, linearnym układzie, od najwcześniejszych wspomnień dzieciństwa i okresu wczesnoszkolnego poczynając. Więcej miejsca niż opisy przygód w szkolnych ławkach zajmują w niej wszakże partie poświęcone wakacjom, wagarom i wspomnianym już harcerskim perypetiom, co nie dziwi może specjalnie w przypadku autora deklarującego od zawsze, iż całe życie „chciał być po prostu off” (cytuję z pamięci), ale stanowi może i ciekawy rys ułatwiający nam autora „przyszpilić”. Przyszpilić, naturalnie, psychologicznie. Oj, nie szedł młody Sosnowski ścieżką młodego Lema, który, jak dowiadujemy się z autobiograficznego „Wysokiego Zamku”, po skończonych lekcjach wracał szybko do domu i praktycznie nie spotykał się z kolegami (nie mówiąc już o urywaniu się z lekcji). Nie szedł przyszły autor „Taxi” taką drogą zupełnie.

*

Andrzej Sosnowski, Elementaże. Fundacja Karpowicza, 112 stron, w księgarniach od lipca 2023Andrzej Sosnowski, „Elementaże (1 & 2)”. Fundacja na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, 112 stron, w księgarniach od lipca 2023Ich książki wspomnieniowe są jednak na pierwszy rzut oka podobne. Chociaż Lem napisał „Wysoki Zamek” w wieku lat 45, w zenicie sił twórczych, a Sosnowski „Elementaże” – w wieku lat 64, mając okres heroiczny za sobą i ciesząc się powszechnym uznaniem, to pozycje te stanowią w twórczości obu autorów coś w rodzaju skoku w bok, odbicia z pozaosobistego traktu, do którego przyzwyczaili swoje czytelniczki. Trudno mi oceniać, czy w przypadku „Zamku” szok odbiorców był równie duży jak przy książce Sosnowskiego; na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że dotarłszy do realistycznych opisów przedwojennego Lwowa prosto z Obłoku Magellana – twórczość Lema poznawałem absolutnie po omacku – czułem początkowo pewne zakłopotanie, prawdopodobnie to samo, jakiego doznać można, ześlizgnąwszy się na mazowiecką wieś z grzbietu tęczy, której koniec nie dotyka ziemi. Dla porządku dodajmy, że najpierw lądujemy jednak w Warszawie przełomu lat 50. i 60. – „Elementaże”, tak jak książka Lema, to rzecz zasadniczo „miejska”, a nawet, w punkcie startu, „mieszczańska” w tym sensie, że bohaterowie obu przychodzą na świat w domach, w których czyta im się Tukidydesa (Sosnowski) bądź mogą przeglądać anatomiczne atlasy w bibliotece ojca (Lem), gdzie można „szczypnąć w zadek” służącą (Lem) bądź znęcać się „gestem, uczynkiem i słowem” nad pomocą domową (Sosnowski). Mały Lem wybebesza zabawki i sika do pozytywki, mały Sosnowski wyrzuca z okna mieszkania gry, radioodbiornik i stołowe imadło. Obaj chłopcy są jedynakami, rodzice obu są mało widoczni, jakby na drugim planie, Bildung w obu przypadkach doprowadzony jest do momentu przejścia z gimnazjum (szkoły podstawowej) do liceum.

Obie autobiografie są także, a może przede wszystkim, ucztami języka. Lem, o którym Błoński mawiał, że jest „stylistą doskonałym”, daje tego w „Wysokim Zamku” znakomite dowody, osiągając bez widocznego trudu Schulzowską namacalność obrazu w opisie witryny cukierni, elegijną wzniosłość Lowella w portrecie zabitego podczas wojny kolegi (interesujące, że ma on takie same rysy jak Alfred Corning Clark z wiersza amerykańskiego poety) czy, last but not least, przygodowy wigor Niziurskiego, jeśli idzie o partie poświęcone szkole i mieszkańcom jej ekosystemu. Sosnowski z kolei jest przede wszystkim Sosnowskim – okazuje się, że jego idiom bez problemu poradził sobie z doraźnymi tematami w rodzaju „wybuch choroby” czy „dyskoteka na koloniach” – chociaż czasem, na parę zdań lub dłużej, bywa i kimś innym. Długi passus rozpoczynający się od słów „Szmat czasu przewinął się w tak gorączkowym tempie” chyba nieprzypadkowo wygląda na podłączoną do prądu wersję języka „Trzech poematów” Ashbery’ego, które Sosnowski zresztą tłumaczył i w których czas niejako materializuje się w poświęconej mu medytacji. Trochę, ale tylko trochę, podobnie jak u Prousta, u którego wypływanie i zanikanie wątków pozostaje w relacji do „falowania” czasu doznawanego w retrospekcji. Bo Proustem Sosnowski bywa również i również, możemy być pewni, nieprzypadkowo. „W owym czasie zrywałem się u dziadków o piątej rano”, czytamy na początku „Elementaży”, a słyszymy przecież: „Przez długi czas kładłem się spać wcześnie”, czyli zdanie otwierające „W poszukiwaniu straconego czasu” (w przekładzie Boya). Spotykamy w „Elementażach” Gilbertę Swann, czytamy o jej zapasach z Marcelem, dowiadujemy się, że Sosnowski czyta nowy przekład Proustowskiego arcydzieła. No i przede wszystkim – poznajemy najpierw „stronę siostry”, a potem „stronę Newtona”.

