Bobrografia Polski
Holger Uwe Schmitt / CC BY-SA 4.0

18 minut czytania

/ Ziemia

Bobrografia Polski

Rozmowa z Adamem Robińskim

Bobrowe rozlewiska, nadrzeczne łęgi, wszystkie te gęste łoziny to taka Amazonia strefy umiarkowanej. Płazy, ryby, ptaki, ssaki, one wszystkie w sposób naturalny kręcą się w sąsiedztwie bobrowych zapór, bo mają tam wyjątkowo dogodne warunki do spędzania czasu

Jeszcze 5 minut czytania

ADAM PLUSZKA: Co cię skłoniło do bliższego przyjrzenia się bobrom? To, że – jak piszesz – „dokonania wczesnych ludzi można w zapisie archeologicznym pomylić z efektem pracy gryzoni”?
ADAM ROBIŃSKI: Śmieję się, że „Pałace na wodzie” to moje pamiętniki z pandemii. Nie pamiętam już, w jakich okolicznościach zaświtała mi w głowie myśl, że bobry mogą być dobrym pretekstem, żeby się najzwyczajniej w świecie poszwendać po Mazowszu. Na pewno miało to związek z faktem, że kiedy po napisaniu poprzedniej książki na dobre wróciłem z Bieszczadów, brakowało mi ekscytacji towarzyszącej łażeniu po tamtejszych lasach. Świadomość, że jesteś w lesie, w którym żyją trzy duże drapieżniki – wilk, ryś i niedźwiedź – mocno na mnie działała. Tęskniłem potem za tym uczuciem tu, pod Warszawą. I nagle pojawiła się myśl, że może warto byłoby dowiedzieć się czegoś o bobrach.

Nagle? Coś się musiało wydarzyć.
To było wtedy, gdy mazowiecka Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zezwoliła na odstrzał iluś przedstawicieli tego gatunku. Ale – to pamiętam bardzo wyraźnie – obiecałem sobie, że nie będę o nich nic pisał. To miało być coś tylko dla mnie, odskocznia od codzienności, bez żadnego przymusu, terminów i zobowiązań. Tylko lornetka, żadnego dyktafonu. I co? Parę miesięcy później napisałem o bobrach duży reportaż do gazety. Myślałem, że na nim się skończy. No ale miałem już świadomość, że bóbr to jest tak aktualny temat, że powinno się o nim opowiadać na lewo i prawo. A kiedy już zrozumiałem, że tak naprawdę piszę książkę, to się ucieszyłem, że będzie zupełnie inna niż dwie poprzednie.

Adam Robiński, „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”. Czarne, 200 stron, w księgarniach od kwietnia 2022Adam Robiński, „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”. Czarne, 200 stron, w księgarniach od kwietnia 2022

Odstrzał bobrów ma się całkiem dobrze. Portal „Strefa Agro” w tym roku pisał: „Bobry tak mi podkopały drogę, że zarwała się pode mną, gdy ciągnąłem opryskiwacz. Dobrze, że jechałem wolno, bo pewnie dzięki temu nic mi się nie stało. Słyszałem o rolniku, który wpadł ciągnikiem w dziurę po bobrach tak pechowo, że złamał oba nadgarstki”. Duże te gryzonie wyrządzają szkody?
Nie, odstrzał bobrów nie jest dziś jakoś szczególnie istotnym problemem. Owszem, są w Polsce osoby, które z tego żyją, oczywiście robiąc to na podstawie decyzji RDOŚ o zgodzie na odstępstwo od zakazu zabijania i płoszenia gatunku chronionego. RDOŚ masowo wydaje takie zgody, często jednym wnioskiem obejmując całe cieki wodne, całe gminy lub nawet całe powiaty. Ale mówimy przede wszystkim o niszczeniu siedlisk. Likwidowaniu przetamowań, zasypywaniu nor, destrukcji, która ma miejsce przy okazji tzw. prac utrzymaniowych na rzekach. Jasne, często kończy się to dla zwierząt śmiercią, ale to takie zabijanie w białych rękawiczkach. Bo samo strzelanie do bobrów wymaga dużego zachodu, zwykle nawet wtedy, gdy ktoś wyda decyzję o masowym odstrzale, to i tak nie jest ona realizowana. Typowy myśliwy nie jest zainteresowany zabijaniem bobrów, bo nic z tego nie ma. Bóbr nie jest atrakcyjnym trofeum. Prawdą jest natomiast to, że jeśli już ktoś do bobrów strzela, to nikt nie ma nad tym kontroli. Od co najmniej dwudziestu lat nie mamy pojęcia, ile bobrów żyje w Polsce.

