Zazwyczaj maluję miłych ludzi
Maciej Salamon. Prace domowe, otwarcie wystawy, Miejsce Projektów Zachęty, fot. Anna Zagrodzka

17 minut czytania

/ Sztuka

Zazwyczaj maluję miłych ludzi

Rozmowa z Maciejem Salamonem

Jeden kolega zamawia u mnie portrety antybohaterów. Namalowałem Stanisława Dziwisza i Andrzeja Dudę. To jest ciekawa odmiana od malowania uśmiechniętych ludzi, których chciałbym lubić

Jeszcze 4 minuty czytania

ARKADIUSZ GRUSZCZYŃSKI: Przed pandemią nie miałeś czasu na malarstwo?
MACIEJ SALAMON:
Nie. Skupiałem się na Nagrobkach, czyli zespole, który tworzę z Adamem Witkowskim. Sami ogarnialiśmy koncerty, promocję, pisanie tekstów, komponowanie muzyki i nagrywanie. To praca na pełen etat. Jestem też członkiem spółdzielni socjalnej Dwie Zmiany, która od pięciu lat prowadzi klubokawiarnię w Sopocie i klub we Wrzeszczu. Od malowania odciągała mnie też praca na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Ale wybuchła pandemia, więc zamknęliśmy knajpy, nie mogliśmy koncertować z Nagrobkami, a nauczanie przeszło w tryb zdalny i zacząłem mieć dużo wolnego czasu. W dodatku uciekłem przed prowadzeniem zajęć online na urlop wychowawczy, więc siedziałem z dziećmi w domu, najpierw w Brukseli, potem w Sopocie, i malowałem.

Wybierając ASP, chciałeś zostać malarzem?
Nie. Studiowałem grafikę i myślałem, że całe życie będę robił plakaty i wydruki. Ewentualnie spędzę czas w agencji reklamowej. Na szczęście nie przepracowałem ani jednego dnia w reklamie.

Nie chciałeś dużo zarabiać?
Idąc na studia, nie myślałem o tym. Bardziej zależało mi na pracy grafika. Bardzo szybko wybiłem sobie z głowy ten pomysł. Na studiach było dużo malarstwa, które wydawało mi się nudne. Może przez to, w jaki sposób go nauczano? Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że malowanie może sprawiać przyjemność. I że mogę malować, co tylko mi się podoba, i tak, jak chcę. Być może powinienem bardziej postawić się profesorom. Nie czuję się jednak dobrze w sytuacjach konfliktowych. Zazwyczaj wycofuję się i szukam innych zajęć.

I przez te wszystkie lata nie tknąłeś farb?
Wykonałem kilka murali. Na przykład pomalowałem blok na gdańskiej Zaspie albo razem z Maćkiem Chodzińskim namalowaliśmy wielkie logo Slayera na jednej z hal w Stoczni Gdańskiej. Poza tym dużo rysowałem.

fot. Maciej Salamonfot. Maciej Salamon

Czyli czym zajmowałeś się jako artysta?
Organizowałem wystawy w naszej klubokawiarni i projektowałem jej identyfikację wizualną. Przez jakiś czas razem ze wspomnianym Maćkiem Chodzińskim robiliśmy gazetę „Krecha” i artystyczny kolektyw o tej samej nazwie albo projekt Roboty Ziemne. Nagrobki nie są zwykłym zespołem muzycznym i przy okazji muzyki powstają różne artefakty sztuki, które pokazywaliśmy chociażby w szczecińskiej Trafostacji Sztuki czy sopockiej Państwowej Galerii Sztuki. Nagrobkowa wystawa w PGS była moim doktoratem na ASP w Gdańsku.

Czułeś się bardziej muzykiem?
Tak, zdecydowanie. Wydawało mi się, że granie na gitarze będzie moim głównym zajęciem. Niby minął tylko rok, a czuję, że trochę już zapomniałem, jak to jest stać na scenie. Nie wiem, czy sprawia mi to przyjemność. Obawiam się, że kiedy wrócimy do grania, będę czuł się obco przed publicznością. Nie brakuje mi jednak zespołowej codzienności, czyli prób w zakurzonej piwnicy, prowadzenia samochodu na drugi koniec Polski czy noszenia sprzętu. Ale w Nagrobkach nie ma jednego bez drugiego.

