SŁOWACKI. DRAMATY WSZYSTKIE: „Zawisza Czarny”

Rozmowa z Michałem Borczuchem

Aktor może robić na scenie najdziwniejsze rzeczy, ale musi wierzyć w ich sens i wiedzieć, dlaczego to robi. Wtedy widz – nawet jeśli to, co ogląda, wydaje mu się głupie czy niestosowne – jest po jego stronie

Jeszcze 2 minuty czytania

JOANNA WICHOWSKA: Uchodzisz za specjalistę od „fenomenu niedojrzałości”. Bohaterowie Twoich kolejnych spektakli to młodzi ludzie skonfrontowani z zimnym światem, w którym upadły wszelkie wartości i znaczenia…
MICHAŁ BORCZUCH: Rzeczywiście, od debiutanckich „KOMPOnentów”  –  mimo, że moi bohaterowie się jednak zmieniają, dorastają – ten jeden podstawowy temat wciąż mnie najbardziej zajmuje. Na różne sposoby przeprowadzam ten sam eksperyment: zderzenia indywidualnej wrażliwości z pewnym okrutnym, bezwzględnym mechanizmem. Czy w konstruowanym według zasad tego mechanizmu świecie dominuje nihilizm? Być może tak, choć dla mnie ważniejszy jest jakiś rodzaj tragiczności, który się pojawia w samej sytuacji takiego zderzenia. Można by to prosto nazwać tragizmem niedostosowania, czy niedopasowania. Wielcy bohaterowie, wielkie zdarzenia historyczne – taka skala mnie na razie nie pociąga, emocjonalnie nie mam do niej dostępu. Skupiam się na małej, jednostkowej tragedii, czasem takiej, która jest gdzieś z boku, na pierwszy rzut oka niedostrzegalna.

Michał Borczuch

Ur. 1979, reżyser teatralny, absolwent Wydziału Grafiki krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych oraz Wydziału Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie. Był asystentem Kazimierza Kutza, Pawła Miśkiewicza i Krystiana Lupy. W krakowskim Starym Teatrze zrealizował: „KOMPOnenty” wg tekstu Małgorzaty Owsiany i „Ciemno wszędzie” Pawła Sali (w ramach kolejnych edycji projektu baz@rt, 2005 i 2006), „Wielkiego człowieka do małych interesów” Fredry (w ramach festiwalu re_wizje/romantyzm, 2005), „Lulu” Franka Wedekinda (2007) i „Wertera” wg Goethego (2009). W warszawskim Teatrze Dramatycznym przygotował „Leonce'a i Lenę” Georga Büchnera (2007), a w TR Warszawa „Portret Doriana Graya” wg Oscara Wilde’a (2009). Na zamówienie Festiwalu Dialogu Czterech Kultur w Łodzi wyreżyserował „Wieczór sierot” na podstawie tekstów Janusza Korczaka (2008).

Czy „Zawisza Czarny”, którego czytanie przygotowałeś w Instytucie Teatralnym w ramach projektu „Słowacki” da się pomieścić w tym temacie?
Okazuje się, że tak. W tym niedomkniętym, szkicowym właściwie tekście można znaleźć zalążki kilku różnych dramatów. Pierwszy z nich mógłby być szeroko zakrojonym dziełem o sławie i śmierci bohatera, wpisanego w wielką machinę historii. Jest tu Polska po bitwie pod Grunwaldem, jest też Europa w obliczu inwazji tureckiej. Ale potem dramat ewoluuje w całkiem inną stronę. Zawisza zaczyna zmagać się ze swoim własnym bohaterstwem. Zastanawia się, co z nim zrobić: czy wziąć na siebie cały splendor i cały ciężar bycia bohaterem spod Grunwaldu, który zabił Wielkiego Mistrza, czy raczej się od tego odciąć, wyzwolić? Sceny zachowane w najpełniejszym kształcie opisują bardzo w gruncie rzeczy intymną sytuację spotkania Zawiszy z Laurą, tę ich dziwną historię miłosną, rozgrywającą się w zamku otoczonym przez wojnę. Świat stoi na krawędzi katastrofy, Turcy już są blisko… Nasze dzisiejsze problemy z kulturą islamu to przecież lęk przed jakimś totalnym unicestwieniem. Lęk, że gdzieś na Wschodzie są bomby, które mogą wysadzić nas wszystkich w powietrze. I że nie będzie już świata. Trochę podobna perspektywa otwiera się też w „Zawiszy Czarnym”.