Jak to?
Wszelkie liczby, które się w tym kontekście pojawiają, są gdybaniem. Nikt nie liczy bobrów, nie ma ich po co liczyć. A skoro nikt nie inwentaryzuje również konkretnych stanowisk, to jak stwierdzić, ile zwierząt zostało w danym miejscu zabitych?

A te wyrządzane przez nie szkody?
To nie jest właściwie postawione pytanie. Bóbr jest gatunkiem wodno-lądowym, ze szczególnym naciskiem na „wodny”. Jeśli nie liczyć młodocianych, migrujących osobników, które w trzecim roku życia usamodzielniają się i szukają nowego siedliska, nie oddala się na więcej niż kilkadziesiąt metrów od wody, w której mieszka. Bo tylko w niej czuje się bezpiecznie. Jeśli mówimy więc o podkopywaniu drogi, którą rolnik jedzie z opryskiwaczem, to są to jakieś rzadkie przypadki, w których ktoś prowadzi uprawę w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki lub bagna. Nie jest problemem to, że mamy w Polsce jakoś zatrważająco dużo bobrów – mamy ich w sam raz. Problemem jest to, że przez te kilkaset lat, które dzieli moment ich niemal całkowitego wyginięcia i ich współczesną wszechobecność, osuszyliśmy na potrzeby rolnictwa tereny podmokłe i tarasy zalewowe rzek. Tym samym niejako uniemożliwiliśmy albo utrudniliśmy temu gryzoniowi realizację jego podstawowych funkcji życiowych. Często też zwalamy na fakt, że on te funkcje realizuje, własne niedbalstwo. To dotyczy choćby podnoszonego problemu dziurawienia przez bobry wałów przeciwpowodziowych. Wały nie byłyby dziurawe, gdyby regularnie je konserwowano. To raz. Dwa, że nowoczesne podejście do hydrologii zakłada odsuwanie tych wałów od rzek. Jeśli wał będzie od rzeki trochę oddalony, to żaden bóbr nie będzie nim zainteresowany. Ale to by oznaczało, że od rzeki trzeba też odsunąć dom, gospodarstwo czy pole uprawne. Łatwiej zwalić winę na bobra, bo on nie ma jak się obronić.

Zaczynasz swoją książkę od sposobów polowania na bobry, później piszesz o walorach kulinarnych i futrzarskich. Opisujesz jego znikanie.
Jeśli przyjąć szeroką perspektywę, szybko się zorientujemy, że historia bobrów w Polsce i Europie to dobrze znana nam opowieść o feniksie z popiołów. Jedna z tych paru narracji, które jako ludzkość powtarzamy sobie od zarania, ubierając je tylko w coraz to nowe szaty. Spotykamy ją w klasycznych mitologiach, w Biblii czy choćby u Czukczów. Skoro tak ją lubimy, to najwyraźniej spełnia swoją funkcję. Mamy więc czasy pradawne i urodzaj, dostatek. Potem następuje czas zepsucia i zdrady ideałów, za którymi idzie masowe wymieranie. Wreszcie punkt, od którego zdaje się nie ma odwrotu, krawędź przepaści. Ale nagle, wskutek jakiegoś przedziwnego splotu okoliczności, jak spod ziemi wyrasta ten jeden ostatni bóbr, który daje początek zupełnie nowej populacji. Takiej, z którą chcemy i jesteśmy się w stanie dogadać. To wszystko oczywiście w dużym uproszczeniu i z przymrużeniem oka.

Jeśli pytasz, jak bóbr ma się dziś, to sugeruje to jakiś happy end. Ale on jest tylko pozorny, bo natura nie zna czegoś takiego jak początek i koniec. Zależało mi na tym, żeby ta książka aż prosiła się o dopisanie ciągu dalszego, ale już nie przeze mnie, tylko przez czytelniczki i czytelników, którzy na własną rękę zaczną eksplorować świat tych niesamowitych zwierząt. Bo mam wrażenie, że jak się już człowiek o nich paru rzeczy dowie, to trudno będzie mu pozostać obojętnym. Zresztą o podwarszawskiej rzece Małej, która jest jedną z bohaterek „Pałaców na wodzie”, mógłbym średnio co miesiąc dopisywać nowy rozdział. Tyle się tam dzieje, rzeczy wspaniałych i bardzo złych.

