Taniec na nieheblowanej desce
Lumpeks, fot. Hanna Linkowska

7 minut czytania

/ Muzyka

Taniec na nieheblowanej desce

Michał Wieczorek

Przez cały album Lumpeksu przewija się motyw zabawy, ale też wytańcowywania traum, zmęczenia ciała w takim stopniu, by zapomniało o krzywdach. Taniec wyzwala, bo na krótką chwilę unieważnia istniejący porządek

Jeszcze 2 minuty czytania

Kiedy L.U.C. pisał na Facebooku komentarze, że musiał zrobić do „Chłopów” muzykę ogólnosłowiańską, bo to międzynarodowa produkcja, a gdyby skupił się tylko na muzyce polskiej (już niekoniecznie łowickiej), to na Zachodzie nikt by się nią nie zainteresował, francuski kontrabasista Sebastien Beliah nagrywał kolejną płytę z polską muzyką tradycyjną. Co więcej, swoją pasją do oberków, mazurków i kujawiaków zaraził wcześniej swoich kolegów – trębacza Louisa Lauraina i saksofonistę Pierre’a Borela. Trójka francuskich artystów połączyła siły z bębnistką, trębaczką, śpiewaczką i edukatorką Olgą Kozieł – i tak powstał Lumpeks.

Debiut Lumpeksu ukazał się w ramach – niestety już nieaktywnej – serii Radical Polish Culture, animowanej przez Michała Mendyka z Bołt Records. W założeniu RPC miała być trzecią drogą eksplorowania dziedzictwa polskiej muzyki tradycyjnej, z dala od sporu między tradsami a folkowcami, który naznaczył środowisko już w latach 90. Najgłośniejszym przedstawicielem tego sposobu myślenia był Radical Polish Ansambl, inspirujący się zarówno twórczością Zbigniewa Krauzego, muzyką z radomskiego, jak i wykonujący własne kompozycje oparte o wiejskie motywy, ale w kontekście muzyki akademickiej, filharmonijnej. Zespół pokazywał w ten sposób, że muzyka tradycyjna może z powodzeniem stawać obok muzyki poważnej, że może być nośnikiem równie złożonych idei, że jest świetnym kompanem awangardy. Z serią Radical Polish Culture związany był też kwartet Niewte, który szukał paraleli między taneczną muzyką wiejską a klubową, bo widział w nich te same funkcje – odreagowania, wytańczenia traum codzienności.


Beliah i Lumpeks do muzyki Polski Centralnej – rejonu po Podhalu najmocniej eksplorowanego przez artystów spoza kręgu tradycji – podeszli od strony jazzu. Nie jest to nowość, muzycy jazzowi po tradycyjne motywy sięgają często i chętnie. Piotr Damasiewicz, Michał Barański, Magda Kuraś – to tylko przykłady z ostatnich kilkunastu miesięcy. Polscy artyści nie stanowią tu też jakiegoś fenomenu. Wyjątkowo aktywni na tym polu są właśnie Francuzi tłumaczący na język jazzu muzykę arabską, ormiańską czy zachodnioafrykańską. Z mazurków i oberków Lumpeks wyciąga na pierwszy plan dwie najważniejsze składowe – trójmiarowy rytm i trans. To zatracenie się w muzyce pozwalające na pewne przekroczenie odnosi się także korzeniami do jazzu. Gatunku wywodzącego się przecież w prostej linii z muzyki niewolników, który dawał możliwość wytańczenia upokorzeń, spożytkowania zgromadzonej w sobie negatywnej energii.

