Całe życie z freakami
Tekla, fot. Joanna Gontkiewicz

27 minut czytania

/ Muzyka

Całe życie z freakami

Rozmowa z Małgorzatą „Teklą” Tekiel

Małgorzata „Tekla” Tekiel jest światowym fenomenem. Od 30 lat nieprzerwanie gra na basie na scenie alternatywnej i rozwinęła w tym czasie swój własny niepowtarzalny styl. Świetlicki, Maleńczuk, Nika, Deriglasoff, Brylewski czy Robert Sadowski – współpracowała z nimi wszystkimi

Jeszcze 7 minut czytania

RAFAŁ KSIĘŻYK: Zaczęłaś grać w zespole Będzie Dobrze w 1989 roku. Dziewczyna z basem to było wtedy w Polsce zjawisko wyjątkowe. Pomagało ci to czy było utrudnieniem?
MAŁGORZATA „TEKLA” TEKIEL:
Nie dostawałam żadnych forów, raczej musiałam udowadniać, że potrafię grać. Wtedy nie było dziewczyn na polskiej rockowej scenie i trochę było mi ciężko, bo nie miałam żadnego punktu odniesienia. Była Nika z Post Regimentu, ale z mikrofonem, nie z instrumentem. Trafiłam w bardzo męskie środowisko. Faceci w busach, na scenach, w garderobach. Nieco później spotkałam basistkę w Rivendell, a pod koniec lat 90. Ewę w zespole PRL i Oczi Cziorne. Sama musiałam odnajdywać w sobie siłę, trzeba było wydeptać własną ścieżkę. Z dzisiejszego punktu widzenia mogę powiedzieć, że to mnie zahartowało, wykuło charakter. Już w wieku 17 lat wiedziałam, że chcę grać. Myślę, że to jest szczęście: wcześnie wiedzieć, co chcę w życiu robić. W 1991 roku zdałam maturę, miałam zespół, chodziłam na próby, nie myślałam o studiach. Postawiłam wszystko na jedną kartę.

W tym męskim towarzystwie dużo było seksizmu?
Słyszałam teksty w rodzaju: „Baba, pewnie grać nie potrafi, tła jakieś robi”, „Fajnie pomykasz na tym basiku, ja też gram od roku” albo „Ty jednak umiesz”. Teraz mi się to prawie nie zdarza. Jest raczej odwrotnie, bywa, że chłopcy pytają o to, jak robi się takie brzmienie jak moje. W dzisiejszych czasach grających kobiet jest dużo, dziewczyny mają odwagę, wychodzą ze swoich kulturowych kostiumów, na szczęście. Zmienia się społeczne spojrzenie na rolę kobiet, zmiana dotyka także sceny. Nie dzieje się to jednak z automatu, tylko jest efektem feministycznej walki. Powstało wiele inicjatyw skierowanych do kobiet. Jako instruktorka basu prowadziłam kilka edycji warsztatów rockowych dla kobiet „Lucciola Ladies Rock Camp”. To dzieło Ewy Langer. Dziewczyny, jeśli chcecie zacząć grać, te warsztaty są dla was!

Bas to był twój pierwszy wybór?
Najpierw grałam na gitarze. Kręcił mnie Hendrix, King Crimson, chłopcy z zespołu woleli Metallicę. Bas pojawił się właściwie przypadkiem, gdy zakładaliśmy Będzie Dobrze, był już gitarzysta, Maciek Flank. W związku z tym wzięłam do ręki gitarę basową i tak już zostało. Teraz nie zamieniłabym basu na nic innego. Wypracowałam sobie taki styl, który jest połączeniem myślenia basowego i gitarowego, akordowego, z przesterami i z całą masą efektów.


Teraz potrafisz operować brzmieniami, które wykraczają daleko poza utarte możliwości instrumentu, co słychać na płycie „Janerka na basy i głosy”.
Chciałam poszerzać brzmienia, żeby mieć więcej możliwości, więcej środków wyrazu. W pewnym momencie sam bas z piecem już mi nie wystarczał, najpierw kupiłam wah-wah, potem przester, teraz mam rozbudowany pedalboard. W Pochwalonych rozdzielam sygnał, z jednego głośnika słychać czysty dźwięk, z drugiego przetworzony przez efekty. Daje to wrażenie, jakby grały dwa instrumenty. Coś podobnego zobaczyłam u basisty duetu Royal Blood, zaczęłam to rozkminiać i zbudowałam własny, autorski system. Na płycie „Janerka na basy i głosy” jest mnóstwo analogowych efektów. Jak wiadomo, to płyta zagrana tylko i wyłącznie na gitarach basowych, efekty dały więc możliwość uzyskania wielu barw, przez co jest bardziej malarsko, różnorodnie, oryginalnie, ciekawiej.

