Dlaczego post-
Zuzanna Janin Fundacja Sztuki Polskiej ING CC BY-NC-ND 3.0

10 minut czytania

/ Literatura

Dlaczego post-

Rafał Wawrzyńczyk

W „Torfowym ogrodzie z mostem i tygrysem” Magdaleny Bielskiej „my” to najczęściej dwoje ludzi, co najwyżej świadomych tego, że ich los układa się w formach wspólnych dla całego pokolenia

Jeszcze 3 minuty czytania

Nowy tom Magdaleny Bielskiej ma plan średni, na który polska poezja odważa się rzadko, i już to jest powodem, dla którego „Torfowy ogród z mostem i tygrysem” brzmi odświeżająco. Plan bliski: mniej lub bardziej eksponowane „ja”, stały kąt, z którego oglądane są sprawy (pomyślmy o Podsiadle czy Dyckim), zdarzenie lub mikrofabuła zawierające odnośnik do „dużego” tematu, idiosynkratyczność (nic przeciw temu nie mamy). Plan daleki: cywilizacja, świat, historia, język zadający pytanie o swoją współczesność (pomyślmy o późnym Sosnowskim), odejście od zdarzenia jako zasady kompozycji (nic przeciw temu nie mamy). Żadne to definicje, tylko szkicujemy. Plan średni: tu i teraz, posmak doświadczenia ponadjednostkowego, jakieś pokolenie i jakiś kawałek czasu przeglądają się w tekście i dostępują łaski samookreślenia. O ten ostatni łatwiej w prozie.

Bielska, nie rezygnując z planów bliskiego i dalekiego, kreśli portret zbliżających się do czterdziestki przedstawicieli wielkomiejskiej inteligencji: wyjeżdżających na weekend w ustronne miejsce w górach, oglądających „»Tokijską opowieść«, / kolejne sezony »Przyjaciół« i »Zodiak«”, wspominających dawne miłości, marzących o wielkich podróżach podczas przesiadywania na „obskurnym balkonie”. Na głębię tego przedstawienia pracuje i to, że nie pomija ono pytań i lęków, jakie w tym wieku przemykają człowiekowi po głowie, a po które poezja jakoś nie umie się schylać. Forty is new thirty, oczywiście, ale ile można to sobie powtarzać? Może tak naprawdę jesteśmy już „farbowanymi pięćdziesięciolatkami”? A jak to będzie, kiedy naprawdę się zestarzejemy? Tak

[...] sto cztery lata razem, sto pięć lat hinduskiego jedzenia w białych pudełkach,
ognia w kominku, zaprószenia parę razy podłogi w pokoju kominkowym,
przycinania minibaobabów przywiezionych z podróży.
Razem przyrządzają posiłki, w domu unosi się ciężki zapach przypraw.
Orient, szczęście. Grają w karty, oglądają kryminalne seriale z lat 70.

czy tak

Samotny wieczór: ponuro pochylają się sylwetki:
jej nad niebieskim światłem z telefonu, jego nad pasjansem.
Przedwojenna lampa rzuca muliste światło.

A może „za pięćdziesiąt lat wrócą czarno-białe telewizory, srogie zimy / i wyglądanie przez okna”? A jak wygląda nie odległa, ale nasza bliska przyszłość? „Niedzielne obiady, wystawne śluby, ale potem i tak tylko internet”? A teraźniejszość? „Szary ranek, dorosły, pełen obrzęków i przetarć na ciele budzi się: / znowu jestem w kolejnym momencie życia? A kiedy nastąpi teraz?”.