*

To byłaby jedna z większych różnic pomiędzy książkami Lema i Sosnowskiego, gdybyśmy chcieli jeszcze jakiś czas mieć je razem na widoku. Podczas gdy Lem kilkukrotnie deklaruje, że tym, co skłania go do spisywania wspomnień, jest chęć zbadania mechanizmów pamięci i w związku z tym próbować będzie nie ingerować w jej działanie, nie „kadrować wstecznie” wyłaniających się obrazów, to Sosnowski a priori narzuca swojej autobiografii żelazny porządek. Wspomniane „strony” dzielą „Elementaże” na dwie części (stąd chyba cyfry w tytule), a sam autor nie udaje, że wybiera się w swoje dzieciństwo z okiem nieuzbrojonym – przeciwnie, z rozmysłem i rozmachem k o n s t r u u j e, konstruuje „siebie”, rzecz jasna, jego autobiografia jest bowiem projektem służącym objaśnieniu Sosnowskiego, i to objaśnieniu wielowymiarowemu, od zasadniczych zrębów osobowości, przez historię miłosnych fascynacji, po wiersze, które napisał (oraz to, jak je napisał). Nie „mechanizmy pamięci” interesują więc autora „Taxi”, a „mechanizmy siebie”; precyzja tych introspekcji, z których co chwila startują przęsła odniesień do stosownych miejsc w tekstach poetyckich, każe myśleć, że trzymamy w dłoniach coś w rodzaju podręcznika „Jak to jest zrobione. Andrzej Sosnowski” i za pomocą ukazanych w nim przekrojów możemy sobie autora rozłożyć i złożyć na nowo, być może w końcu poprawnie. Albo przynajmniej: uzyskując obraz znacznie lepiej wypełniony.

Nad „Elementażami” ma się bowiem wrażenie, że poeta chce wiele miejsc ze swojej twórczości „dojaśnić”, powiązać je z rzeczywistymi zdarzeniami, a niekiedy nawet opowiedzieć w szczegółach, jak i dlaczego skonstruował dany obraz. Dowiadujemy się więc, że sławna „dziewczynka z żyletką między zębami” z pierwszego wiersza debiutanckiego tomiku rzeczywiście istniała; że śladów niemych seansów, w których ona i kilkuletni Sosnowski patrzyli na siebie z okien po przeciwnej stronie ulicy, jest w tej poezji więcej (dostajemy stosowny fragment wiersza); że „miłość jako katastrofa na morzach południowych” nie jest tylko efektownym sloganem, który poecie wziął się z powietrza, ale istnieje całkiem skomplikowana ścieżka do tej frazy prowadząca. Ścieżka, dodajmy, absolutnie nie do odtworzenia bez informacji, których „Elementaże” nam dostarczają. I w drugą stronę: jeśli po przeczytaniu wspomnień Sosnowskiego pójdziemy do jego wierszy i zaczniemy je na chybił trafił przeglądać, co chwila coś się w nich nam „samo” wyjaśni, mimo iż odnośnik do wiersza nie był w autobiografii bezpośrednio dany. W moich ulubionych „Zaćmieniach” z „Taxi” są, dla przykładu, dwie niepozorne linijki: „Ale takie niepokojące ciche kroki / Na dachu i cienie rozpostartych dłoni na ścianach”. Prześlizgiwałem się nad nimi zawsze bez uwagi, jednak lektura „Elementaży” niejako je zmelioryzowała i obsiała znaczeniem. A stało się to w sposób następujący:

Przebudzenia w nocy: ręce, ręce, na dwóch, trzech ścianach wszędzie falujące ręce. Ojciec niósł mnie do okna i pokazywał duże drzewa wzdłuż ulicy i latarnie, czasem też księżyc, a na suficie i ścianach, naturalnie: cienie konarów, gałęzi i liści. Albo, zaraz po nocnym przebudzeniu, słyszę odgłos czyichś spokojnych kroków na dachu – przez wiele lat i w każdej sypialni, bez względu na to, czy nad głową rzeczywiście miałem dach, czy wyższe piętro.

