10 śladów
MariaKosowska CC BY-NC-ND 2.0

10 śladów

Maciej Woźniak

Żeby samego siebie nie podejrzewać o tworzenie spiskowej hierarchii poetów, wykaz najważniejszych tomów poetyckich 2018 roku zacznę od dwóch książek z przekładami

Jeszcze 5 minut czytania

Kto w 2018 roku w miarę regularnie obserwował nastawione na szerszy zasięg media, państwowe i społecznościowe, żarliwie korporacyjne i cynicznie religijne, tego nie może zdziwić idąca w setki ilość książek z poezją wydanych w Polsce w tym samym czasie. W naturze nic nie ginie, trywializacja mass mediów sprawia, że język rozumiany jako nieco bardziej zaawansowany ludzki atrybut gdzieś musi się podziać. W wielkiej jak Facebook czy Twitter żyliśmy wannie, lecz nieobce nam było prawo Archimedesa. Emigracja wewnętrzna, na którą udawała się polszczyzna w 2018 roku, przebiegała, rzecz jasna, rozmaitymi szlakami, ale jej szlak poetycki – dzięki śladom w postaci tomików – da się akurat z perspektywy końca roku prześledzić. Przy okazji doceniając i dumną niszowość wydawnictw, i dzielnie wymierzoną w konsumenta TVN 24 lub Wiadomości TVP1 niezrozumiałość współczesnej poezji, i mozolne przekuwanie paru pojęć jak cepy, którymi młóci nas medialna rzeczywistość, na miliony słów-szpileczek i zdań-agrafeczek, którymi rzeczy do swej istoty są przypięte.

Elizabeth Bishop, „Santarém”. Przeł. Andrzej Sosnowski, Biuro Literackie, 100 stron, w księgarniach od listopada 2018Elizabeth Bishop, „Santarém”. Przeł. Andrzej Sosnowski, Biuro Literackie, 100 stron, w księgarniach od listopada 2018Perspektywa końca roku niesie ze sobą dwie pokusy. Pierwsza to zestawienie książek rankingowe, niosące furę korzyści zarówno dla autorów (w zatrzęsieniu tomików choćby wzmianka w zbiorowym omówieniu urasta do lauru na głowie), jak i dla zestawiającego (może dać upust swojej wizji wdzięków i cnót literatury). Druga pokusa to lekturowe włóczęgostwo, miękkie intuicje zamiast twardych kryteriów. Wybieram drugą opcję i 10 książek, które uznaję za poetyckie ślady po odchodzącym właśnie roku, najbardziej warte tego, by się w nie chwilę dłużej powpatrywać. Żeby samego siebie nie podejrzewać o tworzenie jakiejś spiskowej hierarchii poetów czy poetyk, wykaz najważniejszych tomów poetyckich 2018 roku zacznę od dwóch książek z przekładami. Czyli od autorów niby skądinąd i z kiedy indziej, aczkolwiek – w dużej mierze dzięki tłumaczom – zaskakująco mocno z tu i teraz.

„Oko wie lepiej. Ashbery, Clover, Cole. Wiersze w tłumaczeniach Jacka Gutorowa”. 144 strony, w księgarniach od grudnia 2018„Oko wie lepiej. Ashbery, Clover, Cole. Wiersze w tłumaczeniach Jacka Gutorowa”. Wydawnictwo Jot, 144 strony, w księgarniach od grudnia 2018„Santarém” to wybór tekstów Elizabeth Bishop w przekładach Andrzeja Sosnowskiego, zaś „Oko wie lepiej. Ashbery, Clover, Cole” zawiera przekłady trzech amerykańskich poetów dokonane przez Jacka Gutorowa. Wiersze Bishop są zadomowione w polszczyźnie od dość dawna (solidny tom z tłumaczeniami Barańczaka, kolejne garście przekładów Sosnowskiego w numerach „LnŚ” oraz kilka innych translatorskich podejść), ale „Santarém” tę obecność niejako apdejtuje. Po pierwsze, kilkoma drobnymi, lecz wyrazistymi decyzjami koryguje portret poetki: w tomie brak słynnej wilanelli o utracie, lirycznopodmiotowe „my” w kilku wierszach uzyskuje kobiecy charakter (to niewątpliwie „ona i ona”), język się sugestywnie ukonkretnia („fishhauses” jako „rybaczówki” itp.). Po drugie zaś, pozwala inaczej spojrzeć na własną twórczość poetycką tłumacza, pełną oceaniczno-kartograficznych odniesień (i jego dobrze znane frazy w rodzaju „Wczoraj elektronicznie namierzyłem rybę. Wzięła mnie” czy też „Miłość jako katastrofa na morzach południowych”) oraz odznaczającą się podobną wytrwałością w szkicowaniu rozległych krajobrazów na zamglonej granicy realizmu i metafory.