Małgorzata „Tekla” Tekiel

Kompozytorka, aranżerka, basistka, autorka muzyki teatralnej i filmowej. Grała w zespołach: Będzie Dobrze, Püdelsi, 52UM, Soomood, Karpaty Magiczne, Deuter, Tajny, Pochwalone, Janerka na Basy i Głosy. Współpracowała m.in. z Maciejem Maleńczukiem, Marcinem Świetlickim, Robertem Brylewskim, Robertem Sadowskim, Niką i poetką Barbarą Klicką.

Zapamiętałem wywiad, który robiłem z Będzie Dobrze w 1994 albo 1995 roku, cały zespół był kompletnie ujarany, na wesoło, a ty opowiadałaś o swojej babci. Babcia była ważną osobą w twoim życiu?
Fakt, sporo wtedy paliliśmy. Babcia była najważniejszą osobą w moim życiu, dziadkowie mnie wychowali. I bardzo mnie ukształtowali. Miałam to szczęście, że dostałam dużo miłości, to wyposażenie na całe życie. Kupiła mi też pierwszy bas. Babcia była bardzo nietypową kobietą. Po wojnie miała aptekę w Ząbkowicach Śląskich, po upaństwowieniu już tylko ją prowadziła. Oczywiście to były jeszcze takie czasy, w których kobiece role były bardzo mocno sformatowane, musiała być dobrą żoną, matką, gospodynią, ale nie przepadała za prowadzeniem domu, ciągle przypalała dziadkowi obiad. Miała artystyczną duszę, znała trzy języki, cytowała z pamięci Mickiewicza i Słowackiego, który był jej ukochanym poetą. Prowadziła dom otwarty. Miałam wielki luz, czasem z dzieciakami z klasy wagary spędzaliśmy u mnie w domu. Babcia częstowała gości bułkami, herbatą, czasami mówiła wiersze z pamięci, wszyscy bili jej brawo. Było super. Sławek Gołaszewski przyjechał do Ząbkowic, bo zakochał się w muzyce Będzie Dobrze. Mieszkał u mnie przez tydzień i świetnie się z babcią dogadywali. Robiła mu sałatki przy dźwiękach Black Uhuru.

Ząbkowice Śląskie nie istniały na muzycznej mapie, a Będzie Dobrze szybko weszło w ogólnopolski obieg. Jak wam się to udało?
Ząbkowice Śląskie miały wtedy ze 20 tysięcy mieszkańców, teraz pewnie mieszka tam o wiele mniej ludzi. W liceum na korytarzu zgadałam się z perkusistą Bodkiem, okazało się, że oboje lubimy Maanam i gramy na instrumentach, więc założyliśmy swój pierwszy zespół. Graliśmy u niego na strychu, potem weszliśmy na próby do domu kultury, gdzie grali starsi koledzy ze środowiska Sierra Manty. Towarzystwo się wymieszało, powstało Będzie Dobrze. Zaczynaliśmy od reggae. Reggae pokochałam natychmiast, ten puls do dziś jest mi bliski. Potem pojawił się hardcore, namiętnie słuchaliśmy Bad Brains i to przełożyło się na styl drugiej płyty, „Open Your Mind”. Dużo pracowaliśmy, byliśmy konsekwentni, codziennie graliśmy próby, po 4–5 godzin. Pomógł nam Robert Brylewski.

Pierwszy koncert w Warszawie graliśmy na jednodniowym festiwalu reggae w Ośrodku Kultury Ochoty. Po koncercie znalazłam na wzmacniaczu kartkę od Bryla, napisał, że super gramy, że fajna z nas ekipa, zaprosił nas na sesję nagraniową do Złotej Skały. Zadzwoniłam i umówiliśmy się na nagrania. Potem Izrael zaprosił nas na wspólny koncert do klubu Fugazi, było to dla nas poważne wydarzenie. Fugazi było najlepszym klubem w tym czasie w Polsce, tam widzieliśmy jam session z Robertem Sadowskim na gitarze, Armię w najlepszym składzie z czasów „Legendy”. W 1992 roku, u Brylewskiego, nagraliśmy pierwszy materiał, „Human Energy”. Mieliśmy już płytę, machina ruszyła.

