Raj na chwilę
fot. Jacek Poremba

Raj na chwilę

Tomasz Cyz

Tak właśnie brzmi śpiew wszędzie tam, gdzie w biedzie, wojennej pożodze, wśród ruin i trupów kobieta – matka – próbuje uśpić małe dziecko. Kolędy Barbary Kingi Majewskiej i Marcina Maseckiego

Jeszcze 1 minuta czytania

Z kolędami jest jak z Chopinem: niby wszystko wiemy, słyszeliśmy, znamy i rozumiemy, ale raz na jakiś czas znajdzie się ktoś, kto nasze pojęcie czy wyobrażenie roztrzaska w proch. I tak właśnie się stało w kontekście płyty „Taratil ‘íd al-mílad” nagranej (i stworzonej) przez śpiewaczkę Barbarę Kingę Majewską oraz pianistę (i kompozytora, i aranżera) Marcina Maseckiego.

Pierwszy jest głos Majewskiej: nasycony, nostalgiczny, tęskny, piękny, surowy, żarliwy. To nie jest tylko śpiew, to śpiew-emocja, śpiew-stan (ale nie afekt, jak w baroku, bo afekt spełniał się czasem w samym sobie, tworzył zamknięty obieg), który po kilku taktach, kilku słowach udziela się słuchaczowi, łapie za gardło – często w skurczu, skąd krok do łez, ale czystych, niewymuszonych, naturalnych. A dalej akompaniament Marcina Maseckiego (na pianinie, klawesynie i keyboardzie): czuły, współuczestniczący i współtworzący tę przestrzeń smutku i piękna, kunsztowny i przezroczysty, subtelny, choć gęsty od znaczeń, nietypowy.

Barbara Kinga Majewska i Marcin Majewski, Taratil 'id al-milad, Bołt Records 2018Barbara Kinga Majewska i Marcin Masecki, Taratil 'id al-milad”,
Bôłt Records  2018
A teraz koncept (wymyślony przez Barbarę Kingę Majewską): polskie tradycyjne kolędy (między innymi „Jezus malusieńki”, „Przybieżeli do Betlejem”) zostały przetłumaczone przez Szamani Yacoub na arabski, w dialekcie z okolic Aleppo. Najczęściej został im zmieniony tryb: z durowego na molowy, co nieraz radosnym, skocznym melodiom dodaje goryczy. „Kolędy są skromne. Tak chcieliśmy. Przez to odwołują się do historii, którą opowiadają – skromnej, prostej, biednej” – mówiła przed premierowym koncertem w Poznaniu (Nostalgia Festival) Majewska.

I taka jest też ta płyta: skromna, prosta, biedna. Fascynująca. Słucham jej nieprzerwanie od kilku dni. Będzie towarzyszyć mi i moim najbliższym w trakcie świąt. Jest jak narkotyk – ale taki, który nie uśmierca. Kiedy słucham tego czystego głosu śpiewaczki, tej subtelnej, ale żarliwej aury, jaką tworzy Masecki, mimowolnie czuję, że tak to właśnie mogło brzmieć w Betlejem.


Ale myślę też, że tak właśnie brzmi śpiew wszędzie tam, gdzie w biedzie, wojennej pożodze, wśród ruin i trupów kobieta – matka – próbuje uśpić małe dziecko. Próbuje stworzyć mu na chwilę raj. Jest jedna referencja, która przychodzi mi do głowy: canzonetta spirituale „Hor ch'è tempo di dormire” (choćby w nagraniu Montserrat Figueras). Wspaniała, prosta i skromna płyta. Dla mnie – jedna z najważniejszych w 2018 roku.