Konsternacja i śmiech
Marianna Oklejak, „Cuda wianki”, Harper Collins Polska

19 minut czytania

/ Literatura

Konsternacja i śmiech

Agnieszka Sowińska

Książka nie zawsze musi nas czegoś uczyć. Człowiek (nawet ten niepełnoletni) jest istotą o wiele bardziej złożoną – o współczesnej literaturze dla dzieci

Jeszcze 5 minut czytania

Nałogowo zaczytuję się literaturą dla dzieci. Nie tylko dlatego, że od jedenastu lat mam syna, współtowarzysza nałogu. To namiętność z tych nie do końca zrozumiałych, dawniej odrobinę wstydliwych, którą usiłowałam jakoś sama przed sobą usprawiedliwić i uwierzytelnić, dlatego między innymi poszłam na podyplomowe studia poświęcone literaturze dla dzieci (czyli sławną w niektórych kręgach Literaturę i Książkę dla Dzieci i Młodzieży wobec Wyzwań Nowoczesności na Uniwersytecie Warszawskim). Nie przypadkiem określam tę namiętność jako „wstydliwą”. Podczas gdy w Szwecji recenzje literatury dla dzieci ukazują się w gazetach w każdy poniedziałek, większość mediów w Polsce skupia się na książce dla dzieci wyłącznie przy okazji prezentowników gwiazdkowych czy Dnia Dziecka. Jakby – poza środowiskiem badaczy – literatura dla dzieci nie była czymś, co można traktować serio, równorzędnie z literaturą dla dorosłych.

Mimo to w Polsce literatura dla dzieci ma się świetnie – wyłącznie w swoim odrębnym środowisku. Powstają kolejne festiwale literatury dziecięcej i młodzieżowej (wymienię tu tylko kilka: Festiwal Literatury dla Dzieci, Międzypokoleniowy Festiwal Literatury Dziecięcej „Ojce i Dziatki”, Festiwal Książki Dziecięcej „Przecinek i Kropka”, Międzynarodowy Festiwal Literatury Dziecięcej w Rabce), ustanawiane są nowe nagrody dla twórców literatury dla dzieci (m.in. Książka Dobrze Zaprojektowana – Zacznijmy od Dzieci, Dobre Strony, Literacka Podróż Hestii). Ale zaledwie kilka festiwali literackich w swoich programach uwzględnia zarówno odbiorcę dorosłego, jak i dziecięcego (do chlubnych wyjątków należą m.in. Literacki Sopot czy Festiwal Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie). Jakby wciąż żywe było przekonanie, że literatura dla dzieci jest zaledwie wstępem do literatury „właściwej”, literatury dla dorosłego czytelnika. Dziecko jednak nie jest „niegotowym dorosłym”, a dzieciństwo nie jest jedynie wstępem, przygotowaniem do dorosłego życia.

Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Mapy. Edycja fioletowa. Obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świata. Dwie Siostry 2019Aleksandra i Daniel Mizielińscy, „Mapy. Edycja fioletowa. Obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świata”. Dwie Siostry 2019Twórcy literatury przeznaczonej dla czytelnika dziecięcego już dawno zrozumieli, że właściwie nie ma tematów dla niego niewłaściwych. I to nie sam temat powinien być przedmiotem dyskusji „mówić czy nie mówić”, tylko język, jakim o danym problemie się mówi. Autorki i autorzy książek dla dzieci podkreślają to właściwie w każdym wywiadzie, widać to też po pobieżnym przejrzeniu książek w księgarni. Śmierć rodzica. Depresja rodzica. Wojna. Kryzys uchodźczy. Kryzys klimatyczny. Cielesność (różnie pojęta – od edukacji seksualnej, tożsamości płciowej, przez ciałopozytywność, po temat molestowania czy pornografii). Biografie dla dzieci, psychologia dla dzieci, ogrodnictwo dla dzieci itd. Przyjrzyjmy się kilku mocnym nurtom we współczesnej literaturze dla dzieci do lat 13 (bo tak rynek określa granicę wiekową dzieciństwa).