Początek lat dziewięćdziesiątych wspominam jako złotą epokę polskiej muzyki. Zespół Będzie Dobrze był alternatywny, a mimo to każdy klub, do którego przyjeżdżaliśmy, pękał w szwach. Potrafiliśmy być w trasie 30 dni bez przerwy. Sporo jeździliśmy po domach kultury, ale już działały kluby pozakładane przez ludzi na fali transformacji. Grało się za zwroty kosztów, jedzenie i spanie, czasem za większe pieniądze. Wciąż byliśmy dziećmi, na utrzymaniu w rodzinnych domach.

Brzmi to tak, jakbyś na samym starcie dostała dużo dobrej energii z otoczenia.
Jestem beneficjentką, ale i ofiarą tamtej epoki. Nam się wydawało, że jest możliwy taki sposób na życie: mamy zespół, który gra swoją muzykę, nagrywa płyty, cały czas jest w trasie. Nikt z nas nie pokończył szkół, nie ubezpieczył sobie drugiej nogi. Widzieliśmy muzyków starszych o dekadę, ekipę warszawską, Brylu, Sadek byli w świetnych formach, grali świetnie, wyglądali świetnie. Houk właśnie wrócił z MIDEM. Potem Sadek wraz z Bogdanem Kondrackim, Wojtkiem Szymańskim i Maćkiem Miechowiczem stworzył Kobong, moim zdaniem najlepszy polski zespół, top światowy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły mi, że z grania będzie można się utrzymać. Koniec lat dziewięćdziesiątych zweryfikował to wszystko na niekorzyść. A pierwszą poważną lekcję dostałam przy rozpadzie Będzie Dobrze.

Tekla, Jarocin 1993Tekla, Jarocin 1993

To było wtedy, kiedy Maciek Flank założył chrześcijański zespół Nowe Jeruzalem?
Tak. To był dla mnie bardzo trudny moment, ale myślę, że podjęłam dobrą decyzję. Maciek najwidoczniej potrzebował nowej drogi. Pewnego dnia, w 1997 roku, powiedział mi: „Małgosia, nie mogę już grać w Będzie Dobrze, bo się nawróciłem, chcę śpiewać o Jezusie”. Zraniło mnie to bardzo, ponieważ byliśmy dwa lata po rozpoczęciu pracy nad trzecią płytą i materiał był gotowy. Trzeba było tylko wejść do studia. W dodatku skomponowaliśmy muzykę, która nie kojarzyła się z Bad Brains. Dojrzeliśmy, razem i osobno wypracowaliśmy swój własny styl. Mogliśmy zamknąć ten etap, nagrać płytę i dopiero wtedy się rozejść. I te dwa lata, kiedy codziennie chodziliśmy do sali prób jak do pracy, poszły w niebyt. Maciek postanowił, że założy zespół Nowe Jeruzalem, w którym będzie grał reggae i zaśpiewa o Bogu, zaproponował mi granie. Odmówiłam, bo nie identyfikowałam się z takim przekazem. Perkusista Bodek wszedł do Nowego Jeruzalem, ja zostałam sama. Nie wiedziałam, co mam dalej robić. Nie miałam gdzie się zahaczyć. Chciałam grać z Robertem Sadowskim, ale wtedy jeszcze nie mogłam przenieść się do Warszawy. Poszłam na zaoczne studia do Wrocławia, na prawo. Ale rok później grałam już w Püdelsach, więc jak wsiadłam do busa i pojechałam w trasę, nie wróciłam na studia, bo terminy zjazdów pokrywały się z koncertami.

