Serum prawdy
Forced Entertainment and Hugo Glendinning

Serum prawdy

Joanna Wichowska

Obnażanie teatralnych konwenansów i kłamstw, badanie dwuznacznych relacji między publicznością i aktorami, kwestionowanie społecznej umowy rządzącej teatralną rzeczywistością – Forced Entertainment stosuje te strategie od ponad półwiecza

Jeszcze 2 minuty czytania

Zazdroszczę tym, którzy mogli spędzić kilka godzin przed ekranem, słuchając opowieści Marka Etchellsa z podróży do Kijowa, Mińska, Erewania, Baku, Tbilisi i Kiszyniowa. Wysłuchałam tylko kilku. Nagranie wideo jest częścią wystawy „From Afar/Z oddali”, którą specjalnie dla Krakowskich Reminiscencji Teatralnych przygotował Tim Etchells, reżyser, artysta wizualny, pisarz, teoretyk sztuki, szef brytyjskiej grupy Forced Entertainment. Mark, brat artysty, patrzy w nieruchomą kamerę i relacjonuje spotkania z ludźmi. Tematy historii, których wysłuchał w stolicach krajów Partnerstwa Wschodniego zapisane są drobnymi literami na rozwieszonej na ścianie długiej, białej płachcie – trzeba do niej podejść bardzo blisko, żeby cokolwiek przeczytać. Na przeciwległej ścianie wisi sześć niepodpisanych fotografii przedstawiających fragmenty miejskiego pejzażu, detale architektury. Jest jeszcze neon „All we have is words”.

„From Afar/ Z oddali”, wideoinstalacja
Tima Etchellsa
. Krakowski Reminiscencje
Teatralne, 2011

Pomysłem na tę wystawę było doświadczenie podwójnie zapośredniczone – Tim Etchells patrzy na sześć miast oczami brata, który z kolei poznaje je dzięki swoim rozmówcom. Tak zwany prawdziwy obraz konkretnego miejsca nie istnieje. Istnieją tylko fragmentaryczne przekazy. Seria zbliżeń i oddaleń. Konkretni ludzie. No i słowa. Podczas Reminiscencji można się było przekonać, że podobne wątki i strategie Etchels wykorzystuje w swoich przedstawieniach.

„Qiuzoola” to spektakl legenda. Grany od 15 lat od Bejrutu po Buenos Aires (w 1999 pokazywany był w Toruniu), najchętniej w pokątnych przestrzeniach: w piwnicznej klitce, na strychu domu przeznaczonego do rozbiórki, w opuszczonej szkole, w podziemiach nieczynnej rzeźni, może uchodzić za wzorzec postdramatycznej wersji teatru ubogiego. Dwa krzesła odgraniczone od publiczności kręgiem z żarówek i dwójka aktorów w zwyczajnych ubraniach (zmiennik/zmienniczka czeka na swoją kolej, siedząc przy stoliku w wąskim korytarzu, przez który musimy przejść, by trafić do niewielkiego pomieszczenia w piwnicach krakowskiej galerii Bunkier Sztuki). Wszyscy troje mają na twarzach niedbale nałożony makijaż klauna, w miarę upływu czasu coraz bardziej zatarty, wymieszany z potem, przezroczysty. Żadnych więcej sygnałów teatralności. Makijaż pełni funkcję maski – jednocześnie ukrywa i odsłania. Trwający sześć godzin dialog oparty jest na tej samej dialektyce.

„Quizoola!”, reż. Tim Etchells i zespół. Forced
Entertainment, 1996. Pokaz w ramach Krakowskich
Reminiscencji Teatralnych 2011

Tekst to seria pytań i odpowiedzi. Pytający może korzystać ze ściągi w postaci sterty wymiętych kartek (zapisano na nich 2000 pytań), odpowiadający improwizuje. Rozmowa przybiera formę koleżeńskich zwierzeń, policyjnego przesłuchania, egzaminu, spowiedzi, sesji u psychoanalityka, telewizyjnego quizu, dialogu platońskiego, testu prawdy. Odpytywany w jednej chwili musi wykazać się podręcznikową wiedzą (jak nazywał się pierwszy człowiek/kobieta/pies w kosmosie?”), czy orientacją w konkretnej, fizycznej rzeczywistości („jakie wymiary ma pomieszczenie, w którym jesteśmy?”), by zaraz potem opowiadać o swoich chorobach, relacjonować sny, albo zastanawiać się, czy jest jakiś polityk, któremu można zaufać.  Eschatologia i filozofia („w jaki sposób chciałbyś umrzeć?”, „czy samobójstwo da się moralnie usprawiedliwić?”, „czym jest czas?”, „jaka jest najmniejsza cząstka we wszechświecie i skąd wiadomo, że jest najmniejsza?”) miesza się z fizjologią i seksualnością („jaka jest najdziwniejsza rzecz, która kiedykolwiek wypłynęła z twojego penisa?”, „czy można cię nazwać promiskuitą?”). Niektóre pytania prowokują długie, intymne czy światopoglądowe wyznania. Inne najwyraźniej ranią odpytywanego. Jeszcze inne wywołują salwy śmiechu. Albo lęk. Są też takie, które przywracają nas najbliższej rzeczywistości, komentując to, co się wydarza tu i teraz: butelki piwa, które wniósł zmiennik, czy dźwięk nagle włączonego generatora ogrzewania.