Od lat niezmiennie prym wiedzie non-fiction dla dzieci, czyli konkretna wiedza o świecie, atrakcyjnie opakowana i podana. Dzięki Aleksandrze i Danielowi Mizielińskim („Mapy”, „Pod ziemią. Pod wodą”, „Którędy do Yellowstone?”) czy Piotrowi Sosze („Pszczoły”, „Drzewa”, „Brud”) tego rodzaju książki to nasz najważniejszy, po książkach Olgi Tokarczuk, towar eksportowy (tylko „Mapy” sprzedały się w ponad 3,5 miliona egzemplarzy na całym świecie). Te książki bywają tak dobrze zrobione, napisane, zilustrowane, że chciałoby się natychmiast zastąpić nimi podręczniki szkolne. „Którędy do Yellowstone?” i książki Piotra Sochy są moimi wzorcami z Sevres książki non-fiction dla dzieci, w których splatają się informacje z różnych gałęzi wiedzy, dodając sobie nawzajem sensów. Pokazują też, że nauka w ramach szkolnych przedmiotów „biologia” czy „geografia” jest sztuczna i zubożająca. I że wiedza, która w szkole wydaje się nam oderwana od rzeczywistości, okazuje się praktycznym sposobem rozumienia świata. Tę cechę mają tylko najlepsze książki non-fiction albo książki z pogranicza, jak nominowana w tym roku do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii komiks „O, choroba” Bogusia Janiszewskiego i Maxa Skorwidera, która za pomocą fikcyjnej, uosobionej Choroby przybliża czytelnikom skomplikowane procesy zachodzące w ciele człowieka i pomaga zrozumieć dziecko z chorobą onkologiczną. Zdecydowana większość książek non-fiction dla dzieci to po prostu atrakcyjne encyklopedie tematyczne.

logoNagroda Literacka m.st. Warszawy

Nagroda Literacka m.st. Warszawy jest jedną z największych nagród literackich w Polsce, nagrody przyznawane były dotąd w czterech kategoriach: proza, poezja, literatura dziecięca oraz książka o tematyce warszawskiej. W jubileuszowej 15. edycji, od 2022 roku, debiutuje nowa kategoria: komiks i powieść graficzna. W przypadku literatury dziecięcej, a także komiksu i powieści graficznej nagradzani są również ilustratorzy i ilustratorki. Nagrody wynoszą 30 tys. zł, nagrodę pieniężną w wysokości 5 tys. zł otrzymują także nominowani we wszystkich kategoriach.

Szczególnym wyróżnieniem jest tytuł warszawskiej twórczyni/warszawskiego twórcy, przeznaczony dla pisarek i pisarzy w szczególny sposób związanych z Warszawą. Otrzymują oni nagrodę w wysokości 100 tys. zł.

Fundatorem i organizatorem nagrody jest miasto stołeczne Warszawa. W roku 2021 laureatami i laureatkami zostali: Zyta Rudzka (proza), Radosław Jurczak (poezja), Aleksandra i Daniel Mizielińscy (literatura dziecięca), Grzegorz Piątek (książka o tematyce warszawskiej), Joanna Rudniańska (warszawska twórczyni).

Tegoroczna gala Nagrody Literackiej m.st. Warszawy odbędzie się 18 czerwca.
Lista nominacji tutaj.

Ale o co właściwie nam chodzi, gdy podsuwamy dziecku kolejne książki napakowane faktami? Pomagają nam wspólnie poznawać złożoność świata, do której objaśniania czasami brakuje nam języka? Zaangażować dziecko w tematy, z którymi za chwilę będzie musiało się zmierzyć (np. ekologia i kryzys klimatyczny)? Czy może za pomocą dziecka – i podsuwanych mu książek – chcemy wyrównać własne luki w wykształceniu? (Nie każdy przecież pamięta, czym jest galaktyka spiralna albo które stawy w naszym ciele są zawiasowe, a które kuliste – a takie treści znajdziemy w książkach już dla 5-6 latków). A może chcemy „zaprogramować” dziecko w wieku przedszkolnym czy wczesnoszkolnym na idealną przyszłość? To pytanie zadawane z perspektywy czytających rodziców w dużych miastach, ze stałym dostępem do książki dla dzieci – z perspektywy przesytu. Wszelkie badania wskazują jednoznacznie, że regularne czytanie książek rozwija słownictwo dziecka, umiejętności poznawcze i społeczne, rozwój emocjonalny. I nie są to tylko hasła – badania pokazują, że dzieci, którym regularnie się czyta, mają zdecydowanie bardziej zaktywizowany obszar mózgu odpowiedzialny za rozumienie i wizualizację obrazów.