Jak trafiłaś do Püdelsów?
Tekla w PüdelsachTekla w Püdelsach, po lewej Olaf Deriglasoff, fot. dzięki uprzejmości artystkiLatem 1998 roku Homo Twist grał koncert w Dzierżoniowie, poznałam wtedy Maćka Maleńczuka i świetnie nam się gadało. Umówiliśmy się na zrobienie nowego bandu. Będzie Dobrze już nie grało, dużo ćwiczyłam w domu, miałam mnóstwo riffów, utworów zrobionych na sam bas. Nagrywałam je na kasety, jeszcze nie było komputerów. Maleńczuk dał mi numer telefonu, umówiliśmy się, że zadzwonię i się konkretnie umówimy. Przez parę tygodni nosiłam się z myślą: „Zadzwonić czy nie?”. W końcu zadzwoniłam, ale Homo Twist był właśnie w trasie po Stanach. We wrześniu zadzwonił Maciek: „Grasz w Püdelsach, Olaf Deriglasoff przerzucił się na gitarę, potrzebujemy basisty”. I za trzy dni byłam w Krakowie.

Pamiętam pierwszy dzień: po południu wylądowałam na dworcu, Maciek i Püdel wyszli po mnie. Poszliśmy do Maleńczuka, od razu chcieli mnie przesłuchać. Tam siedział Kwasek, sączył szóstą tatrę mocną, wszędzie krążyła faja. Puszczali szkice nowych utworów, podłączyłam bas i jazda. Potem wzięli mnie do Jaszczurów. Nabijali faję za fają, wtedy palić można było wszędzie, przynosili krupniki na gorąco i opowiadali o tym, że ostatnio wywalili kierowcę, bo za mało palił. Po ósmej fai i piątym krupniku usłyszałam, że jestem odważna. Potem poszłam do krakowskiego mieszkania, które użyczył mi kolega, włączyłam Coltrane’a i nie miałam pojęcia, czy następnego dnia nie będę w te pędy wracać do Ząbkowic. Dzień później była próba, powiedzieli mi, że Piotr Marek by mnie pokochał. Nagrałam z nimi „Psychopop” i natychmiast pojechaliśmy w trasę. To już nie były trasy trzydziestodniowe, ale koncerty były często, dobrze płatne. Znów byłam przekonana o tym, że da się z tego żyć. Zaczęłam wtedy pomieszkiwać w Krakowie. Po próbach chodziliśmy do klubów, zaczęłam poznawać tamtejszą scenę, w Jemiole, w Mieście Krakoff non stop przesiadywali muzycy. Na stałe do Krakowa przeniosłam się dopiero w 2001 roku. To był czas, kiedy chodziło się do Pięknego Psa, do Alchemii, przecierały się nowe kontakty.

Tekla w trasie

Morświn (Tekla, Świetlicki, Igor Pudło, Paulina Owczarek):

4 grudnia – Kraków, Piękny Pies 
5 grudnia – Łódź, Dom Literatury 
6 grudnia – Warszawa, Łysy Pingwin

Pochwalone:
12 grudnia – Wrocław, Stary Klasztor

Püdelsi to ostra załoga, z dozą cynizmu i zadzieraniem nosa. Jak sobie z nimi radziłaś?
Gdy jechałam do Krakowa byłam trochę przestraszona, miałam 26 lat, wciąż mieszkałam w Ząbkowicach, a to byli goście starsi o dekadę, z doświadczeniami typu dzieci, rozwody, heroina. To nie byli bracia z Będzie Dobrze, ale mężczyźni w sensie nawet trochę maczystowskim. Ale polubiliśmy się. Najlepszy kontakt złapałam od razu z Olafem i z Maćkiem, chociaż polubiłam wszystkich. W przekazie Püdelsów liczył się inteligentny, absurdalny humor i czuć to było w naszym wesołym busie. W tym zespole czytało się książki, rozmawiało o nich, to była nowość. Dobrze wspominam te trzy rokendrolowe lata. To też był czas, w którym chciałam uczyć się jazzu, ale nie miałam szkoły, teoretycznych podstaw. Maciek jest zapalonym fanem jazzu, pamiętam, jak go zapytałam, na czym polega granie walkingu. Odpowiedział, że basiści latają po gryfie, bo cały czas szukają właściwego dźwięku. 

Grałaś później w zespole Maleńczuka.
Nagrałam z Maćkiem płytę „Ande La More”, jeździliśmy na koncerty, w kwartecie i w trio, ale nie był to poziom finansowy, który by go interesował. Pamiętam Maćka jako fajnego chłopaka. Zmienił się, gdy zaczął robić karierę w jury „Idola”. Mam przed oczami ten moment, kiedy mi to powiedział, „Wiesz, przyjąłem propozycję z «Idola»”, a ja spuściłam głowę. I on na to: „Jesteś jedyną osobą, która tak reaguje. Wszyscy mówią «Zajebiście!»”. Nie oceniam go, ale dziwię się, że facetowi po czterdziestce tak sodówka mogła uderzyć do głowy. Drogi nam się rozeszły, Püdelsi zebrali się już w innym składzie.