Powstaje naturalnie pytanie, czy zakulisowa wiedza wzbogaca, czy może jednak zubaża przyszłe lektury tych wierszy. Foka wydawał się demetaforyzacją dziewczynki z żyletką nieco zaskoczony („[jak] pomieścić w sobie dwóch siebie: tego z niedekodowalnymi obrazami w dłoni i tego z poszerzoną już wiedzą?”, pytał); ale już na przykład ja, w przeciwieństwie do niego, nie robiłem z Sosnowskiego licencjatu i z dodatkowej puli wiedzy jestem oczywiście niezmiernie zadowolony. Czy jednak nagła saturacja tej „trudnej, gęstej od znaczeń poezji” (Karasek) pierwiastkiem biograficznym nie ściągnie jej w pewnym stopniu „na ziemię”, czy nie będzie tak, że „Elementaże” staną się dla interpretatorek… książką kodów? Kamieniem z Rosetty? Korkową tablicą, na której wiszą klucze do wszystkich pomieszczeń? Już w tym momencie, po objaśnieniach ze „Strony siostry” – zaraz do nich przejdziemy – brawurowa analiza „Wiersza (Trackless)” pióra Grzegorza Jankowicza, którą znaleźć można w posłowiu do drugiego wydania „Taxi” (2023), wydaje się pozbawiona centralnego elementu (żadnej w tym winy badacza, bo element ten – znowu – jest nie do namierzenia bez autorskiego wyznania). Jakkolwiek by było, ta osobista pneuma, której spomiędzy wersów Sosnowskiego nie da się już po „Elementażach” wyrugować, powinna przynajmniej ukrócić absurdalne uwagi, że Sosnowski to „polski Ashbery”, jak i spotykane tu i ówdzie wymienne traktowanie tych nazwisk; może nawet ujrzymy, po latach, autora „Zoom” jako znacznie bliższego formacji „sentymentalnej” – sam nazwał tak „brulion” w głośnym „Apelu poległych” – niż kiedykolwiek się wydawało? Może ktoś krzyknie Geronimo! i powie: jeżeli Sosnowski nie pisze akurat poetyzowanego traktatu (jak „Esej o chmurach”) i jeżeli akurat nie wypasa chmury zjonizowanego języka („Po tęczy”), to prawie na pewno pisze o sobie?

*

Wszystkie te trzy poetyckie tryby – rozprawa wierszem, mowa zdysocjowana, legenda osobista – znajdujemy również w „Elementażach”. Traktat wydarza się w „Stronie Newtona”; sam „Newton” to obecność nieco widmowa i poza tym, że wziął się prawdopodobnie z rymu (przeczytajmy jeszcze raz: „strona Swanna” – „strona Newtona”), wiemy o nim niewiele. Zapowiedziany w sposób, który każe spodziewać się po nim co najmniej Dantejskiego diabła („potem udam się w stronę Newtona, gdzie chłód i siła ciążenia powinny stale wzrastać”), jest nim może nawet w tym sensie, że wygląda na figurę morderczego determinizmu Natury oraz karmiącej się tym determinizmem Nauki (to potrójne „N” wygląda całkiem ładnie, nieprawdaż). A może nawet różnych determinizmów naszego życia i świata, z których zdajemy sobie sprawę, jak pisze Sosnowski w intrygującym fragmencie, „w czwartej lub piątej klasie szkoły podstawowej”, wraz z pierwszym, wnet się zresztą cofającym, „niskim przypływem rezygnacji”. Newton byłby w tym układzie aliasem rozproszonych po naszym losie sił ciążenia i zewnętrznego przymusu, anty-Erosem niweczącym to, co erotyczna „strona siostry” ma do zaoferowania. Jako taki wydaje się chyba nawet ciekawszy niż ów mechanicystyczny Zły, który zaczął się tu nam wyłaniać, bo chociaż w „Stronie Newtona” pada w pewnym miejscu „SCIENCE HAS FAILED”, to nie nauka i ocena jej wyników są tym, co Sosnowskiego w tym rozdziale interesuje.