„Oko wie lepiej” jest natomiast próbą ukazania Johna Ashbery’ego nie w roli jednego z tych samotnych wieszczów z dostępem do rządu dusz (a trochę taką pełnił J.A. wobec pokolenia Polaków debiutujących piśmienniczo i czytelniczo w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku), lecz jako jednego, może nie z wielu, ale z pewnej grupy. I do tej grupy Gutorow zalicza także Joshuę Clovera i Henriego Cole’a, niemal u nas nieznanych amerykańskich autorów, którym poetycka intuicja pozwoliła widzieć, jednako, świat i poezję jako coś zmiennokształtnego, płynnego, nie dającego się otamować regułami, formami, cementującymi „sensami”. Jak wyznał Gutorow, przekładanie tych wierszy samo w sobie było „nauką czytania i myślenia”. Coś w tym jest, bo z tekstów trójki amerykańskich poetów (cóż za subtelne zdmuchnięcie z Ashbery’ego nimbu „The Special One”) wyłania się ciekawe, zdecydowanie bez „Pan”, podejście do „Cogito”. Ważny w tym kontekście jest już tytuł książki, na który zdecydował się tłumacz.

Darek Foks, Darek Foks, "Pieśni o wszystkim”. Raymond Q., 48 stron, w księgarniach od listopada 2018Wiersze Bishop suną przed siebie na rozbudowanej frazie, trzej Amerykanie także wymagają koncentracji na dłuższych dystansach, ale równolegle ukazało się kilka książek poetyckich czerpiących moc z lapidarności. „Pieśni o wszystkim” Darka Foksa to kontynuacja skrajnie oszczędnej poetyki znanej z ostatnich książek skierniewickiego autora. Nie dość, że teksty same w sobie są zwiewne, ledwie kilkuwersowe, to jeszcze zostały wydane przez nader ulotne wydawnictwo Raymond Q. Żeby było jeszcze skromniej, całość tomu trzyma się na jednym koncepcie, jednej metaforze: utraconego/odzyskiwanego „wszystkiego”. Da się jednak tak przytknąć oko do szczelin tych tekstów, żeby zobaczyć w nich refleksje nad rozmaitymi postaciami duchologii, czynione przez autora zgryźliwości pod adresem melancholijnego muzealnictwa („Zapraszamy do wszystkiego / na otwarcie wystawy prezentującej / efekty dwuletniej zbiórki / pamiątek po czasach kiedy wszystko / nabierało znaczenia”), ale także nader aktualnie brzmiące refleksje nad zarządzaniem zasobami wspólnej pamięci i wspólnej świadomości („Decyzją ministra kultury / wszystko wpisane zostało / do Państwowego Rejestru Wszystkiego”). Nad całością tej ujmująco niepozornej książeczki unosi się duch heideggerowskiego światoobrazu (na okładce mamy Cybulskiego, a za czytelniczą pazuchą – wiedzę o kinowym odchyleniu Foksa) przejętego przez wolnorynkowy serial „wszystko na sprzedaż”.