A na przełomie wieków rynek grania na żywo naprawdę się załamał. Ten czas wspominam jako swój najgorszy okres.

Co takiego się zmieniło?
Masowo wchodził internet, a wcześniej, żeby zobaczyć zespół, trzeba było wyjść z domu. W klubach zaczęli rządzić didżeje, po co organizator miał ściągać zespół z busem, nagłośnieniem, akustykiem, skoro jeden didżej załatwiał całą imprezę? Didżeje robili dużo ciekawych rzeczy, nasza robota nie była już tak oczywista, skurczył się rynek grania zespołowego. Miałam lat 30, za sobą dekadę poświęconą na próby, koncerty i wrażenie, że nic tą pracą nie zyskałam. Myślałam: „Granie to moje widzimisię. Nikt już tego nie chce”. Kiedyś zaprosił mnie pewien krakowski didżej: „Ja będę grał z płyt, a ty do tego dograsz groove’y albo sola”. Zaproponował niezłe stawki. Super. Ale jak o szóstej rano wychodziłam z takiej imprezy, to byłam kompletnie przeczołgana. Tygodniowa trasa mniej mnie męczyła niż jedna noc w klubie didżejskim. Musiałam grać wyłącznie w cis, bo didżej wszystko miał w jednej tonacji, oczywiście mogłam ją rozbrajać, grać swoje harmonie, ale trudno to robić przez kilka godzin. Nie była to robota dla mnie.

W tamtym czasie zagrałaś w końcu w zespole z Robertem Sadowskim.
Będzie Dobrze często grało wspólne koncerty z Kobongiem. Mieszaliśmy składy i jako King Kong Band Session graliśmy jamy, które potrafiły trwać godzinami. Potem Robert zaczął grać z Pati Yang, która po sukcesie płyty „Jaszczurka” zaprosiła do współpracy jego zespół Robot. Robot to była najmocniejsza ekipa, jaką poznałam, Młody i Fala grali na dwóch zestawach perkusyjnych i bardzo rozrabiali. Ewa Jabłońska grała na skrzypcach, Staszek na basie, Robert na gitarze. Krąży anegdota, że na jednym koncercie Fala wyszedł zza bębnów i dyrygował zespołem, myśląc, że cały czas gra. Robot to był statek kosmiczny, loty tak poważne, że musiał szybko się rozsypać. Pati wyjechała do Londynu, ale w 1999 roku wróciła i chciała montować z Sadkiem nowy skład. Wtedy Robert do mnie zadzwonił. Mieszkałam chwilę z Pati w Warszawie, na Starówce, przy samym rynku, graliśmy w kwartecie z Robertem i Falą, próby odbywały się prawie codziennie. Nagraliśmy dwa utwory do filmu Trelińskiego „Egoiści”. Robert zaczął znikać i Pati miała dość. Potem, w 2005 roku, kiedy Pati wydała płytę „Silent Treatment”, przyjechała do Polski, chciała tu pokazać ten materiał. Zadzwoniła do mnie, pomogłam jej zmontować skład. Zaprosiłam kolejną generację muzyków z Ząbkowic, Cibla i Kubka, chłopaków dziesięć lat ode mnie młodszych. Zagraliśmy kilka koncertów, support przed Depeche Mode i Opole „Superjedynki”. Z tymi chłopakami, z Lalą i z wokalistką Rasm Al-Mashan, pół Polką, pół Jemenką, założyliśmy Soomood. To był ostatni zespół, o którym myślałam, że z tego będzie można żyć na przyzwoitym poziomie. Bardzo lubię płytę „Soomood”, którą wydaliśmy w 2007 roku. Byliśmy na trasach w Czechach, na Węgrzech, zjeździliśmy mnóstwo klubów, ale po dwóch latach zespół się rozszedł.


Wiedziałam już, że muszę swoje życie przemeblować, żeby znaleźć pracę. Wyjechałam do Londynu, ale trafiłam na czas kryzysu ekonomicznego, szybko wróciłam. W 2010 roku poszłam do pracy i do dziś normalnie chodzę do biura. Ale równocześnie otworzyła się nowa ścieżka, robię coraz więcej muzyki teatralnej.