Jak dużo mieliście koncertów?
Prowadzimy „stan prac”, czyli mapę Polski z krzyżami. Po każdym koncercie wbijamy krzyżyk w miejscu, w którym graliśmy. Jest ich już prawie 150. Nergal pewnie gra więcej, ale w naszej niszy to przyzwoity wynik. „Stan prac” istnieje w formie pliku JPG, ale miał też swoją reprezentację wizualną. Zrobiliśmy stół w kształcie Polski i na nim ustawialiśmy małe krzyżyki. Wyglądało to jak oddziały wojsk na mapach przed bitwą. Praca była pokazywana w Centrum Sztuki Współczesnej „Kronika” w Bytomiu.

fot. Maciej Salamonfot. Maciej Salamon

A teraz co się dzieje z zespołem?
W lutym po kilku miesiącach przerwy spotkaliśmy się na próbie i Adam zaraził mnie covidem. To bardzo Nagrobkowa historia: nie jest wesoła, ale w sumie bardzo śmieszna. Jeszcze śmieszniejsze jest to, że spotkaliśmy się, żeby zrobić muzykę do spektaklu o zombie. Pracujemy powoli nad nową płytą. Niedługo wydajemy podwójny winyl „Nagrobki Live 2019”. Coś tam się dzieje, ale nieporównywalnie mniej niż przed wybuchem pandemii. Regularnie też robimy rozkładówkę Nagrobków w „Notesie na 6. Tygodni”.

Zacząłeś malować z dnia na dzień?
Tak. W marcu zeszłego roku wrzuciłem na Facebooka trzy portrety: Ricka Rubina, Christiano Ronaldo i Laury Palmer z pytaniem, czy ktoś by chciał podobny obraz ze swoją podobizną. Odzew przekroczył moje oczekiwania. Dostałem dużo zleceń i zacząłem malować.

Tak powstała firma portretowa?
Tak, ale firma jest firmą tylko z nazwy. To nawiązanie do Witkacego. Skopiowałem nawet jego regulamin, chociaż nie znajduje on zastosowania w mojej działalności. Nie ma u mnie typów portretów. Żaden z nich nie powstał też pod wpływem nielegalnych substancji. Nic fajnego nie wyszło mi w życiu pod wpływem alkoholu. Nie potrafię pracować inaczej niż na trzeźwo. To dobrze, bo tak jest zdrowiej.

Kogo wtedy namalowałeś?
Na początku znajomych. Teraz już wszyscy mają portrety i maluję głównie nieznajomych. Przede wszystkim z Polski, ale kilka obrazów wysłałem też za granicę, najwięcej do Berlina. Zazwyczaj maluję miłych uśmiechniętych ludzi w średnim wieku. Często całe rodziny, hipsterów z dużych miast, takich samych jak ja. Maluję ich i myślę, że fajnie byłoby ich poznać, bo wyglądają na sympatycznych. Jeden kolega zamawia u mnie portrety antybohaterów, namalowałem więc Stanisława Dziwisza i Andrzeja Dudę. To ciekawa odmiana od malowania uśmiechniętych ludzi, których chciałbym lubić. Nie wiem, co robi z tymi portretami. Zanim kolega odebrał portret kardynała, spędziłem z jego podobizną trochę czasu w domu. Najpierw było zabawnie: żegnałem się, mijając go w pokoju, ale po jakimś czasie trzeba było odwrócić go frontem do ściany.

fot. Maciej Salamonfot. Maciej Salamon

Znajomi pozują ci na zoomie?
Nie, proszę portretowanych o kilka zdjęć. Czasami rodzi to komplikacje. Ludzie, zamawiając portret, oczekują oddania podobieństwa. Jeśli kogoś nie znam, nie pamiętam mimiki twarzy albo ruchów, to ta osoba może być niezadowolona z efektu. Z dziesięć osób wyraźnie poprosiło o poprawki. Dlatego lubię malować celebrytów, bo nigdy nie zobaczą moich obrazów i nie powiedzą, że mają na nich zbyt wydatne czoło czy nos. Kilka razy malowałem Nicka Cave’a, co akurat jest bardzo proste, bo każdy z małymi ustami, wielkim czołem i czarnymi włosami wygląda jak Nick Cave. Namalowałem Kanyego Westa, Davida Bowie, Jima Morrisona, Grace Jones i Lennona. A także Britney Spears na podstawie zdjęcia z 2007 roku, kiedy piosenkarka, w ciężkiej depresji, ogoliła głowę na łyso. Z podpisem: „If Britney can make it through 2007, I can survive this day”.