Michał Borczuch, fot. East NewsZamierzasz rozwijać ten wątek?
Jest tylko jednym z kilku. Dla mnie ciekawe jest to, że na pierwszym planie mamy nagle tę dwójkę bohaterów i ich dramat staje się najważniejszy. Mam wrażenie, że Słowacki też zmierzał w tę stronę. Bo najpierw pokazuje tych wszystkich rycerzy, Jagiełłę, Cesarza, relacjonuje przebieg bitwy, a potem oczyszcza tekst z tej szerokiej, historycznej perspektywy, sprowadza go do takiego właśnie kameralnego dramatu, przenosi akcję do odciętego od świata sanockiego zamku. Ta szeroka perspektywa ciągle istnieje, ale gdzieś w tle, tak jakby samego Słowackiego coś innego zaczęło nagle interesować. Jakby przestawić kamerę z planu ogólnego na zbliżenie. To jest oczywiście gdybanie, bo nie istnieje pełna wersja tekstu i nie wiemy, jak Słowacki zaplanował jego zakończenie. Ale nasza rola – moja, Igi Gańczarczyk, z którą pracuję nad czytaniem i aktorów – polega na tym, żeby w tych zachowanych strzępkach odkryć potencjalne kierunki, jakie Słowacki sobie obierał.

Projekt „Słowacki. Dramaty wszystkie”

Powstał w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w związku z obchodzonym właśnie Rokiem Słowackiego. Dramaty Słowackiego są czytane i dyskutowane przez reżyserów i teoretyków w formie „spektakli-wykładów” od czerwca 2009 do kwietnia 2010. Do końca roku w projekcie udział wezmą Paweł Łysak, Paweł Wodziński, Wojtek Faruga, Agnieszka Błońska. W kolejnych miesiącach swoje interpretacje Słowackiego pokażą Barbara Wysocka, Weronika Szczawińska, Natalia Korczakowska, Sebastian Majewski, Paweł Goźliński, Małgorzata Głuchowska, Paweł Passini, Dominik Strycharski, Reda Haddad, Michał Zadara, Monika Strzępka i Agnieszka Olsten.

Rozmawiamy po Waszej pierwszej próbie z aktorami. Jakieś odkrycia?
Spotkanie Zawiszy i Laury, myśleliśmy podczas próby, jest trochę jak spotkanie dwojga ostatnich ludzi na Ziemi. Na zewnątrz już się rozpoczął kataklizm: gwiazdy spadają, pojawiają się komety, Turcy palą wsie. Katastrofy nie da powstrzymać, a oni w tym sanockim zamku jeszcze coś próbują ocalić. Chór sugeruje, że to miłość ocala, ale może wcale nie chodzi o miłość, zastanawialiśmy się, tylko o przetrwanie gatunku. Może tak naprawdę kluczowe jest to, co w pewnej chwili, jak nam się wydaje, mówi Laura: żeby Zawisza ją po prostu zapłodnił. Żeby człowiek przetrwał. Tak przynajmniej przeczytaliśmy to dzisiaj. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Z otwartymi próbami czytanymi jest zawsze ten sam problem: jak uczynić samą sytuację czytania znośną dla słuchaczy, a z drugiej strony – jak nie wpaść w fałsz pośpiesznego inscenizowania, żeby całe to wydarzenie uatrakcyjnić. Siedzimy z Igą nad „Zawiszą” od jakiegoś już czasu, ale bardziej chcielibyśmy pokazać pracę w procesie, niż decydować o ostatecznym kształcie czytania. Tym bardziej, że sam tekst tego ostatecznego kształtu nie ma. Chcemy mu się przyjrzeć warsztatowo, dogrzebując się do różnych jego warstw. Sam tekst będzie ważny. I dobrze, bo to fantastyczna poezja. Mam nadzieję, że ludzie będą jej chcieli słuchać.

384

No właśnie, widzowie: ich miejsce we współczesnym teatrze wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Tradycyjne strategie nawiązywania dialogu z publicznością mocno się zdezaktualizowały, te nowe też bardzo szybko przestają być nowe. W jaki sposób Ty o tym myślisz?
Pewne gesty wyjścia do widza faktycznie zaczęto stosować na tyle powszechnie, że stały się konwencją, trochę już zużytą. To nie jest dobre. Ja ciągle czuję, że to aktor jest tu najistotniejszy. To przez niego, przez jego emocje powinien przechodzić komunikat. Myślę, że aktor może robić na scenie najbardziej dziwaczne rzeczy, ale jeśli wierzy w ich sens i wie, dlaczego to robi, to przekaz płynący ze sceny do widza będzie autentyczny. Na to stawiam i tego chciałbym w mojej pracy szukać.

Ale co to znaczy dzisiaj „autentyczny”?
To znaczy tyle, że widz, nawet, jeżeli nie rozumie do końca tego, co robią aktorzy i nawet, jeśli wydaje mu się to głupie albo niestosowne, to i tak czuje, że kryje się za tym ich emocja i energia, a nie strategia reżysera, który przy pomocy tekstu chce wykonać jakiś intelektualny albo estetyczny fikołek. Oglądając spektakl, chciałbym widzieć, że reżyser i aktor coś sobie ustalili, w coś wspólnie uwierzyli, o coś im razem chodzi.  Ja mogę tego nie rozumieć, ale jeżeli czuję tę energię i tę emocję w aktorach, to jestem po ich stronie.

Czytanie „Zawiszy Czarnego”, przygotowane przez Michała Borczucha i Igę Gańczarczyk już 19 listopada o godzinie 19.00


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.