Jaką muzykę komponujesz dla teatru?
Dostaję teksty, do których komponuję piosenki, linie wokalne, nagrywam je w swoim studio. Oddaję gotowe, zmasterowane płyty. Podczas spektakli aktorki i aktorzy śpiewają do podkładów. Przeważnie pracuję z dwojgiem reżyserów, Katarzyną Deszcz i Andrzejem Sadowskim, którzy robią spektakle w Cieszynie, Częstochowie, Krakowie i Radomiu. W tym roku skomponowałam nowe utwory do „Akademii Pana Kleksa”, co było o tyle trudne, że musiałam zmierzyć się z Korzyńskim, którego piosenki pamiętam z dzieciństwa, wrosły we mnie. W większości wszystkie partie instrumentalne nagrywam sama, a gdy potrzebuję porządnego sola na pianinie czy saksofonie, zapraszam znajomych muzyków. Także z Pawłem Demirskim mamy plany na przyszły rok, zrobimy razem spektakl, mam nadzieję, że niejeden.


Zaznaczyłaś się też silnie, grając razem z Niką w Pochwalonych. Odkąd tworzycie trio, to jest powrót do tradycji sceny hardcore.
My z Niką jesteśmy jak siostry. Poznałyśmy się na początku lat dziewięćdziesiątych, Będzie Dobrze i Post Regiment grały razem koncerty, dobrze się rozumiemy, nie musimy sobie wiele tłumaczyć. Zaprosiła mnie do współpracy, kiedy z dziewczynami, z którymi grała w zespole Ruta, tworzyła Pochwalone. Ruta bazowała na tekstach ludowych, w Pochwalonych dziewczyny chciały do tego dołożyć współczesną poezję polską pisaną przez kobiety. Zaprosiły Basię Klicką jako ekspertkę od poezji. Ewa Chomicka była ekspertką od tekstów źródłowych, ludowych. Powstał duży zespół, 12 osób. Życie to zweryfikowało, dziewczyny odpadały, jedna po drugiej, aż zostałyśmy we trzy, z perkusistką Dominiką Korzeniecką. I rzeczywiście w tym składzie gra nam się najlepiej. Wokal, perkusja, bas. Mocno, głośno, szybko. Nie ma awantur, kwasów, fochów, przepadamy za sobą, dajemy sobie pełne wsparcie. Zjechałyśmy i wylatałyśmy razem tysiące kilometrów, przed nami z dziesięć razy tyle. Mam nadzieję, że za dwadzieścia lat staniemy na scenie całkiem siwe i damy czadu. Nie sądzę jednak, że gramy hardcore’a. W naszej muzyce jest wiele stylów, jest punk, elementy jazzu, Primusowy funk. Wydałyśmy w trio płytę koncertową, w przyszłym roku będziemy pracować nad studyjną.

Chciałabym też zrobić płytę polityczną, ale nie nagłówkową, tylko taką o szerszych kontekstach społeczno-politycznych, np. z tekstami Świetlickiego czy Biedrzyckiego. Jest we mnie niezgoda i bunt, muszę dać temu upust. Boli mnie to, co dzieje się w Polsce i na świecie. Obserwujemy rozmontowywanie demokracji, zmiany w kierunku półautorytarnym, populizm, rujnowanie kultury, brak reakcji na zmiany klimatu, otwartą wrogość do wszystkich „innych”, nacjonalizm. Zaszły ogromne zmiany w języku debaty publicznej, nie pamiętam, żeby wcześniej wylewało się tyle pogardy. Myślę, że sporą rolę odgrywa tu Kościół katolicki, niestety. Bardzo się tym przejmuję, uważam się za patriotkę.