Stanowiący jego lwią część traktat jest bowiem opowieścią o tym, co z kulturą i stylem życia w XX wieku zrobił czas, wdarłszy się w zastałe struktury cywilizacji gdzieś na przełomie stuleci pod postacią różnego rodzaju, materialnych i niematerialnych, przyspieszeń. Zwyciężyły estetyki hot, zwyciężyło to, co daje fever – streszczam wywód Sosnowskiego – choć nie bez krótkotrwałego oporu, jaki trafił się na froncie modernistycznym (ten klasyczny zaś od razu „poszedł się rzeźbić”). Architektami pragnienia przestali być wierni tradycji „mumifikatorzy”, a zaczął nim być człowiek z gitarą, docierając coraz szybciej i sprawniej w różne miejsca oplatającej świat sieci; tak „rozwijała się i hartowała nasza niespokojna republika pop”, w której to czas „epidemicznie wnikał w krwiobieg życia i sztuk, wprawiając je w trans”. Skończyło się nawet nie globalną wioską, co „globalnym kurnikiem”, w którym dostęp do dóbr kultury udało się wprawdzie zapewnić w stopniu nieodnotowywanym nigdy wcześniej w historii, ale nastąpiła swoista bessa istotności cyrkulujących w sieci komunikatów. W takim to świecie obecnie żyjemy.

Mniejsza o to, czy się pod rozpoznaniami Sosnowskiego podpisujemy – osobiście uważam końcówkę tego wywodu za najmniej przekonującą partię książki, tak samo jak kończącą „Wysoki Zamek” szarżę Lema na sztukę współczesną – bo tym, co jest tu najistotniejsze, jest to, jak s a m  p o e t a postrzega swój status i jego etiologię, jak widzi swoje „zadanie”, swój „problem” (dodajmy tylko, że tak spójne i przemyślane stanowisko historyczno-estetyczne stanowi wyjątek zarówno na awangardowej, jak i klasycyzującej flance sceny poetyckiej). Ta przetykana Debordem, Virilio, Baudrillardem i Derridą wizja jest koniec końców operatem prywatnym, taką rekapitulacją dziejów kultury współczesnej, która według Sosnowskiego „definiuje pole”, a więc, pośrednio, definiuje i jego poezję, jeśli naturalnie jej imperatywem jest być bezwzględnie współczesną (a jest). Nie można oprzeć się wrażeniu – pracuje w końcu na nie cała, pełna przygód i awantur autobiografia – że Sosnowski prawa republiki pop  u z n a j e, ba, jest nimi w pewien sposób zafascynowany, przy jednoczesnej świadomości tego, jak poślednie są struktury przez nią wypracowane lub uznane za swoje. Wystarczy posłuchać tonu, z jakim przeprowadza drobiazgową i po prostu piękną analizę ostatniej linijki „Autoportretu w wypukłym lustrze” Ashbery’ego, żeby pojąć, iż z kwalifikacjami wysokiego modernizmu nigdy się nie rozstał i, to ważne miejsce, nie mógł się rozstać. Wie, że należy „robić to”, co robią chłopcy z gitarami, ale wie też, że nie można tego robić tak, jak robią to oni. Do credo, które formułuje pod koniec traktatu –

Rzecz bowiem nie w tym, aby refleksyjnie odnosić się do ruchu, lecz w tym, żeby ruch konkretnie ucieleśniać [w naszym przypadku – słowami w wierszu, przyp. RW]. Jak tancerki i tancerze „na parkietach i na mostach”, jak modelki na wybiegu i sportsmeni.

– chciałoby się dopisać jeszcze jedną składową, niewymówioną, a definiującą napięcie rządzące jego i nie tylko jego poezją: „…język jednak sam z siebie dąży do refleksyjności”. Jeszcze silniej Kuba Kozioł: „Słowa są klasycyzmem”. Ziggy Stardust jak najbardziej played guitar, ale na scenę trafił jednak z obcego scenie logosu. Przepraszam, naturalnie „kosmosu”.

