Inaczej odjechana
Kadr z filmu "Prater" w reż. Ulrike Ottinger / Ulrike Ottinger/Filmladen

Inaczej odjechana

Bartosz Sadulski

Wiersze Jelinek powiedzą nam o jej przyszłej drodze mniej więcej tyle samo, co jej zdjęcia z dzieciństwa, ale niesprawiedliwością byłoby traktować tom „koniec” wyłącznie jako ciekawostkę

Jeszcze 2 minuty czytania

tak inaczej jestem
odjechana
rozumieją mnie ręczniki
które grają w kości o moje wargi… 
(„letnie popołudnie”)

 Dwujęzyczny zbiór wierszy noblistki z lat 1966-68 „ende/koniec” nie jest rzeczą, o której ambitne studentki i doktorantki będą rozprawiały przy popołudniowej latte. Bo po pierwsze mamy do czynienia z juweniliami wydanymi w niszowym, acz ambitnym wydawnictwie, a po drugie są to wiersze uporczywie nierówne, bo uporczywie nierówna bywa wczesna twórczość poetycka.

Elfriede Jelinek, „koniec/ende”. Przeł. Ernest Dyczek
i Marek Feliks Nowak, Fundacja na Rzecz Kultury
i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, 140 stron,
w księgarniach od listopada 2012
„Komunikacja, która jest jednocześnie ruchem pod prąd, rozpaczliwie domaga się własnych reguł pisowni. Ale pisanie nie poddaje się regułom, tak samo jak natura. Jest wprawdzie rzeczą naturalną, że się myśli, ale mówi się za dużo. Za dużo się sobie po mowie obiecuje” – mówiła noblistka przy okazji odbierania nagrody im. Franza Kafki w 2005 roku (cytuję za „Moją sztuką protestu”, esejami Austriaczki wydanymi w tym roku). „koniec” to poetycki zapis wściekłości i wrzasku młodej Jelinek, którą rok po wydaniu debiutanckiego tomiku dotknęły zaburzenia lękowe tak silne, że przestała wychodzić z domu. Można jej wiersze rozpatrywać w kategoriach symptomów nadchodzącego szaleństwa, można też poszukiwać, chociaż raczej ze świecą, wątków, które zostaną rozwinięte w powieściach. Można też czytać ot tak, jak się czyta wiersze jednej czy drugiej poetki sprzed półwiecza, lecz to raczej byle jaka przyjemność.

Wiersze Jelinek to dzieci z luźnego związku z Wiener Gruppe, ale też fantasmagoryczne sieroty po Celanie. Z jednej strony mamy więc silne wpływy surrealizmu i dadaizmu (wystarczy na chybił-trafił otwierać ten zbiór, by trafić na frazy takie jak: „wiatr ma ciemne podeszwy”, „czas kapie ciastowato” etc., ale trudno spodziewać się słodkości po autorce, która w dzieciństwie wyobrażała sobie, jak związuje zwierzęta, a potem wolno wyrywa im kończyny, zastanawiając się, jak zadać im jeszcze większe cierpienie), z drugiej – celanowską niemożność wysłowienia i przywiązanie do ekwilibrystycznej nieraz metafory (na metaforach dopełniaczowych oparte są nieraz całe wiersze, ale cóż – prawda czasu, prawda papieru); Jelinek dodatkowo, podobnie jak żydowski poeta (ten bardziej synchronicznie), krąży między frazą rozlewną jak delta Dunaju, a zapisem zredukowanym, w którym tematyzuje się słowo, a wiersz staje się stenogramem. Stenogramem z posiedzenia nieokrzesanej wyobraźni i językowej dezynwoltury Jelinek, które obfituje owocami dojrzałymi i pożywnymi jak zakończenie wiersza „oczekiwanie”: 

wokół mnie
zrobiło się ciemno
od świetlnych reklam
i makijażu...
błagalnie
wznoszą się moje dłonie 

Aż chce się wiedzieć, co się działo w poprzednim odcinku. Ale ten mariaż daje też owoce co najmniej niedojrzałe, jeśli nie robaczywe – proszę rzucić okiem na początek wiersza „pod toporem poranka”:

pod toporem
poranka
moje otwarte usta moje
szeroko rozwarte złaknione
jabłek
słońca
lemoniadowych jabłek 

I tak dalej w podobnym stylu sprzedawcy-ogrodnika z OBI. Konfesja Jelinek jakoś nie chce się złapać za ręce z surrealistycznymi obrazami i wspólnie hasać po łonie poezji. Nie udaje się przede wszystkim dlatego, że wierszom noblistki brakuje ironii. Jest groteska, która będzie kluczowa w takich powieściach jak „Amatorki”, ale odczuwalny brak dystansu (który będzie ratował dziwaczne, acz niesamowite „jesteśmy przynętą kochanie!” z 1970 roku) sprawia, że wiele wierszy staje się skrzyżowaniem płonącej żyrafy ze sztambuszkiem nastolatki. Nie przypadkiem pojawia się tutaj żyrafa, jest ona bowiem elementem jednego z bardziej udanych wierszy, który bez przeszkód idzie odczytywać ironicznie – fragment „wydarzenia” zaczyna się od słów, jakie mogłyby sobie powtarzać bohaterki „Amatorek”:

miłość to wielkie szczęście.

niewiele się dzieje
aż tu nagle 

żyrafa stoi….!

Ta komunikacja niby znajduje swoje reguły (brak wielkich liter, z interpunkcji zostają tylko nadużywane wielokropki), ale wiele po sobie nie obiecuje. Jelinek delikatnie uderza w burżujów, księży, w jednym z najlepszych wierszy, tytułowym „ende” wbija szpileczkę ojcu, nazywając go „obcym mężczyzną”, ale w żadnym wierszu nie idzie na całość. Prędzej zaserwuje nam wierszyk o Rimbaudzie, elegancko inspirowany jego „Śpiącym w kotlinie”, niż zasłuży sobie od razu na miano skandalistki. Jelinek jest „inaczej odjechana”, bo nie w głowie i nie w wierszu jej urocze austriackie krajobrazy i Tort Sachera na talerzyku. Ją interesują już „zakazane czyny dwóch chłopców / wśród zapachu czarnodrzewia” czy „ciemna kobieta w połogu”, która jest „wzdętym grobem / i abażurem dla twych gorących skorup”. Wyłącznie w sprzężeniach i bezlitosnych obserwacjach kryje się ulotne i nieoczywiste piękno wierszy Jelinek. Natura jest jej bliższa niż kultura, autorka żyje jej rytmem, który wyznaczają „letnie popołudnia” i „jesienne wieczory”; dzień rozpoczyna się „pod toporem poranka”, by zakończyć się „jesiennej nocy” (to tytuły wierszy). Natura nie poddaje się regułom – ona sama je narzuca.

Chociaż w pierwszym wierszu tomiku o wielce wymownym tytule „pogarda” czytamy: „jestem tu by wszystkie białe brzuchy / rozdrapać”, aby sto stron dalej dowiedzieć się, że „gdziekolwiek wrzasnę / wszystko co błyszczy / zadudni..”, to jednak nie bez kozery Nagrodę Nobla dostała za „demaskowanie absurdalności stereotypów społecznych w powieściach i dramatach”. Powieściach i dramatach. W wierszach drapie się po naskórku i włosach, dopiero w powieściach i dramatach będzie drapać do krwi.   


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.