Pochwalone: Tekla i Nika,Pochwalone: Tekla i Nika, fot. Łukasz Kowalczuk

Wspomniałaś Świetlickiego. Dużo pracujesz z poetami.
Rzeczywiście. Lubię się z poetami. Moją najbliższą przyjaciółką jest poetka i prozaiczka Basia Klicka, którą poznałam w Pochwalonych. Mamy podobne wrażliwości, poczucie humoru, myślenie o świecie. A jak któraś z nas wygra miliony w totolotka, z całą pewnością ufunduje drugiej dożywotnią rentę i chatkę w Beskidzie Niskim. Z milionami czy bez, zawsze zaprosimy się na święta. W 2014 roku założyłyśmy zespół Tajny, teksty napisali Basia i Jacek Dehnel. Płytę wydaliśmy w listopadzie 2015. Wcześniej grywałyśmy do wierszy Basi z tomu „Same Same”, w duecie i w trio z Pauliną Owczarek, saksofonistką barytonową. Miałyśmy też zespół Szczypta, z poetą Miłoszem Biedrzyckim, nagraliśmy jedną piosenkę, po rumuńsku. Jesteśmy redakcją własnego periodyku „Piórem i Basem”, a ostatnio założyłyśmy zespół Dwie Pensje, wszystko jeszcze przed nami.

A Świetlicki? Kocham tego faceta, to mój braciszek. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się podczas pracy nad płytą „Janerka na basy i głosy”. Marcin dużo mi pomógł energetycznie, był zaangażowany, zainteresowany, miał pomysły. Komunikat dla niedowiarków: feministka może przyjaźnić się z Marcinem Świetlickim! Oprócz tego, że się lubimy, mamy podobny gust, podejście i dobrze się nam razem pracuje, to jest jeszcze coś, co trudno mi nazwać. Jakiś wspólny mianownik, coś nieuchwytnego, taka „bliskomroczność”. Co nie znaczy, że jesteśmy posępni! Przypuszczam, że dopóki się nie znudzimy i póki sił nam wystarczy, będziemy razem grać.

Tekla i ŚwietlickiTekla i Świetlicki, fot. Joanna Gontkiewicz

W książce „Nieprzysiadalność” Świetlicki zapowiadał, że stworzycie zespół grający bluesa z krakowskiej delty Dietla.
Delta Tekla? Tak. Uwielbiam z Marcinem zakładać zespoły. Myślę, że założyliśmy ich przynajmniej ze 30, z czego koncert zagrały trzy, może cztery. To świetna zabawa! Zanim poznałam tę zabawę, zakładałam zespoły na poważnie, dlatego po naszej pierwszej rozmowie o nowym składzie dość mocno się wkurzyłam. Był rok 2002, poznałam się z Marcinem w Pięknym Psie, jeszcze na ulicy św. Jana. Pewnego razu mówi mi: „Załóżmy zespół”. „Dobra!”, odpowiadam. Omawiamy styl, umawiamy się na próbę, są plany! Nie przyszedł. Po mieście krąży anegdota, że jeden chłopak po wesołym wieczorze z Marcinem następnego dnia kupił sobie gitarę basową i nigdy na niej nie zagrał, no, na pewno nie w bandzie ze Świetlickim w składzie.


W 2010 roku, kiedy grałam w zespole Yoda, zaproponowałam Świetlikowi, żeby zaśpiewał trzy piosenki, i zrobił to świetnie, na freestyle’u. Materiał jest niewydany, bo zespół rozleciał się zaraz po nagraniach, ale na płycie Marcina „Zło, te przeboje” znalazł się nasz wspólny utwór z tej sesji pt. „Księżyc to Żyd”. Potem, pod różnymi nazwami i w różnych konfiguracjach, mieliśmy występy w klubach, księgarniach, w antykwariacie, w muzeum. Kiełkują nam pomysły na kilka różnych płyt. Teraz mamy zespół Morświn, z Pauliną Owczarek (saksofon barytonowy) i Igorem Pudło (elektronika).

MorświnMorświn, fot. Ola Kania

Muszę tu powiedzieć, że to jest kolejny skład, w którym gram z Pauliną. Z nią także założyłam kilka zespołów, a pierwszy, a jakże, w Pięknym Psie. Zagrałyśmy razem sporo koncertów: w duecie, z Tajnym, z Basią Klicką, Joasią Oparek, ze Świetlickim i z naszym nowym zespołem GT. W duecie grałyśmy też na pogrzebie Piotra Bikonta, i był to najtrudniejszy, pod względem emocjonalnym, występ, jaki pamiętam. Paulina wywodzi się z kręgu muzyki współczesnej, szeroko pojętej muzyki improwizowanej, intuicyjnej, performatywnej. Prowadzi Krakow Improvisers Orchestra. Od dawna się przyjaźnimy, a w przerwach między pracą w różnych składach jeździmy na nartach.