Julia Szychowiak, „Dni powszednie i święta”. Biuro Literackie, 40 stron, od października 2018Julia Szychowiak, „Dni powszednie i święta”. Biuro Literackie, 40 stron, od października 2018Równie małomówna jak Foks jest Julia Szychowiak, a w tomie „Dni powszednie i święta” robi się do niego podobna także pod innym względem. Chodzi o pewne wysuszenie dykcji (atmosfera, z dawnej mrocznawej tajemniczości, nieco gotyckiej celebracji dorastania, zmienia się w zwyczajnie codzienną, po dorosłemu banalną), której bliżej teraz do lirycznej aforystyki. Owszem, niesie to zalążki nudy (Foks nią gra, ale Szychowiak wolałaby uniknąć), choć próbują jej zapobiec otwarte zakończenia czy dyskretne niedopowiedzenia. Można by rzec, że Julia Szychowiak ma problem techniczny – trochę odwrotny niż jej matka, Mirka, której tom „Trzeci migdał” ukazał się niemal równolegle z książką córki – z tym, że wciąż jeszcze wydaje się poetycko zbyt młoda jak na formę, którą chciałaby szlifować. Dobrze oddaje to na przykład tytuł „32 jesienie mojego życia”, ponieważ jego ironię można by odnieść do całej książki. Z drugiej strony imponuje odwaga w sięganiu po proste frazy (obok „32 jesieni”, na sąsiedniej stronie, jest wiersz „Co mnie wzrusza” zaczęty zupełnie, jak się zdaje, nieironiczną frazą „Wzrusza mnie piękno przyrody”) i wrażenie naturalnego pochodzenia tych tekstów – owszem, mocno zdyscyplinowanych, uważnie redagowanych po napisaniu, ale wydobytych nie ze złóż papierowych, lecz gospodarujących literacką energią odnawialną.

Adam Kaczanowski, „Cele”. WBPiCAK, 44 strony, w księgarniach od września 2018Adam Kaczanowski, „Cele”. WBPiCAK, 44 strony, w księgarniach od września 2018Jeżeli chodzi o poetów mocniej rozgadanych, to najciekawiej odezwało się dwóch, ale każdy inaczej. „Cele” Adama Kaczanowskiego równie dobrze mogłyby mieć tytuł „Osobne przykrości”, ponieważ tom da się czytać jako przewrotny sequel słynnych „Osobnych przyjemności” Harry’ego Matthewsa, czyli cyklu sześćdziesięciu wariacji na temat masturbacji – z tą wszelako różnicą, że tu mamy, równie intensywne, opisy nieszczęść, wypadków i śmierci (w liczbie jak najbardziej mnogiej). Kaczanowski podsuwa nam kalejdoskop z fantazjami na temat samobójczych, autodestrukcyjnych i na rozmaite sposoby niszczycielskich ludzkich skłonności i czynów (wymierzonych w siebie, bliźnich, przypadkowe ofiary, ale także w całą planetę), potraktowanych jako żywiołowy l'acte gratuit. Pamiętając o interpretacji książki Matthewsa jako ukrytego hołdu dla przyjemności czytania (równie intensywnej, seksualnie rozbuchanej), można podobnego dna poszukać także w „Celach”. Byłaby to „lektura” współczesnej rzeczywistości medialnej, oferującej non stop jak najfatalniejsze komunikaty z kraju i wszechświata; komunikaty, które odbieramy we wszelkich miejscach i pozycjach. Fantazje owe segreguje Kaczanowski z buchalteryjną klarownością, co nadaje im formę litanii do wszechmocy śmierci i głupoty. „Cele” mają nie tylko uniwersalną moc katarktyczną, na przykład stanowiąc krzepiącą przeciwwagę dla wydanych po sąsiedzku, przez to samo wydawnictwo, i skądinąd ciekawych tomów Małgorzaty Lebdy „Sny uckermärkerów” i Urszuli Honek „Pod wezwaniem”, pełnych smutnej zadumy na kruchością istnienia, a także „Wierszy przeciwko ludzkości” Kamili Janiak z zaciśniętym jak pięść poetyckim pakietem społecznego buntu i moralnej niechęci. Antropologiczny niepokój Kaczanowskiego (którego gibka, elastyczna polszczyzna jest urodzona, by ją czytać na głos, co autor niestrudzenie czyni) sięga, jak się zdaje, sporo głębiej niż westchnienia liryki wyczulonej socjalnie czy politycznie. Co nie znaczy, że po drodze w dół, w otchłań, nie zahacza także o te rejony. Weźmy fragment otwierającego książkę, rozpisanego na 16 zwrotek (16 scenek) wiersza „Koniec końców”.

Ludzkość zasługuje na śmierć! śpiewa grupa przedszkolaków, próbująca zakopać się
w piaskownicy. Przedszkolanki rozmawiają w tym czasie o swoich głodowych pensjach
i o tym, że z chęcią zabiłyby zarówno dyrektorkę, jak i wicedyrektorkę.