Od kilku lat obserwuje się też na rynku książki rosnącą popularność poradników – nie inaczej jest w przypadku literatury dla dzieci. Tu najliczniejszą grupą są publikacje poświęcone emocjom: rozpoznawaniu ich oraz pracy z nimi. Pandemii i towarzyszącej jej izolacji towarzyszyła dyskusja na temat kondycji psychicznej dzieci, których rzeczywistość ograniczyła się do ekranu komputera. Znajomość własnych emocji jest bez wątpienia wartością – to cenne, że można zmierzyć się z tym już w wieku przedszkolnym, a nie dopiero na terapii w wieku dorosłym – mam jednak wrażenie, że te książki wykorzystują raczej potrzebę rodzica/opiekuna – najczęściej matki – jak najlepszej realizacji „projektu dziecko” – czyli wychowania człowieka idealnego, który najpierw nauczy się literek na jednym z pięknych dostępnych na rynku abecadlików, przerobi historię sztuki na przykład na „Historii obrazów” Hockneya, potem szybko przeskoczy na lekcję teorii względności czy biografię Curie-Skłodowskiej, następnie pochyli się nad losem planety dzięki jednej z książek poświęconych ekologii i zmianom klimatu i w końcu nauczy się panować nad swoją złością czy zastanowi się nad istotą smutku.

Do rodziców, nie dzieci, skierowany jest także „nurt nostalgiczny”: lektury z dzieciństwa dziadków i rodziców. Z jednej strony nieustanne wznowienia evergreenów – jak „Ania z Zielonego Wzgórza” (chciałabym w tym miejscu napisać raczej „Anne z Zielonych Szczytów”, ale dyskusja, jaką wzbudził sam tytuł, pokazała, że ten nowy przekład nie trafi do tych rodziców i dziadków, którzy chcą powrócić do własnego dzieciństwa), „Kubuś Puchatek”, „Muminki”, „Dzieci z Bullerbyn”, Brzechwa, Tuwim. Z drugiej zaś to reprinty książek wydawanych w PRL-u. W subtelny sposób z nostalgią za tym, co znane i oswojone, grają też ilustratorki i ilustratorzy, używający w swoich pracach albo dwóch kontrastujących kolorów (w międzywojniu ograniczenie do dwóch kolorów powodowane było przez niedobory), albo „przybrudzono-pastelowej” kolorystyki, nawiązującej do książek wydawanych w PRL (przyczyną była wówczas przede wszystkim słaba jakość farb drukarskich).

Karolins Lewestam, „Mała księżniczka”. W.A.B. 2021Karolina Lewestam, „Mała księżniczka”. W.A.B. 2021Od kilku lat pojawia się też literatura skierowana nie tyle do dzieci, ile konkretnie do dziewczynek. Mamy całe serie książek z wyrazistymi, sprawczymi postaciami dziewczynek, masę biografii przybliżających postacie naukowczyń, artystek, których życiorysy mogłyby zainspirować młode czytelniczki. Przepisywane są także baśnie, by księżniczki nie były zwiewnymi biernymi istotkami, których rolą jest wyłącznie oczekiwanie na księcia, ale sprawczymi dziewczynami z krwi i kości, a chłopięcy bohaterowie otrzymują swój dziewczęcy rewers (np. „Mała księżniczka” Karoliny Lewestam czy zamiana ról w „Księżniczkach w lśniącej zbroi”, gdzie autorzy zastosowali pozornie prosty zabieg: nie zmieniając nic w treści baśni, zmienili bohaterom płeć). Prawdziwą karierę w tym nurcie literatury skierowanej do dziewczynek zrobiło pojęcie buntowniczki, które zaczęło się od międzynarodowego bestsellera „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” i bardzo zgrabnie zostało strawestowane w soczystych „dziewuchach” w tytule książki Anny Dziewit-Meller („Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”). Już same tytuły książek ze współczesnymi baśniami muszą zawierać słowo, które nie ucukierkowuje, nie lukruje dziewczynki – przywołam tu zaledwie kilka wydanych ostatnio: „Królewna w lśniącej zbroi”, „Księżniczki buntowniczki” (znów!), „Baśnie dla nieustraszonych dziewczynek” czy najbardziej wywrotowa tytułowa deklaracja, całkowite odrzucenie roli przez moją ulubioną przewrotną bohaterkę książki „Ja nie chcę być księżniczką” Grzegorza Kasdepke. To było niezbędne – upomnieć się o dziewczynkę w literaturze dla dzieci. Literatura dla dorosłych od lat mówi przecież coraz wyraźniejszym kobiecym głosem. W tle tego wysypu książek wydawanych pod ogólnym hasłem „girl power” czai się jednak pytanie: a co z chłopcami? Czy naprawdę wystarczą im wzorce wykreowane przez Sienkiewicza czy małych powstańców? Według badań nad czytelnictwem to właśnie chłopcy przestają czytać koło 9–10 roku życia.