*

W „Stronie Newtona” znajdziemy wiele lżejszych rzeczy niż fabularyzowana historia estetyki XX wieku (sporo miejsca poświęca na przykład Sosnowski swoim inicjacjom muzycznym), generalnie jednak jest ona ciemniejszym skrzydłem dyptyku „Elementaży”. Nie tylko za sprawą stron poświęconych ciężkiej i niewyjaśnionej do końca przypadłości, na którą bohater zapadł po powrocie z Mazur i która stała się dla niego – przez kilkutygodniowy pobyt w szpitalu wyjmujący go z codziennego biegu spraw – momentem zwrotnym, czasem psychicznej wylinki, po której nic już nie mogło być takie jak wcześniej. Przede wszystkim „Newtonowski” etap życia to czas wygnania z ogrodów dziecięcego Erosa pierwszych lat życia. To wtedy, w „Stronie siostry”, wolny od kulturowych uwarunkowań popęd identyfikuje pierwsze obiekty, do których może już jako pragnienie „przylec” – najpierw w osobie wspominanej już „dziewczynki z żyletką”, potem towarzyszki zabaw poznanej podczas wakacji na wsi – i to wtedy następuje w podmiocie pierwszy i nieusuwalny imprint typu urody, wzięcia, spojrzenia, którego będzie później poszukiwał przez całe życie, posuwając się nawet do lustrowania szkolnych wycieczek z ławki w parku, o czym czytamy w doprawdy zaskakującym przypisie.

Co jednak najważniejsze, te pierwsze afekty wiąże Sosnowski z wykształceniem się bardzo dla niego istotnego „marzenia o siostrze”: natrętnej a niejasnej tęsknoty za utraconą „siostrzaną posta[cią], która w baśniowy sposób nigdy w moim życiu nie mogła dorosnąć”. Siostra nigdy nie istniała naprawdę – chociaż pewna opisana w książce rozmowa w barze Zielona Gęś zarysowuje tu fantastyczną zupełnie alternatywę – i traktować ją należy jako jeden z prądów osobniczego pragnienia, bardzo jednak ważny, bo powracający i manifestujący się w wierszach, a w dodatku będący „ciemnego gatunku”, jako że „zlepiona” z innych dziewczynek siostra poniekąd dziedziczy po nich erotyczną aurę. To właśnie ów brakujący element z analizy Jankowicza: kiedy w „Wierszu (Trackless)” Sosnowski pisze: „Szukałem siostry i nie mogłem znaleźć”, nie chodzi mu tylko o Trakla; ma to zdanie również osobisty rewers, ciemny i prowadzący być może znacznie dalej, niż dotychczasowym interpretatorom tej poezji kiedykolwiek przychodziło pod pióro. Sprawa nie jest oczywiście tak frontalna jak kazirodcza miłość Roberta i Alicji z „Pasażera” i „Stella Maris”, dylogii McCarthy’ego (nawiasem mówiąc, czy ktoś także widzi w tej parze alegorię zakochanych w sobie, a wywodzących się z jednego pnia nauk: matematyki i fizyki?). Bliżej Sosnowskiemu do równie wywrotowych i równie istotnych dla autorskiego uniwersum koncepcji Mieczysława Piotrowskiego o „erotycznej Dziewczynie” i „politycznym Chłopcu”, którzy w „Czterech sekundach”, jego opus magnum, spotykają się niejako w jednym ciele, przeglądając się w sobie i rozwijając wybitnie skomplikowaną grę egzystencjalno-metafizycznych „możliwości”.

O ile jednak Piotrowskiego interesuje – i to już od debiutanckich „Ogrodników” – pytanie o ocalenie (Chłopca przez Dziewczynę), Sosnowski jest przyciągany perspektywą zatraty (Chłopca w Dziewczynie). W obu przypadkach mówimy jednak o „egzystencjalnej kopii”, „sobowtórze w innej płci” związanym z „oryginałem” więzami krwi (Sosnowski) lub sympatycznym, jak w magii sympatycznej, podobieństwem (Piotrowski). Czy zapleczem, drugą stroną figury sobowtóra nie jest jednak marzenie o „całkowitym zrozumieniu”? O obecności lustrzanej, a więc takiej, w której można się „przejrzeć ostatecznie”, będąc uwolnionym od mozołu autoanalizy, podatnej na błędy i zniekształcenia oraz przypominającej, zawsze, Münchhausenowskie zawody w bagnie? Czy „siostra” nie jest tym, kto wie o nas wszystko właściwie bez mówienia? Kimś, kto unieważnia potrzebę dalszej konstrukcji siebie, bo prezentuje sobą jej spełniony efekt? Luksusowym, prywatnym zbawieniem albo jednoosobową czarną dziurą, w którą można się „rzucić”, co chyba na jedno wychodzi? Czy „Elementażami” Sosnowski nie chce „napisać siostry”?  