Kobiety w kolejce do kasy w supermarkecie kłócą się, która pierwsza umrze.
Pani minister edukacji proponuje strajkującym nauczycielkom, by skakały z mostów,
obiecuje im, że jeśli skoczą wszystkie, pozytywnie rozpatrzy ich wniosek i podpisze
rozporządzenie o wprowadzeniu do szkół obowiązkowych zajęć z samobójstw, kosztem
lekcji WF-u. 

Każda miejscowość, czy to stolica, czy najmniejsza dziura, chce zmienić nazwę na Koniec
Świata, trwają referenda w tej sprawie i przepychanki formalne.

Tomasz Bąk, „Utylizacja”. WBPiCAK, 72 strony, w księgarniach od marca 2018Tomasz Bąk, „Utylizacja”. WBPiCAK, 72 strony, w księgarniach od marca 2018Druga warta uwagi książka rozgadanego poety to „Utylizacja. Pęta miast” Tomasza Bąka. Po świetnie przyjętym, brawurowym tomie poprzednim tym razem początkowo może pojawić się konsternacja, bo książka dzieli się na dwie – dość płynnie przechodzące jedna w drugą  – części, a ta pierwsza jest cyklem postmiłosnych elegii, napisanych językiem, jak na Bąka, zaskakująco wyzbytym energii i prostym na granicy naiwności. Szczególnie w kontraście z drugą połową tomu, gdzie autor jakby przypominał sobie, że z rzeczywistością polityczno-społeczno-ekonomiczną radzi sobie językowo dużo efektowniej niż z tym, co dotyczy bezpośrednich relacji i spotkań twarzą w twarz, serce w serce. Na taki układ tomu, nader nieoczywisty, dający pole do różnych odczytań, niewątpliwie miał wpływ jego redaktor Miłosz Biedrzycki. Do powyższych dwóch scen, na których rozgrywa się poezja Bąka, trzeba dopisać kolejne dwie: schizofrenię autora, wkraczającą w teksty bez szczególnego namaszczenia, ale śmiało, oraz motyw wyjazdu z małego miasteczka w szeroki świat i powrotu do miejsca urodzenia (najładniej ujęty w kłaniającym się Ginsbergowi utworze „Tomaszów Vortex Sutra”). Zdarzają się w książce momenty, gdzie wszystkie te cztery płyty tektoniczne nachodzą na siebie. Na przykład tak:

 Kiedy wzywa Polska, moim honorem jest coś tam
(recepta spisana na skrawku językiem niekoniecznym)
pomyśl to coś, nim rozbijesz mnie na maleńkie druzgotki 

Rafał Rutkowski, „Wywołuję siebie z ruin”. WBPiCAK, 56 stron, Rafał Rutkowski, „Wywołuję siebie z ruin”. WBPiCAK, 56 stron, w księgarniach od kwietnia 2018W „Utyzacji. Pętach miast” nadal jednak spécialité de la maison Tomasza Bąka to szyderczo przenikliwe refleksje nad społecznymi skutkami wolnorynkowej ekonomii i liberalnej demokracji. Refleksje te bywają czynione niejako w góry, z pozycji metafory sporządzonej własnoręcznie („Wyobraź sobie, że jesteś / socjaldemokratycznym aparatem fotograficznym / wyniesionym na orbitę ziemską / przez liberalnych ekstremistów. (...) I wiesz doskonale, że szkoda pikseli i szkoda / kilobitów, lecz mimo to zaciskasz zęby migawki / – tony elektrośmiecia dybią na twoje miejsce”) lub podpatrzonej w rzeczywistym działaniu, w akcji („Bank centralny nie ma pieniędzy ani śmigłowców, jego rolą jest zarządzanie metaforą, funkcją polityki omiatanie powietrza”). Lecz bywają też czynione z dołu, z pozycji autoironisty („Tylko lokalny sympatyk lewicy, który byłby prorokiem, / ale nie jest prorokiem, bo bierze neuroleptyki, / powiada, podsmażając pomidory na szakszukę: / koniec świata jest jak faszyzm, / koniec świata nie przejdzie”). 