Swoją drogą, ona chyba też maluje.
Tak samo jak George Bush. Były prezydent maluje chociażby portrety imigrantów, którzy budowali Amerykę. To ciekawe, szczególnie w czasach Donalda Trumpa, który prowadził antymigracyjną politykę. Podoba mi się, że Bush nie ma ambicji politycznych, siedzi na ranczu w Teksasie i maluje obrazy. Jest niegroźny.
Te obrazy zresztą nie są nawet takie złe. Jest lepszym malarzem niż politykiem. Myślę, że Jarosław Kaczyński powinien zająć się malarstwem. Mogę nawet poprowadzić zajęcia z rysunku dla polityków Prawa i Sprawiedliwości w ramach ich przyszłej resocjalizacji.

Maciej Salamon

Grafik, muzyk, ilustrator. Mieszka w Sopocie. Studiował na gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, na której aktualnie prowadzi zajęcia z projektowania graficznego na Wydziale Rzeźby i Intermediów. Wokalista i gitarzysta duetu Nagrobki. Twórca teledysków i animacji. Wielokrotnie nagradzany za swoją twórczość. Prowadzi Galerię Gablotka, która od dwudziestu dziewięciu wystaw prezentuje prace artystów związanych z Pomorzem. Prace Macieja Salamona można oglądać na Instagramie

Tuż przed obecnym lockdownem mogliśmy oglądać w Zachęcie twoją wystawę obrazów. Skąd tytuł?
„Prace domowe”? Chciałem zwrócić uwagę na moment, w którym wszystko robiłem w małym mieszkaniu: opiekowałem się dziećmi, malowałem i pracowałem. Moje malowanie stało się naturalnym elementem domowego krajobrazu. Powstawało pomiędzy tymi wszystkimi codziennymi obowiązkami, które trzeba wykonać. Ta sytuacja siłą rzeczy wpłynęła też na tematykę prac.

Twoja rodzina to akceptowała?
Tak, jak najbardziej. Maluję farbami wodnymi, a formaty portretów są małe, mieściły się na stole. Ale jak wjeżdżał obiad, to musiałem wszystko zgarnąć na bok. Teraz przeniosłem się do pracowni, która mieści się w nieczynnej kawiarni. Maluję już mniej portretów niż na początku pandemii. Rozszerzyłem paletę tematów oraz zwiększyłem formaty moich obrazów.

Dzieci też malują?
Syn jest za mały, bo ma roczek i nie wie, o co chodzi. Chociaż ostatnio biegał z mazakiem i wydaje mi się, że udawał tatę. Helenka ma cztery lata i domalowuje własne obrazki na moich pracach, na przykład w serii z tatuażami na torsach. Zostawiam je. Ktoś mi powiedział, że Edward Dwurnik robił tak samo z Polą. To urocze. Robię dla Helenki zadania rysunkowe, proste rzeczy w stylu połącz kropki, dokończ rysunek czy labirynty. Ona to uwielbia i potrafi spędzić nad tym dużo czasu, a po ostatnim zamknięciu przedszkoli udostępniłem arkusze z zadaniami dla wszystkich. Można znaleźć je na moim Instagramie i Facebooku, ludzie odsyłają mi wypełnione przez swoje pociechy obrazki. To jest ekstra, czuję się wtedy potrzebny.

fot. Maciej Salamonfot. Maciej Salamon

Wystawę, którą można teraz w całości obejrzeć na stronie Zachęty, otwierały portrety wszystkich osób zaangażowanych w jej powstanie. Czyli kogo?
Pana elektryka, sprzątacza, kuratorki i jej asystentki, a także pana, który przyjechał do Sopotu ciężarówką po moje obrazy. Sportretowałem panów, którzy wbijali gwoździe i pana Juliusza, który pilnuje wystawy. Chciałem wydobyć z cienia postacie, które są bardzo ważne, samemu byłoby mi trudno wyprodukować taką wystawę. Chciałem ich docenić. Po wystawie każdy z nich dostał swój portret.

Jednocześnie namawiałeś publiczność do malowania. W piwnicy postawiłeś stół, kartki i mazaki, a na ścianie wyświetliłeś tutorial. Co się stało z tymi rysunkami?
Weszły do kolekcji Zachęty. Każdy, kto coś narysował, może mówić o sobie, że jego prace są częścią jednej z najważniejszych kolekcji w kraju! Zależało mi na zdemaskowaniu „napompowania” świata sztuki, aspiracji, jednostkowej kariery. A filmik był instruktażem rysunkowym, który składał się z dwóch części. W pierwszej modelką była moja dziewczyna w zaawansowanej ciąży, a w drugiej karmiąca naszego tygodniowego syna. Czyli znowu mamy temat domowego ogniska, domowych prac. 