Skoro jesteśmy przy powodach zagłady, opowiedz więcej o bobrzym stroju. Osiemnastowieczny przyrodnik ksiądz Jan Kluk pisał tak: „W Lekarstwie głośne są Bobrowe stroie […]. Nie są to jak mniemano części członków rodzaynych u samców ile że się i u samic znayduią lecz blisko tych mieysc są 4 torebki 2 wyższych zbiera się śmierdząca wilgoć która ususzona iest bobrowym stroiem”.
Utarło się, że strój, a więc zebrana w workach przy odbycie substancja zapachowa, produkt biochemicznego oddziaływania nabłonka tej części ciała z obecnymi w moczu solami, ma zastosowanie w medycynie. Kiedyś uważano go także za afrodyzjak. To dla stroju Sienkiewiczowska Jagienka upolowała bobra w „Krzyżakach”. Bóbr jest zwierzęciem terytorialnym, a stroju używa do znakowania areału konkretnej rodziny. Tak naprawdę jego skuteczność polega wyłącznie na utrwalaniu zapachów. Dlatego swego czasu stosowano go również w przemyśle perfumeryjnym. Robiły to nasza Pollena i szwajcarski gigant Firmenich. Przy czym my bez zabijania bobrów, bo pracownicy stacji badawczej Polskiej Akademii Nauk w Popielnie nauczyli się przekonywać zwierzęta, by strój oddawały same. Co ciekawe, kilka lat temu szef resortu rolnictwa, minister Ardanowski, przekonywał na spotkaniu z rolnikami, że afrodyzjakiem jest płetwa bobra. Żeby nie zostać oskarżonym o szarlatanerię, minister podparł się słowem „podobno”. Sęk w tym, że bóbr nie ma płetw. I to nie podobno, tylko na pewno.

Kiedyś pisarka i przyrodniczka Sy Montgomery powiedziała, że kiedy rozmawiała z autorką książki o ośmiornicach, ta jej wyznała, że zanim zaczęła zgłębiać temat głowonogów, postanowiła jednego przedstawiciela zjeść, bo wiedziała, że pod koniec prac nad książką nie byłaby już w stanie tego zrobić, a chciała poznać każdy aspekt życia ośmiornicy. Nie pytam, czy jadłeś bobrzynę, ale jaki był dla ciebie bóbr przed „Pałacami” i po skończeniu prac?
Wiesz, miałem podobny dylemat co Montgomery. Nie jem mięsa, ale zastanawiałem się, czy skoro będę pisał o bobrach, to nie powinienem bobrzyny spróbować. Ostatecznie uznałem, że zastanowię się, gdy już mnie ktoś nią poczęstuje. Do tego nigdy nie doszło, choć bóbr pojawia się w tradycyjnej kuchni myśliwskiej, m.in. w Litwie i Rosji. Na szczęście miałem barwne opisy ze współczesnej rosyjskiej książki kucharskiej, na których mogłem się oprzeć. Jeśli pytasz, jaki jest dla mnie bóbr po zakończeniu prac nad „Pałacami na wodzie”, to nie umiem zamknąć odpowiedzi w paru zdaniach. Na pewno zacząłem alergicznie reagować na rzeczownik „szkodnik”. Zwierzę, które realizuje swoje podstawowe funkcje życiowe i nie kieruje się przy tym chciwością, chęcią zysku czy złośliwością, nie jest żadnym szkodnikiem. Jeśli mielibyśmy szukać w tym świecie szkodników, to znam pewien gatunek, który potrafi wyciąć kilkusetletnie drzewo tylko po to, żeby załadować je na statek i wysłać na drugi koniec świata. Tymczasem bóbr wykorzysta takie drzewo tu i teraz, bo go naprawdę potrzebuje. A tytułowy pałac, który wybuduje nad jeziorem, będzie tak naprawdę kupą gałęzi, a nie jakimś nielegalnym neogotyckim gargamelem.

Adam Robiński

Ur. 1982, autor książek i dziennikarz związany m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym” i miesięcznikiem „Pismo”. Za debiutanckie „Hajstry” oraz za drugą książkę „Kiczery” otrzymał kilka nagród oraz nominacji do nagród literackich i podróżniczych. W „Pałacach na wodzie” przygląda się relacjom między ludźmi a bobrami. Zajmuje się pisaniem o przyrodzie oraz wszystkim, co dzieje się na styku natury i sztuki. Mieszka w Warszawie, krąży po całej Polsce. Jest certyfikowanym przewodnikiem po Kampinoskim Parku Narodowym.