Kolejnym dowodem na to, że literatury dla dzieci nie traktuje się serio, jest fakt, że przy okazji dyskusji o zwrocie ludowym, która przetoczyła się przez media po publikacji książek m.in. Adama Leszczyńskiego i Kacpra Pobłockiego, nikt nie zwrócił uwagi na literaturę dla dzieci, jakby była zarezerwowana wyłącznie dla badaczy tejże literatury. A w XXI wieku twórcy książki dla dzieci znów sięgnęli po kulturę wiejską czy ludową. Absolutnie brawurowo zrobiła to Marianna Oklejak w dwóch świetnych autorskich książkach „Cuda wianki” oraz „Cuda niewidy”, które są jednocześnie przewodnikami po polskiej kulturze wiejskiej z różnych regionów: jej warstwie wizualnej, symbolicznej, obrzędowej. Po ilustracje inspirowane wycinankami ludowymi artystka sięgnęła także w oszałamiających wizualnie „Maryjkach” czy książce „O kolędach gawęda”. Anna Kaźmierak w „Turoniach, żandarmach, herodach” zaprasza dzieci do różnorodnej tradycji kolędowania, a motywy z tradycyjnych tkanin dwuosnowowych wykorzystała w ilustracji Marianna Sztyma w nominowanej do tegorocznej Nagrody Literackiej m.st. Warszawy „Tkaczce chmur”. We wspomnianych już „Maryjkach” w warstwie tekstu Justyna Bednarek sięgnęła po opowieść ludową wokół postaci Maryi, a jej narracja – nawiązująca do opowieści niani z Podkarpacia – świetnie pokazuje magiczny, całkowicie nieteologiczny aspekt wiejskiej, chłopskiej wiary. To niezwykle ważne publikacje, bo jak rozmawiać o zwrocie ludowym bez dostępu do języka, bez rozpoznawania już od dziecka wspólnego kodu kulturowego? Wolę, by moje dziecko wiedziało, czym jest kurpiowska leluja czy znało słowa przyśpiewki ludowej, niż utożsamiało się z nieprawdziwym dla przeważającej części społeczeństwa mitem idealizowanego dworku szlacheckiego z kolumienkami.

Marianna Oklejak, Cuda wianki. Marianna Oklejak, „Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych”. Harper Collins Polska 2015Polskie książki dla dzieci od początku XXI wieku są zauważane przez jury najważniejszej nagrody w świecie literatury dla dzieci – Bologna Ragazzi Award, a prace polskich ilustratorek oraz ilustratorów co roku wybierane są do Wystawy Ilustratorów podczas Targów Książki dla Dzieci w Bolonii. W tym kontekście warto przywołać fenomen Polskiej Szkoły Książki Obrazkowej. Terminu tego używam za pracą Małgorzaty Cackowskiej i Anity Wincencjusz-Patyny pod tym tytułem, w której badaczki wyodrębniają ten fenomen z Polskiej Szkoły Ilustracji. Książka obrazkowa to nie każda książka z ilustracjami. Tu słowo i obraz splatają się w nierozerwalną całość. W udzielonym mi kilka lat temu wywiadzie na określenie książki obrazkowej jej mistrzyni, Iwona Chmielewska, użyła autorskiego pojęcia „słowobrazu”, które moim zdaniem najlepiej oddaje tę szczególną więź: „Picturebook czy książka obrazowa to nierozerwalnie powiązany słowobraz. Gdy oglądamy sam obraz, to bez tekstu nie wiemy, o czym jest ta książka. A gdy się czyta sam tekst, to ma się wrażenie, że to takie prościutkie, nijakie i żadna sztuka. Dopiero gdy się połączy obraz i słowa, książka rozkwita”.

92 procent obecnie wydawanej literatury dla dzieci to książki wydane po raz pierwszy w XXI wieku – tak wyglądają dane z 2020 roku za raportem „Ruch Wydawniczy w liczbach” Biblioteki Narodowej. Te książki są bliskie problemów współczesnych dzieci, a przede wszystkim mówią do nich ich językiem. Ciekawie – i przygnębiająco – wygląda w kontekście tych danych lista lektur szkolnych w szkole podstawowej, wśród których na palcach jednej ręki można policzyć autorów żyjących (za to mamy nadreprezentację pisarzy XIX-wiecznych). Pojawiają się ostatnio kolejne imprinty poświęcone literaturze dziecięcej, kolejne wydawnictwa poszerzają ofertę wydawniczą o literaturę dla dzieci, m.in. Wydawnictwo Poznańskie, Sonia Draga, Agora dla Dzieci, Kropka (jako imprint Marginesów), Miętówka (to imprint niedawno powstałego wydawnictwa Mięta). Coraz częściej też autorzy książek dla dorosłych piszą książki dla dzieci. Jeden z najlepszych debiutów na rynku książki dziecięcej ostatnich lat to Marta Kisiel, pisarka o ugruntowanej pozycji w świecie literatury fantasy, która swoimi książkami o Małym Lichu i Bożku – synu romantycznego poety-widma – natychmiast zdobyła serca czytelników oraz szereg nagród.