Kilka z rysunków namalowanych przez odwiedzających galerię odnosiło się do tego, co działo się wtedy na ulicach.
Strajk Kobiet był tam mocno obecny.

Zdziwiło cię to?
Nie myślałem o tym, nagrywając instruktaże. Rozumiem jednak, że można było pójść tym tropem, skoro Ania była w ciąży, a potem trzyma małe dziecko. Rodziła Gucia, gdy jeszcze istniał „kompromis” aborcyjny. Wystawa była już po wyroku trybunału Julii Przyłębskiej.

Dlaczego namawiałeś publiczność do rysowania?
Aż trzysta osób bez powodu zaczęło rysować. Wydaje mi się – może naiwnie – że gdybyśmy więcej rysowali, to świat byłby lepszy. Malujący Bush jest o wiele ciekawszym człowiekiem niż ten, który wywołał dwie wojny.

Na ścianach galerii widziałem też dwie serie obrazów. Wytłumacz się najpierw z pierwszej, czyli antycznej.
Serię nazwałem „Sztuka świata”, od tytułu podręcznika, z którego jako student ASP wkuwałem historię sztuki. Jest to strasznie nudna książka, o bardzo ciekawych rzeczach. Z fatalnymi reprodukcjami, na których nie za wiele widać. Można się zdziwić, gdy oglądamy potem to samo na żywo.

Przepracowujesz traumę?
Raczej się z tego nabijam. Nauce historii sztuki daleko jest do traumatycznych przeżyć. Poczucie humoru, ironia i groteska są często obecne w moim życiu. Bez tego byłoby ciężko, bo rzeczywistość jest niestrawna. Pozytywną cechą naszych czasów jest wysyp memów. Uwielbiam te z Dudą w kaloszach albo z Kaczyńskim za stołem. Make Life Harder wielokrotnie ratowali mi życie.

A tatuaże?
Kiedyś je robiłem, ale szybko stwierdziłem, że ta forma mi nie odpowiada. Powiem wprost: nie wychodziło mi to. Nie udało mi się przenieść energii ręcznego rysunku na skórę. A poza tym wbijanie igły w ciała ludzi trochę mnie przerażało. Nie lubię, jak ktoś przeze mnie cierpi. A są takie miejsca na ciele, że bardzo boli. Kiedyś kolega nie wytrzymał i musieliśmy przerwać w połowie. Wykonałem kilkadziesiąt tatuaży i mam jedną obserwację: dziewczyny są twardsze od chłopaków. W tatuowaniu fajne było to, że miałem kontakt z ludźmi, których nigdy bym nie spotkał. Tatuowałem operatora koparki z Nowego Dworu Gdańskiego albo streetworkerkę pracującą w jednym z gdańskich centrów handlowych.
Teraz rysuję tatuaże na płótnach. To nikogo nie boli. Najbardziej fascynują mnie brzydkie lub nieudane tatuaże, czasami celowo rysuję je lewą ręką.

fot. Maciej Salamonfot. Maciej Salamon

Poprawiałeś jednak dziarę Bognie Burskiej?
Tak. Nawiązuję tym samym do słynnej pracy Artura Żmijewskiego, w której namawia byłego więźnia obozu koncentracyjnego do odtworzenia obozowego numeru na ramieniu. Ta praca mnie obrzydza, ponieważ artysta zmusza tego biednego dziadka do ponownego skonfrontowania się ze wspomnieniami. Po pierwszym „nie” usłyszanym od tego człowieka zrezygnowałbym i poszedł do domu.
Bogna Burska zrobiła tatuaż jako nastolatka: ma na ramieniu różowego słonika, do którego dorysowałem małego kosmonautę. Teraz słonik jest planetą. Jestem asystentem Bogny na ASP, więc to też dodaje nowych znaczeń temu wydarzeniu.

Czym się fascynujesz? Skąd czerpiesz inspiracje?
Cieszą mnie brzydkie, zwykłe rzeczy. Czuję się źle w salonie Apple’a, lepiej w lumpeksie. Źle w delikatesach, lepiej na bazarze, gdzie można zagadać ze sprzedawcą, powybrzydzać, dotknąć. To jest bliższe życia, a delikatesy i salon Apple’a sugerują, że Polska jest zachodnioeuropejskim, normalnym krajem. Nie jest. Jesteśmy dzikim wschodem. Ostatnio nawet bardziej niż dziesięć lat temu. Nie ma co udawać. Można nam obiecać 500 zł miesięcznie i skoczylibyśmy z tego powodu w ogień. Już skoczyliśmy.