Najnowsze języki poetyckie oddaliły się od tych pytań – tematem na osobne opracowanie jest, dlaczego tak się stało – ale nie znaczy to, że pytania te straciły swoją moc. Bielska po nie sięga i stawia je w swoich tekstach jak najbardziej wprost, traktując je jak twarde progi, z których wybijają się do lotu konkretyzujące fabularyzacje. Tak dzieje się na przykład w „Kaskadzie”, gdzie po dwóch linijkach zarysowujących scenę z typową dla autorki nonszalancką precyzją („Piknik nad jeziorem, złociste słońce, / ludzie i kwiaty wysypują się z rodzinnych pojazdów”) pada centralna dla wiersza kwestia: „Może miłość to po prostu sugestia silniejszej strony?”, rozpisywana następnie w kolejnych linijkach na serię uzasadniających ją obrazów. Magdalena Bielska, „Torfowy ogród z mostem i tygrysem”. WBPiCAK, 54 strony, w księgarniach od września 2019Magdalena Bielska, „Torfowy ogród z mostem i tygrysem”. WBPiCAK, 54 strony, w księgarniach od września 2019Nie ma w tym procesie nic z solenności „poetyckiego minitraktatu”, jest za to posmak ćwiczenia na użytek własny, w ramach którego poetka objaśnia sobie przesłanki swojej refleksji, zapisując je niemalże jak w dzienniku. Analogicznie „my” Bielskiej nie ma wiele wspólnego z dobitnym „My” Lipskiej, definiującym w 1967 roku stan duszy pierwszego powojennego pokolenia wchodzącego w dorosłość. W „Torfowym ogrodzie z mostem i tygrysem” „my” to najczęściej dwoje ludzi, co najwyżej świadomych tego, że ich los – chcąc nie chcąc – układa się w formach wspólnych dla całego pokolenia. Dziedziczą oni po nim nie tylko rozrywki, lęki, pomysły na wypoczynek i wejścia w kulturę wysoką (wykaz nazwisk przewodnich jest tu prowokacyjnie standardowy: Gould, Ashbery itd.), ale i formy samoświadomości, a wśród nich ponowoczesną ironię, nakazującą patrzeć na siebie jak na „postzakochanych”.

To w wierszu o takim właśnie tytule („Postzakochani”) pada najważniejsze bodaj dla książki pytanie. Jest piąta rano, jeszcze ciemno, ona i on siedzą wśród narciarzy, którzy przed wyjściem na stok zeszli do Islandii na śniadanie:

[...] W barze wreszcie ciepło, zapach kawy, chrzęst goreteksu.
Odłamki spojrzeń, lepienie tworzywa, dotyk palców,
aby w drugim człowieku został ślad, koleina.
Tajemnicze narzędzia, które dostaliśmy. Dlaczego post-?

Książka Bielskiej jest tyleż generacyjnym portretem, co próbą wymknięcia się z tego portretu, a przynajmniej pozostawienia na nim kilku niezamalowanych obszarów, odpowiadających polom osobistej transgresji. Kończące wiersz pytanie o imputowany kulturowo i społecznie przyrostek „post-” brzmi czysto jak głos dziecka z „Nowych szat cesarza” i zdolne jest – choć na chwilę – podważyć modelujący nas generacyjny konsensus. W to, że możliwa jest miłość „po prostu” i życie „bez nawiasu”, nikt tu raczej nie wierzy, ale wydaje się, że Bielska widzi sens już w samym identyfikowaniu furtek mogących nas wyprowadzać poza los zbiorowy. Tak jak to dzieje się w „Przygodzie”, w której podmiotce przed powrotem do „plotek, spaghetti i Twittera” dane są minuty epifanijnej wręcz intensywności życia, której doświadcza, przedzierając się przez zlaną deszczem zieleń ogródków działkowych.

Jeśli nawet tajemnice nie istnieją, to istnieją wciąż do nich drogi. Albo przestrzenie, w których utrzymują się jeszcze ich – tajemnic – powidoki, i nie jest dla naszej kondycji zupełnie obojętne, czy decydujemy się pozostawać z nimi w kontakcie czy nie. Tak, chyba, sugeruje się w tomie. Od razu trzeba tu dodać, że aluzje te nie mają u Bielskiej wymiaru jawnie metafizycznego, jak miewały u dyskretnie patronującego tej poezji Miłosza czy, chociażby, Tomasa Tranströmera. Wyobraźnia autorki jest w zasadzie ostentacyjnie materialistyczna i nie trzeba wielu linijek, aby rozważania o śmierci czy naturze „tego, co łączy ludzi w pary”, zbiegały na poziom molekularny czy kwantowy, na którym zwykła łąka jawi się jako kłębowisko „cząstek i fal”. Klasycyzujący sznyt tej poezji – poświęćmy mu chwilę – nie powinien przesłonić faktu, że i człowiek, i reszta wypełniającej świat materii regularnie są tu postrzegane jak wycinki przestrzeni wypełnione rojowiskiem cząsteczek.