Poetą zupełnie inaczej metaforyzującym komunikat, z premedytacją na granicy klarowności, jest Rafał Rutkowski, a tytuł jego drugiej książki „Wywołuję siebie z ruin” dobrze chwyta moment, od którego autor zaczyna pracę nad podmiotem swojej poezji. Swoje liryczne „ergo sum” lubelski autor stara się stworzyć bez zewnętrznych podpórek: owszem, czerpie i z motywów religijnych, i z wątków filozoficznych, i z różnych tradycji poetyckich (swobodny przepływ znaczeń jak u obecnych w tym tekście poetów amerykańskich, ale szorstka dzikość nurtu poetyckich skojarzeń może zdradzać, że jednym z dopływów była lektura Tomaža Šalamuna), ale traktuje je, oraz cały nasz kulturowy bagaż, jako stertę skorup, które najpierw wypadałoby w coś skleić, choć wywoływać chce się, oczywiście, już. Wiersze Rutkowskiego stawiają dwa sprzeczne ze sobą wymagania: trzeba w skupieniu podążać za, piętrzącym poetyckie utrudnienia, ciągiem myśli autora, a zarazem warto zdać się na przebłyski czytelniczej intuicji, opędzającej się od tego, co poeta miał na myśli, przyciskiem „ignoruj” i szukającej własnych sensów we frazach pobłyskujących chropawo (wszak, jak powiada tytuł jednego z wierszy, „Ręce widzą”). Rutkowskiemu, przy całym poetyckim przekombinowaniu, udaje się przy tym zachować jakąś, trochę dziecinną, trochę naturszczykowatą, prostotę wierszy. Podobna sztuka nie wychodzi, mimo niewątpliwego słuchu i naprawdę niezłej ręki, Michałowi Prankemu, którego „Rant” jest sporo lepszy od debiutu i sprawia wrażenie obcowania z autorem sprawnym, oczytanym i przymierzającym się do ciekawie poetyckiego stylu (coś w połowie drogi między Meleckim a Sendeckim; wiem, że to bulwersująco niedokładne namiary), ale wciąż poetycko przynudzającym, prezentującym na razie raczej warsztat niż coś, co by zeń zeszło i się komuś przydało.

Juliusz Gabriel, „Lustrzane fikcje”. od października 2018Juliusz Gabriel, „Lustrzane fikcje”. Biblioteka Arterii, 56 stron, w księgarniach od października 2018A że czasem warto postawić na prostotę komunikatu, ukrywając za pazuchą, ale przecież nie całkiem, literacki arsenał, jakim się dysponuje, to nam dobitnie pokazują „Lustrzane fikcje” Juliusza Gabriela. Tom ukazał się już po śmierci poety z Kluczborka (co, chcemy czy nie chcemy, ma wpływ na jego emocjonalny odbiór), lecz autor zdążył go złożyć w redakcji osobiście (co wydawca słusznie podkreśla). A zatem choć książkę wypełniają w dużej mierze wiersze „chorobowe”, to warto brać tę chorobę jako metaforę („Moje serce przez cały czas walczy o mnie”), oddając się kontemplacji pojedynczych poetyckich obrazów, w których Gabrielowi udawało się połączyć ujmującą klarowność sposobu komunikowania z rozedrganą czy mroczną zawartością („Bierzesz do ręki ciężki kamień / i nazywasz go moim imieniem / i wrzucasz do głębokiego jeziora”), a także mierząc się z poetyckimi zagwozdkami całych tekstów (np. „Taxi”).