Nad bobrzymi domostwami rozpływał się cytowany już ksiądz Kluk, że „przecudowne sobie buduią pomieszkania”. Miałeś okazję przyjrzeć się bliżej tym wymyślnym konstrukcjom czy wystarczyły ci ryciny ze źródeł?
Sterczenie nad rozlewiskami, wyszukiwanie stanowisk i ich staranne doglądanie było przyjemniejszą częścią zbierania materiałów do tej książki. Na własne potrzeby wymyśliłem nawet nazwę na to hobby – bóbrwatching. Ptasiarze mają swój birdwatching, a ktoś, kto woli bardziej przyziemne klimaty, niech bierze się za podglądanie bobrów. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, a więc tak, aby swoją obecnością zbytnio nie ingerować w ich codzienność. Nie płoszyć. Bóbrwatching jest o tyle przyjemnym zajęciem, że nie wiąże się z robieniem kilometrów. Jak ktoś znajdzie aktywne stanowisko bobra, to nie musi nigdzie dalej łazić. Tropić, szukać, ganiać po lesie. Ulubione stanowisko, na którym bywam regularnie, mam dwadzieścia minut od domu. Poza tym – co być może najważniejsze – bóbrwatching to czynność całoroczna i wykraczająca poza gapienie się na same bobry oraz ich małą i dużą architekturę. Jak się spotykają dwa ekosystemy – wodny i lądowy – to życia jest tam dwa razy więcej niż gdzie indziej. Bobrowe rozlewiska, nadrzeczne łęgi, wszystkie te gęste łoziny to taka Amazonia strefy umiarkowanej. Płazy, ryby, ptaki, ssaki, one wszystkie w sposób naturalny kręcą się w sąsiedztwie bobrowych zapór, bo mają tam wyjątkowo dogodne warunki do spędzania czasu. Kto widział na żywo bobra, widział też pewnie wydrę i zimorodka. Te miejsca są również bardzo atrakcyjne dla kogoś, kto chce po prostu na to wszystko popatrzeć. I to wszystko jest oczywiście bardzo prawdziwe i zupełnie za darmo. Tak samo jak za darmo jest retencja wodna, która ma miejsce w siedliskach bobrów.

Którą część przemierzonej wzdłuż i wszerz Bóbrpospolitej, jak ją nazywasz, lubisz najbardziej?
Można powiedzieć, że Bóbrpospolita ma dwie stolice. Pierwszą z nich jest mazurskie Popielno, półwysep nad Śniardwami, gdzie Polska Akademia Nauk prowadziła fermę hodowlaną bobrów. Ferma wciąż zresztą działa, choć to już tylko milknące echo tej historii. Drugą stolicą jest Suwalszczyzna i jej transgraniczne rzeki: Czarna Hańcza i Marycha. W Popielnie hodowano bobry, które potem wypuszczano na wolność. Suwalszczyzna była zaś obszarem masowych samoistnych migracji gryzoni ze wschodu. Zmartwychwstanie polskiego bobra odbywało się więc dwutorowo, ludzie robili swoje i bobry też robiły swoje. Ale pytasz o moje prywatne sympatie, więc nie mogę nie wymienić warmińskiej Pasłęki. Przepięknej rzeki, która jest w całości rezerwatem, i to właśnie z uwagi na wszechobecność bobrów. Rewelacyjna sprawa – cała rzeka jako rezerwat. Mam poczucie, że to jest właśnie kierunek, w którym powinniśmy zmierzać w działaniach ochroniarskich. Żadna tam drobnica, tylko wielkoobszarowa ochrona. A Pasłękę lubię szczególnie, bo od lat tam jeżdżę. Parę korzeni już w tamtejszych lasach w ziemię wpuściłem.

Na swojej mapie Bóbrpospolitej nie uwzględniasz w zasadzie Odry. Przy zachodniej granicy nie ma bobrów?
Bobry są w Polsce prawie wszędzie. Również nad Odrą. Dorzeczem Odry zajmował się bardzo owocnie ośrodek poznański w osobie profesora Graczyka i jego współpracowników. Mówiąc „zajmował się”, mam na myśli działania reintrodukcyjne. Co ciekawe, to być może stereotypowy poznański pragmatyzm sprawił, że Graczyk nie chciał tworzyć dla bobrów rezerwatów ani wprowadzać jakichkolwiek dodatkowych zakazów dla ludzi, które miałyby bobry chronić. Przekonywał, że jeśli zmartwychwstanie gatunku ma mieć sens, to zwierzęta te muszą sobie we współczesnym świecie radzić same. A to przecież zupełnie inny świat od tego, który znały przed wiekami. O tym, że Graczyk miał rację, niech świadczą wszystkie przypadki synantropizacji, które opisuję w książce i które możemy obserwować na co dzień.