A fascynacja śmiercią? Nagrobki nie grają wesołej muzyki.
Czy ja wiem. Olo Walicki powiedział kiedyś, że dajemy nadzieję. Też mi się tak wydaje: trzeba żyć tu i teraz, bo śmierć i tak przyjdzie, więc cieszmy się tym, co jest. W Nagrobkach jest spory ładunek groteski, która pozwala trochę rozbroić powagę sytuacji.

Kto pisze teksty?
Głównie ja. Adam czasem coś dodaje albo poprawia.

Jak to u ciebie wygląda? Siadasz do biurka i piszesz?
Nie mam jakiegoś utartego schematu pisania. Czasami jakieś strzępy zdań czy tematy piosenek wpadają mi w najdziwniejszych życiowych sytuacjach. Dużo wymyśliłem, pchając wózek, wcześniej z Helenką, a teraz z Guciem. Teksty Nagrobków są nie tylko o śmierci. Właściwie to mało który jest. Przez kontekst nazwy wszyscy je tak interpretują. Jakbyśmy nazywali się Jagódki, to te same słowa znaczyłyby już zupełnie co innego. Dlaczego nazywamy się Nagrobki? Jest to najczęstsze słowo, obok europalet i Orlenu, które mijaliśmy, jeżdżąc samochodem w trasy po Polsce z naszym poprzednim zespołem. Europalety brzmią zbyt discopolowo, zespół Orlen powinien grać rocka patriotycznego, więc zostały Nagrobki.

Masz jakąś ulubioną piosenkę?
Nagrobków? Nie za bardzo. Szczerze mówiąc, nie wracam za często do muzyki, którą już nagraliśmy. Nie słucham po latach starych płyt moich zespołów. Nie dlatego, że mi się nie podobają, tylko po prostu za dużo razy je słyszałem. Jeśli lubię jakieś piosenki, to dlatego, że dobrze mi się je gra. Ostatnio moją ulubioną jest „Smutno mi boże”. To piosenka ze spektaklu Dada von Bzdulow „Koniec wielkiej wojny”, do którego zrobiliśmy muzykę. W połowie piosenki gram improwizowane solo na gitarze. Umiem już jako tako grać solówki, cieszę się tym. Swoją drogą, Nagrobki powstały, ponieważ chcieliśmy z Adamem nauczyć się grać na instrumentach. Na pierwszej płycie ledwo wiedziałem, jak się trzyma gitarę. We wczesnym okresie istnienia zespołu spotykaliśmy się na próby codziennie. Zazwyczaj wcześnie rano. Niektórzy chodzą na siłownię, a my szliśmy do salki prób.
A jeśli to pytanie jest o ulubioną piosenkę w ogóle, to „The Past Is a Grotesque Animal” zespołu Of Montreal.

fot. Maciej Salamon

Zostałeś zamknięty w domu, pandemia mocno przebudowała nie tylko twoje życie. Jakoś w grudniu rozmawiałem z Maciejem Stuhrem, który powiedział mi, że jako aktor czuje się zbędny. Ludzie chcą najpierw zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa, a artyści odpowiadają za rozrywkę, pasują do czasów pokoju. Co o tym myślisz?
Jak maluję, to nie słucham muzyki. Lepiej skupiam się przy audiobookach. Maciej Stuhr podczas pracy czytał mi książki Szczepana Twardocha. Robi to świetnie, więc był mi bardzo potrzebny. Jerzy Stuhr czyta mojej córce „Mikołajka”. Jest geniuszem. Każdy dzień rozpoczynamy od „Mikołajka”. Poza tym wszyscy oglądamy filmy i seriale, w których grają aktorzy i tworzą artyści. W lockdownie więcej niż normalnie. Lekarze są bardziej potrzebni, ale nie wszyscy umieramy na covid jednocześnie. Artyści są mniej potrzebni, ale więcej osób potrzebuje ich w tym samym czasie.

A ty czujesz się potrzebny?
Na pewno bardziej jako ojciec niż jako artysta. Chociaż jeden z obrazów z Zachęty sprzedałem pewnemu chłopakowi z Warszawy. Zaproponowałem mu, że wyślę go kurierem. Okazało się, że jest chory, przebywa na kwarantannie. Poprosił, żebym mu przywiózł od razu, bo chce się nim nacieszyć. Pojechałem i wsunąłem go w szparę w drzwiach. Myślę, że moje portrety dają zamawiającym trochę radości. To też jest potrzebne.