Innym rodzajem prostoty, ciut mocniej wystylizowanej, przekonuje „Szczodra” Aldony Kopkiewicz, balansująca między tradycyjną pieśniowością a poetycką mową całkiem nowoczesną, jeśli chodzi o ekonomię przestrzeni wiersza czy gospodarkę znaczeniami. W dodatku autorce udaje się pozostawić czytelnikowi swobodny wybór: czy czytać teksty jako cykl, nieprzesadnie dygresyjny poemat, czy w ogóle nie zawracać sobie głowy syntezą tomu. W stylu Kopkiewicz również daje się dostrzec próbę uchwycenia dziecięcej – jak najmniej wytresowanej przez tradycję i nawyki kulturowe – językowej reakcji na wrażenia (naiwna metaforyka, niezbyt wyszukane rymy i współbrzmienia). Bohdan Pociej pisał swego czasu o muzyce sprzyjającej dążeniu filmu do formy wypowiedzi naturalnej, do poziomu „przed-sztuki”. Coś w tym rodzaju melodia języka robi z wierszami ze „Szczodrej”, jakby uwalniając je z narzucanych przez wysoką kulturę obowiązków, choć poruszają arcypoważne kwestie tożsamości czy utraty (to właśnie na nich książka się skupia). Takie skłanianie się ku „naturalności” wbrew schematom gwarantującym „kulturalność” wiersza dało się zauważyć także w debiucie Kopkiewicz, który był rodzajem dygresyjnego trenu, tyle że tam autorka użyła innych środków. Taką stylistyczną przewrotność można uznać za przejaw buntu wobec zasad dotyczących tego, o jakich sprawach należy mówić tonem wysokim, a o jakich można nucić proste piosenki.

Aldona Kopkiewicz, „Szczodra”. WBPiCAK, 40 stron, w księgarniach od czerwca 2018Aldona Kopkiewicz, „Szczodra”. WBPiCAK, 40 stron, w księgarniach od czerwca 2018Z podobnej przewrotnościowo-buntowniczej perspektywy najlepiej czyta mi się „Psalmy” Julii Fiedorczuk, włącznie z ich motywem ekologicznym, potraktowanym przez autorkę zgoła inaczej niż czyni to wielu miłośników joggingu i wegańskich knajp. W narracyjnym centrum tomu – o którym pisałem już szerzej na tych łamach – widzimy parę, matkę z córką, oraz ich wzajemne relacje, momentami śmiało wykraczające poza rodzinne schematy (nie tylko te w katolickim kraju nad Wisłą). W pełnych niecukierkowatej czułości, nieraz boleśnie szczerych matczyno-córczynych kontaktach wątki ekologiczne pojawiają się w formie wyostrzonej uwagi i troski o zewnętrzny świat (którą nie tyle matka przekazuje córce, ile wspólnie do niej dochodzą, uczą się razem). Owa troska o świat okazuje się przy tym motywowana czymś innym niż troska o dach powietrza nad własną głową i podłogę ziemi pod nogami. Tytuł książki Fiedorczuk zawiera konotacje religijne, a chodzi w tej religii raczej o braterstwo ze wszystkimi stworzeniami niż o dbałość o swój po- lub przedśmiertny komfort, zdrowie i pomyślność w życiu osobistym. A przecież, mimo to, „Psalmy” są książką ujmująco osobistą.

Julia Fiedorczuk, „Psalmy”. Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, 60 stron, w księgarniach od stycznia 2018Julia Fiedorczuk, „Psalmy”. Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, 60 stron, w księgarniach od stycznia 2018Wskazałem tych 10 tomików trochę na żywioł, intuicyjnie, chcąc by wybór (spośród 40 czy 50 książek, które do tej dziesiątki kandydowały, więc przeczytałem je, żeby wyrównać szanse, jednym ciągiem, jednym nieco dłuższym tchem, przez kilka dni w połowie grudnia) był efektem raczej szukania czytelniczej satysfakcji w kontaktach z tym, co los podsuwa, niż z tym, co spełnia założenia wstępnie przyjętych teorii: teraźniejszych hierarchii albo profetycznych wizji przyszłości poezji. Na pewno był to rok znakomitych przekładów i świetnych tłumaczy (obok Bishop Sosnowskiego i trzech Amerykanów Gutorowa można by wskazać „Ciemną materię” Rye Armantrout przełożoną przez Kacpra Bartczaka i „100 wierszy wypisanych z języka angielskiego” Jerzego Jarniewicza). Był to rok dzielnej aktywności wydawnictw z poezją, a łódzki Dom Literatury wyraźnie dołączył do Biura Literackiego i poznańskiego WBPiCAK-u, tworząc wraz nimi trójcę, która imponuje szerokim ogarnięciem tematu. A przecież mniejsi gracze też nie unikają wysokich stawek i porywają się na książki imponujących poetyckich rozmiarów. Teraz – kiedy patrzę na cały tekst – widzę, że tych dziesięć śladów, po których wracamy w poetycki rok 2018, układa się w jakiś wzór na śniegu czy błocie (zależy, co tam akurat mamy za oknem).

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)