A kto wymyślił płytę „Janerka na basy i głosy”?
Pomysł powstał „tu i teraz”, bez kalkulacji. Pewnego czerwcowego wieczoru, w 2017 roku, basista Piotr Pawłowski przyjechał z Gdańska do Krakowa i zaproponował mi spotkanie. Znaliśmy się trochę ze scen, trochę z rozmów na Facebooku. Usiedliśmy w klubie Baza, mieliśmy sobie wiele do powiedzenia o świecie i muzyce, naturalnie pojawił się temat Lecha Janerki. Okazało się, że oboje jesteśmy szalikowcami Lecha, możemy cytować z pamięci teksty i melodie. A skoro tak, to czemu nie zaaranżować płyty na same basy? Potrzebowaliśmy jeszcze tylko głosów. Kilka nazwisk pojawiło się tego samego wieczoru, dwa dni potem napisałam maile. Powstała odważna, wyraźna wizja. I muszę powiedzieć, że od razu usłyszałam w głowie muzykę, w zarysach, w brzmieniach, jeszcze zamgloną, ale usłyszałam. Przeszliśmy do realizacji. Zaprosiliśmy ludzi, których twórczość i postawa są nam bliskie, których lubimy i szanujemy. Wiedzieliśmy, że kochają pana Lecha. Nika, Kasia Nosowska, Marcin i Pablopavo od razu wyrazili zgodę. Wojtek Waglewski i Jarek Szubrycht dołączyli później, z tego względu, że na początku zależało nam na parytecie, i już go mieliśmy. Złamał go Jarek. Latem 2018 roku poszłam z nim na koncert Pablopavo i Ludzików, nad Wisłę. Piękny koncert, piękny wieczór, opowieści na leżakach nad wodą. W pewnym momencie Szubrycht zaczął rwać włosy z głowy, nie mógł uwierzyć, że na liście utworów „Janerki na basy i głosy” nie ma „Ur”. Okazało się, że jest to nasza ulubiona płyta z repertuaru Lecha. Zaczął nucić mi tytułową pieśń i już było jasne, że nie ma odwrotu, że jest w bandzie. Płyta powstawała dwa lata, w sierpniu tego roku wydał ją Arek Marczyński w Antenie Krzyku.

Grałaś z wielu naprawdę ostrymi gośćmi. Czy ten ich pierwiastek szaleństwa nie ściągał na ciebie niebezpieczeństw?
Tekla i ŚwietlickiTekla i Świetlicki, fot. Michał StadnickiOczywiście, że ściągał, ale mam instynkt samozachowawczy. W muzyce szaleństwo mnie pociąga, całkowite oddanie się jej sprawia, że w moim odczuciu jest głębsza, bardziej emocjonalna, ciekawsza. Lubię szalonych ludzi. Kiedy już dokonywałam muzycznych wyborów, wybierałam osoby, które mnie interesowały pod względem intelektualnym i artystycznym. Ważne było, co kto gra, jak gra, co wyraża. Sadek był wariatem, jednak jego szaleństwo miało dwie strony medalu, zabiły go używki. Wiele się od niego nauczyłam, przede wszystkim kontrapunktu, dysharmonii, łamania rockowych zasad grania na cztery w tej samej harmonii. Wspólnym mianownikiem była dzikość. To był facet, który spalał się na scenie. Też się spalam. Jednak nie zawsze to wychodzi, bywa, że schodzę ze sceny z poczuciem, że występ nie był do końca udany. Sadek miał tak samo. Schodził ze sceny całkiem mokry. Myślę, że ta cecha jest wartością, ale bywa bardzo uciążliwa.

Kiedy zyskujesz poczucie, że się spaliłaś?
To się wie. Jakby to można było zobrazować? Masz poczucie, że bas jest częścią twojego ciała, przestaje być deską ze strunami, a energia, którą dajesz i odbierasz, rozchodzi się wszędzie, możesz latać, wchodzisz w trans. To może się nie udać, nawet jeśli robisz wszystkie te zabiegi potrzebne do tego, żeby się spalić – koncentracja, taniec, groove. Wtedy masz wrażenie, jakby istniała niewidzialna szyba, przez którą nie możesz się przebić. Ale są też koncerty, gdy czuję energię wszędzie, jestem jednością z instrumentem, ze współgrającymi, sceną i publicznością. I nie ma znaczenia, czy gram na siedząco z Marcinem, czy skaczę po scenie z Pochwalonymi.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)