Uruchamia to w łonie konwencji klasycznej całe zbiory nowych pytań, a przynajmniej aktualizuje listę możliwych na nie odpowiedzi. Wyobrazić sobie jeszcze można, że fraza Bielskiej „Spotkania między ludźmi: gdzie się odbywają?” znajduje się na początku wiersza Montalego czy Krystyny Dąbrowskiej, ale sama możliwość opukiwania tej kwestii na płaszczyźnie „fizykalnej” – a taką możliwość książka Bielskiej konsekwentnie podpowiada – jest w stosunku do poetyk wymienionych autorów czymś w rodzaju „poszerzenia pola gry” (mówimy tu oczywiście o zetknięciach się ludzkich immanencji, a nie o spotkaniu przy popołudniowej kawie). Ten neolukrecjanizm, co może odrobinę zaskakujące, nie wypada u Bielskiej jakoś specjalnie fatalistycznie, czego po późnym klasycyzmie w pierwszym odruchu byśmy może oczekiwali. Przeciwnie, odkrycia współczesnej nauki donoszącej o równoległych wszechświatach i cząstkach bliźniaczych ułatwiają tu przekroczenie deterministycznego paradygmatu, podobnie jak Miłoszowi w późnym wierszu „Po odcierpieniu” teoria „kwantowego zmartwychwstania” pozwoliła skleić – no, może zbliżyć ku sobie – światy, których wcześniej pogodzić nie umiał: wiary w apokatastasis i „nauki, którą przygotowali Einstein, Planck i Bohr”. U Bielskiej świat wibruje potencjalnością, a linearny czas wydaje się mieć status społecznej umowy. Drzwi opisanego z Dunnowską swadą zakładu fryzjerskiego po naciśnięciu klamki mogą otworzyć się na afrykańską sawannę i drgające nad nią „moździerzowe powietrze”. Nawet jeśli ta możliwość jest tylko zasugerowana, to w przestrzeni tekstu de facto zachodzi: dobrze osadzony w tradycji, realistyczny obrazek zostaje rozdarty agresywnie podbarwioną wizją, jakby do filmu Mike’a Leigh wlała się nagle klatka z „Króla Lwa”. Klasyczne rusztowanie pęka, ale można też powiedzieć: otwiera się.

Takich przełamań i ryzykownych zmian tonacji jest tutaj więcej. Nie jest to równy tomik i nie wygląda na jedną z tych wyżętych z ryzyka produkcji, których celem jest walka o nominacje do literackich nagród. Wydaje się odrobinę za długi, wraca do tych samych wątków i chwilami sprawia wrażenie poetyckiego notesu, w którym postulat bezwzględnej ekonomii języka odwieszono na kołek. A przy tym co dwie–trzy strony uderza istotnym, niedającym spokoju wierszem. Czasem przeszywającym. Wypowiedziano tu, nieraz w pośpiechu, bardzo dużo prawdy, której wystarczyłoby na dwie, może trzy udane książki. Łatwo było ten materiał wyfasonować tak, by wyszła z niego kolejna atrakcyjna dystopia, ale Bielska podjęła ryzyko i opowiedziała o długo wyczekiwanej, może i ocalającej objętych nią ludzi, miłości. Tytuł, „Torfowy ogród z mostem i tygrysem”, w pewnym momencie zacząłem czytać tak, jak czyta się „Martwa natura z bukietem i czaszką” czy „Martwa natura z wędzidłem”. Ale: dlaczego martwa?

Tekst powstał we współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej.
logo



 

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).