Lumpeks Polonez Umlaut 2024Lumpeks „Polonez”, Umlaut 2024Tytuł drugiego albumu Lumpeksu, „Polonez”, to nawiązanie do pochodzenia zespołu. Nasz najsłynniejszy taniec funkcjonuje pod francuską nazwą „polonaise”, która oznacza po prostu „polski”. I dlatego nie powinno dziwić, że na swojej drugiej płycie Lumpeks odnosi się do różnych tańców narodowych. I nie tylko do nich: członkowie zespołu w opisie płyty dorzucają do nich polską przygodę, polską kuchnię, szeroko pojętą polskość. Polonez to też model rodzimego samochodu, jeden z niewielu, które nie powstały na licencji. Jest jak Polska: trochę siermiężny, trochę kanciasty. Niezależnie od tego, jakiej marki autem podróżowali, to warto zaznaczyć, że samochodowe wyprawy były kluczowe dla powstania „Poloneza”. Muzycy jeździli wspólnie w radomskie, gdzie uczyli się melodii i sposobu ich wykonywania podczas spotkań z muzykantami starszego pokolenia.

Czasem Lumpeks gra te melodie dość wiernie, zmieniając tylko instrumentarium – partie skrzypiec wykonują saksofony, trąbka i klarnet, natomiast kontrabas naturalnie wchodzi w rolę wiejskich basów, budując burdonową podstawę. Taki jest otwierający album „Tete Deux Chevals” czy „Kujawiak kombinowany” z udziałem skrzypaczki Marii Stępień. W tym zakresie kwartet postępuje tak samo jak na debiucie, współpracując z wiejskimi muzykantami, wpuszczając ich do własnych interpretacji. Na „Polonezie” przeważają jednak momenty, w których Lumpeks bardzo swobodnie podchodzi do muzyki tradycyjnej: zostawia z niej sam szkielet, który obudowuje freejazzowym ciałem.

W tych najbardziej awangardowych odsłonach zespół zbliża się do Pola i Polonki Jana Młynarskiego – tria, które z ogromną dezynwolturą traktowało muzykę z radomskiego. Bliżej im do scen Pardon, To Tu czy Alchemii – miejsc, gdzie wykluwała się współczesna scena jazzowa i eksperymentalna, niż do wiejskich potańcówek na deskach. Gdy do głosu dochodzą balansujące na krawędzi rozpadu partie dęciaków, nie mogę się opędzić od skojarzeń z „Polonezami” Marcina Maseckiego. Co nie oznacza, że Lumpeks porzuca tradycyjnie taneczny charakter utworów – nie, ich muzyka po oberkowemu bezustannie wiruje.  

Spod warstwy muzycznej wyziera na „Polonezach” kobieca historia ludowa. Olga Kozieł tak wybiera teksty tradycyjnych pieśni, by skupiały się na kobietach, ściślej – na młodych dziewczynach. Pojawia się w nich spajająca wiejską rzeczywistość przemoc, czasem wyrażana bardzo dosłownie, czasem w zawoalowany sposób. Jak wcześniej Joanna Kuciel-Frydryszak w „Chłopkach” i Kacper Pobłocki w „Chamstwie”, Kozieł przypomina, że w tej folwarczno-pańszczyźnianej piramidzie stały one najniżej. Jednocześnie jednak artystka upodmiotawia te dziewczyny, śpiewając ich teksty. Z pozoru beztroskie („w tygodniu pracuję, w niedziele tańcuję”, „dobrze być mężatką, jeszcze lepiej panną”) podawane są w rozpędzie, w tanecznym wirze, który pozwala choć na chwilę zapomnieć o trudnej codzienności. Kulminacja następuje w „Kmicie”, będącej frenetycznym, rozedrganym wyliczaniem powodów babskiej niedoli: przemocy, głodu, niepewności losu, bycia sprowadzaną tylko do ciała. Przez cały album – podobnie jak u Niewte – przewija się motyw zabawy, tańca do upadłego, ale też wytańcowywania traum, zmęczenia ciała do takiego stopnia, by o nich zapomniało. Taniec wyzwala, bo na krótką chwilę unieważnia istniejący porządek.

Lumpeks gra chropowato. Jego muzyka jest niczym nieheblowana deska – wchodzi zadrami pod skórę. Trudno się jej pozbyć z głowy, tych wszystkich dysonansów, skrzeczących dęciaków. „Polonez” pędzi i wiruje, wiruje i pędzi. Jakby muzycy wzięli sobie do serca tę ludową mądrość, że gdy staną w miejscu, wróci szara rzeczywistość.