A czemu nie wspomniałem nic o Odrze? Pisząc bobrografię – taki był roboczy tytuł tej książki, „Bobrografia Polski”, a więc osadzona w geografii biografia gatunku – musiałem dokonywać wyborów. Nie chciałem powtarzać ciągle tych samych historii przy zmieniającym się jedynie tle. Każde miejsce miało być źródłem innego wątku bobrografii. Napisałem więc o Warcie, która jest przecież córką Odry, a dla mnie stała się tłem opowieści o miejskich bobrach.

Adam Robiński / fot. Daniel PetryczkiewiczAdam Robiński / fot. Daniel Petryczkiewicz

Bardzo ciekawą i nie tak znów chudą znalazłeś literaturę na temat bobra, z czego sporo to bardzo dziwne roczniki. Długo szukałeś opracowań? Jakieś teksty cię zaskoczyły?
W polskiej literaturze poświęconej poszczególnym gatunkom zwierząt wciąż dominują niestety monografie łowieckie. Dlatego kanonu bobroznawstwa trzeba jednak szukać w książkach poświęconych Castor canadensis, bobrowi kanadyjskiemu, który jest gatunkiem wobec europejskiego niemal bliźniaczym. Mam tego cały karton. A że każdy rozdział „Pałaców na wodzie” traktuje o innym miejscu, musiałem też szukać źródeł w literaturze krajoznawczej i historycznej. Stąd w bibliografii te wszystkie rzeczy dotyczące historii polskiego leśnictwa.

Bardzo sensualnie piszesz o obcowaniu z przyrodą. Odczuwasz ją wzrokiem i tym, jak smyra cię po łydkach. Masz jakichś mistrzów?
Teraz to już tylko bobry. To oczywiście żart, bo człowiek kumuluje w sobie wszystko to, co przeczytał u innych, i potem podczas pisania wszystkie te wpływy w mniej lub bardziej widoczny sposób się ujawniają. Przy okazji poprzednich książek parokrotnie wspominałem o Robercie Macfarlanie. Gdybym kiedyś w szkockiej księgarni nie kupił przypadkiem jego książki, pewnie sam nie zacząłbym pisać. Albo zacząłbym, ale inaczej, o czym innym i w innym czasie. Gdyby nie Lechosław Herz i jego gawędy krajoznawcze, pewnie nie spojrzałbym tak przyjaźnie na Mazowsze, gdzie się urodziłem, wychowałem i gdzie przez całe życie mieszkam. Gdyby nie filmy Wernera Herzoga, byłbym pewnie bardziej powściągliwy w tym, jak piszę. Wreszcie gdyby nie Barry Lopez, z którym miałem zaszczyt porozmawiać niedługo przed jego śmiercią i którego twórczość stała się dla mnie w ostatnich latach kompasem, pewnie o wiele więcej czasu zajęłoby mi dojście do tego, po co to wszystko. Lopez wielokrotnie wspominał w swoich książkach o tradycyjnych kulturach, które funkcjonują w oparciu o starszyznę. Przekonywał, że to lepszy model dla społeczeństw niż nasze państwowości. Właśnie wymieniłem ci kilku członków starszyzny, którą na własne potrzeby powołałem.

Kilkukrotnie wspominasz zmarłego w 2020 roku Arkadiusza Szarańca, dedykujesz mu zresztą książkę. Znaliście się dobrze?
Dobrze to za dużo powiedziane. Ale niewątpliwie był jedną z tych osób, które spadają ci z nieba nagle i chwilę później już nie wyobrażasz sobie, że mógłbyś ich na swojej drodze nie spotkać. Poznaliśmy się przypadkiem, na jakimś spotkaniu autorskim. Po prostu się przywitał, przedstawił i zaczął mi opowiadać o guzikach z Sochocina nad Wkrą. Bo niepozorny Sochocin był kiedyś guzikową potęgą. Zostały ze mną te guziki do dziś, a Arek stał się osobą, do której regularnie zwracałem się po poradę i którą ciągle polecałem innym. Był najbardziej gorliwym wyznawcą świata pozaludzkiego, jakiego znam. Kiedyś pisał mi, że co prawda nie ma ogródka, ale regularnie podlewa trawnik pod swoim blokiem i że w związku z tym już dawno zmienił nazwisko na Zraszaniec. I jeszcze kazał mi propagować hasło „Darz bóbr!”. To było, na długo zanim postanowiłem napisać tę książkę.