*

„[A]lbowiem dopiero w wieku średnim / może nastąpić rozumienie konstrukcji, / którą każde indywidualne życie tak czy owak jest”, pisał Sosnowski w poemacie „Zoom” dwadzieścia trzy lata temu, stojąc, jak dodawał parę wersów dalej, „na miedzy / oddzielającej kurzawkę młodości od gleby / doświadczenia”. Dopiero jednak teraz, na stronach „Elementaży”, zdecydował się tę konstrukcję przedstawić explicite, albo przynajmniej rozpocząć jej prezentację, rzucając przy tym całkowicie nowe światło na swój wcześniejszy dorobek i niektóre jego zakątki demistyfikując, inne natomiast – wydobywając po raz pierwszy z ciemności lub istotnie niuansując. Wiele razy czytało się o „uwodzicielskich” jakościach jego poezji, nigdy chyba jednak nie podnoszono, że była to w równym stopniu poezja „uwiedzionego”; przywykło się do obrazu autora „Sylwetek i cieni” jako erudyty skupionego na rozpraszaniu hermeneutycznych wysiłków krytyki, a stracono z oczu to, że przyświecała mu wizja wiersza jako kinetycznego agensa stanowiącego, w granicach możliwości, ekwiwalent performansu czy tańca. Tego specjalistę od „pięknych miejsc” prowadziły w poetyckich poszukiwaniach nie tylko linie inherentnych napięć i rozwarstwień języka, ale i ściśle prywatny Eros domagający się powrotu do węzłowych, prekonfigurujących go punktów i ciągłe tych punktów „opracowywanie”. „Elementaże” jednocześnie uzwyczajniły Sosnowskiego i uniezwykliły go; jako zapis zdolny do obrócenia o zauważalny kąt całego poetyckiego uniwersum warszawskiego autora i odesłanie nas do niego na nowo jest ta książka dokumentem rewelacyjnym.

Można się tylko zastanawiać, jak wygląda kwestia jej wartości w przypadku czytelników niezaznajomionych z tym, co Sosnowski robił do tej pory. Albo takich, którzy o autorze „Życia na Korei” wiedzą tyle, że jest to ktoś istotny dla Mateusza Górniaka, który frazami Sosnowskiego wytapetował pierwszą ze swoich „Dwóch powieści ruchu”. Co powie im ten najeżony niejawnymi cytatami i autocytatami tekst, wymagający, dla w miarę owocnej lektury, orientacji w całych sekwensach aluzji i intertekstualnych mrugnięć oka? Co z kolei powiedzą oni, trafiwszy na tezę o równym dostępie do dóbr kultury w późnym kapitalizmie i Proustowskie sondy w świat dziewcząt nie tyle nawet zakwitających, ile takich, które zakwitać jeszcze nie zaczęły? Nie znajdą w „Elementażach” portretu epoki ani portretu miasta, nie zanurzą się, jak u Leirisa, w wypełnionych psychoanalitycznym wrzątkiem wywierzyskach. Nie dowiedzą się, jak z „Kwestii gustu” Ważyka, co poeta czytywał i co o tym sądzi, ani nie nacieszą się bezceremonialnością chłoszczącego wszystko (nie wyłączając siebie) intelektu ze „Słów” Sartre’a. Co znajdą? Nie wiem, nie mam pojęcia, trudno mi powiedzieć, czy w ogóle będzie to problem; problemy mojemu pokoleniu stawiał Sosnowski i pół życia zeszło nam na ich obsłudze. Może tym, co będzie zrozumiałe dla każdego niezależnie od generacji, z której się wywodzi, będzie absolutna klasa języka, z jakim mamy tu do czynienia? Może. Koleżanko, kolego, jeżeli chcecie zobaczyć perfekcję polskiej mowy, idźcie do „Elementaży” i przyjrzyjcie się mistrzowsko wyważonym mostkom i estakadom, wirom i zatokom, tunelom i iglicom języka. Posłuchajcie i odetchnijcie. Panuje tam łagodniejsza pogoda niż w wierszach, chmur jest niewiele, sztorm nikogo z klifu nie zwiewa. Czasami widać nawet tego, kto tak to wszystko wymalował.

W 2023 roku teksty o poezji w „Dwutygodniku” powstają we współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej z okazji 100. rocznicy urodzin poetki.
logo