B.J. Novak, Książka bez obrazków. B.J. Novak, „Książka bez obrazków”. Przeł. Michał Rusinek, Czarna Owieczka 2015Jednym z mniej pozytywnych zjawisk w literaturze dla dzieci jest jej nadprodukcja – ale zjawisko to nie dotyczy przecież tylko literatury dla dzieci, żyjemy w świecie nadprodukcji przedmiotów i wszelkiej treści. Według statystyk wydaje się około 3 tys. tytułów rocznie dla czytelnika do 13 roku życia. Nie jest to może spektakularny wynik, ale powtarzalność proponowanych tematów jest naprawdę nużąca. Zmienia się opakowanie, nie istota przekazu. Weźmy choćby wysyp książek poświęconych koronawirusowi czy w ogóle chorowaniu, które ukazały się w okresie pandemii. Pod szczytnym celem kryje się tu wyrachowanie wydawców, a książki często były wydawane w pośpiechu, któremu towarzyszy zazwyczaj niedopracowanie oraz szpetota. Mam obawę, że do podobnej sytuacji dojdzie za chwilę przy książkach dla dzieci w języku ukraińskim lub tłumaczonych w pośpiechu z języka ukraińskiego. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy wojny tych interwencyjnych książek ukazało się już kilkanaście.

Najbardziej mnie jednak niepokoi, że coraz więcej rodziców autorytet książki wykorzystuje jako lekcję wychowawczą. Moje dziecko ma problem – musimy więc „odrobić lekcję”: przeczytać razem/podsunąć dziecku książkę na ten temat. Obserwuję to zwłaszcza na rodzicielskich grupach poświęconych literaturze dla dzieci, na których dobrze widziane są książki promujące wzorcowe postawy, empatię, pożądane umiejętności społeczne i poszerzające wiedzę. Tępione zaś bywają książki pełne absurdu, czarnego humoru, sarkazmu, ironii – bo te z perspektywy rodzica/opiekuna nie uczą dziecka niczego „wartościowego”. Często dochodzi wręcz do tropienia w książkach dla dzieci „treści niewłaściwych”, nieprzystających do (jedynej, rzecz jasna) poprawnej wizji świata (przypominam sobie post jednej z mam, która przestrzegała inne matki, by absolutnie nie czytać dzieciom niezwykle popularnej szwedzkiej serii o dziecięcych detektywach Lassem i Mai, bo w jednej z książek pastorowi na basenie spadają kąpielówki, a także kategoryczne odrzucenie książek o „Basi” po odkryciu, że mama tytułowej bohaterki nie zawsze ma to samo zdanie co tata Basi i że może to doprowadzić do kłótni rodziców…). Tak jakby rola książki ograniczała się do roli edukacyjnej i jej jedynym zadaniem było wspieranie wychowania dziecka – nie tylko na wzorowego obywatela, ale i poprawnego, reagującego na rzeczywistość zgodnie z obowiązującymi normami człowieka. Zupełnie jak w twórczości o charakterze moralno-obyczajowo-dydaktycznym Hoffmanowej czy Jachowicza.

Ostatnie badania czytelnictwa Biblioteki Narodowej pokazują, że zaledwie 38 procent dorosłych Polaków sięgnęło w roku 2021 po książkę. Wiadomo, że nawyk czytania wyrabiamy sobie w dzieciństwie. A tym, co skutecznie zniechęca dzieci do czytania, jest unoszący się znad książki „smrodek dydaktyzmu” (niezwykle cenię to określenie Joanny Olech). Bo książka nie zawsze musi nas czegoś uczyć. Człowiek (nawet ten niepełnoletni) jest istotą o wiele bardziej złożoną. Lektura czasem może być po prostu zanurzeniem w żywioł zabawy czy opowieści. Gdy szłam poczytać dzieciom najpierw w przedszkolu, a następnie szkole mojego syna – dwukrotnie wybrałam tę samą książkę: fenomenalną, całkowicie absurdalną „Książkę bez obrazków” B.J. Novaka. I wciąż pamiętam konsternację pań przedszkolanek, które przykazały dzieciom „uważnie słuchać, by potem powiedziały, czego się z tej książki nauczyły”, oraz żywiołowy, nieposkromiony śmiech dzieciaków podczas lektury.

loga

Tekst powstał we współpracy z miastem stołecznym Warszawą, fundatorem i organizatorem Nagrody Literackiej m.st. Warszawy.