Zasadą rozmowy dwójki klaunów-aktorów wydaje się daleko wykraczająca poza granice teatralności szczerość. Jakby zagrali już wszystkie swoje role i zostawili za sobą blichtr teatru (jego wymowne resztki to ten spływający po twarzach makijaż), jakby podano im serum prawdy. To oczywiście, zgadujemy, pozór. Pułapka. Wielopoziomowa, subtelna gra z rzeczywistością, której reguły są jawne i jasne, ale która nie może być rozstrzygnięta. Widzowie są w niej pełnoprawnymi partnerami.

Wolność wyboru jest podstawową zasadą tego spotkania. Wolno mi wejść i wyjść, kiedy zechcę. Mogę słuchać odpowiedzi, których udziela przepytywany, ale mogę też (muszę! – przymus nie jest narzucony, ale wewnętrzny) układać w głowie własne. Aktorzy nie ukrywają zmęczenia, moje własne jest zatem jak najbardziej uprawnione. Nie ukrywają też namysłu, zaskoczenia, rozbawienia, frustracji. Do niczego nie usiłują mnie przekonać, niczym uwieść. Nie tylko ja na nich patrzę, oni na mnie też (potrafią potem powiedzieć, kto gdzie siedział i kiedy wyszedł). Nieobecność jakichkolwiek teatralnych sztuczek sprawia, że nie wolno mi schować się za rolą widza. Skoro status aktorów jest aż tak nieoczywisty („w skali od 1 do 10 – na ile w tej chwili grasz?”, „dlaczego bez przerwy kłamiesz?”) – mój również (i nie tylko jako widza) bezustannie poddawany jest w wątpliwość. Dramaturgia toczącego się dialogu zależy od tego, którą kartkę z pytaniami wybierze aktor, albo co przyciągnie jego uwagę, ale również od jakości mojego słuchania. Realnym upływem czasu nikt nie manipuluje.

Jesteśmy po tej samej stronie: nie wiemy, co się dalej wydarzy, jakie będzie kolejne pytanie, z ilu jeszcze warstw składa się nasza tożsamość, jakie mechanizmy nią sterują, co począć ze światem, co zrobić z prawdą i oszustwem. Układanka budowana z tych wszystkich klocków rozrasta się w wielu kierunkach jednocześnie, i jest jasne, że nie da się jej ukończyć. Tak jak nie da się udzielić uczciwej, zwięzłej, wyczerpującej odpowiedzi na pytanie „kim jestem?”. Aktorzy Forced Entertainment nie kończą spektaklu po sześciu godzinach, oni go przerywają, właściwie w arbitralnym momencie. Myślę, że nie tylko koniunktura sprawia, że wciąż go grają, od tylu już lat, w wielu obsadach i w bardzo różnych kontekstach. „Quizoola!” to bardziej projekt badawczy, niż przedstawienie. Tego rodzaju badania są jak fundamentalne pytania – nigdy się nie dezaktualizują.

„The Thrill of It All”, reż. Tim Etchells
i zespół
. Forced Entertainment, 2010.
Pokaz w ramach Krakowskich
Reminiscencji Teatralnych 2011
„The Thrill of It All”, jeden z ostatnich spektakli Forced Entertainment, jest jak rewers „Quizooli!” (i wystawy Etchellsa). Zamiast kameralności i minimalizmu – rozdęta do monstrualnych rozmiarów teatralność: frenetyczne tańce i napuszone przemówienia, czerwony dywan, cekiny, blond-peruki, sztuczne palmy i japoński disco-pop. Głosy kobiet są histerycznie piskliwe, wszyscy mężczyźni mówią nieprawdopodobnie niskim barytonem. Prosty zabieg przetworzenia dźwięku streszcza poetykę spektaklu: rządzi tu przesada, tandeta i kicz. I założenie, że w tej scenicznej wersji telewizyjnego talent show nic nie będzie szło tak, jak powinno: dziewięcioro aktorów nie radzi sobie z do bólu banalną choreografią, smutne historie nie wzruszają, a zabawne nie śmieszą – raczej na odwrót. Wyznania miłości kierowane w stronę widzów pozostają bez odzewu. Jedna wielka żenada.

Obnażanie teatralnych konwenansów i kłamstw, badanie dwuznacznych relacji między publicznością i aktorami, kwestionowanie społecznej umowy rządzącej teatralną rzeczywistością – Etchells i jego zespół stosują te wszystkie strategie od ponad półwiecza. Tym razem zaaplikowali teatrowi serum prawdy w dawce wielokrotnie przekraczającą normę. Jak udaje nam się znosić to niestrudzone wdzięczenie się, tę sentymentalną egzaltację, te „prawdziwe uczucia” i śmierci na scenie, te deklaracje, że jesteśmy tu, w teatrze, jedną, zgodną, szczęśliwą rodziną. Efektem takiego przedawkowania muszą być mdłości. Wspaniale oczyszczające.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.