Sukienka
Ewa Geworgian w czasie II etapu Konkursu Chopinowskiego, fot. W. Grzędziński / NIFC

16 minut czytania

/ Muzyka

Sukienka

Adam Wiedemann

Chopina oczywiście po jakimś czasie miałem już serdecznie dość, zwłaszcza Poloneza op. 22, który wybrała większość uczestników, i potem chodził mi po głowie, choć przecież go nie znoszę

Jeszcze 4 minuty czytania

Werdykt, jak to werdykt, wydaje się dziwaczny, niesłuszny, absurdalny i niesprawiedliwy, z czasem jednak się do niego przyzwyczajamy, gdyż jest faktem, którego nie da się odwrócić, ustalony zostaje nowy stan rzeczy i można z niego wyłącznie korzystać.

Nim jednak wysłuchaliśmy werdyktu, czas oczekiwania umilony nam został rozmową, była to nieskładna wymiana zdań po angielsku (bez tłumaczenia na polski, jak to w Polsce) między dwojgiem prowadzących a tuzinem finalistów. Prowadzący nie bardzo jakby wiedzieli, o co pytać, pytali więc o głupstwa typu ulubiony sport, rozrywka, finaliści zaś (których mieliśmy w ten sposób „lepiej poznać”) okazali się grupą młodych ludzi co prawda sympatycznych, ale niemających zgoła nic ciekawego do powiedzenia ani opowiedzenia, raczej z nikim z nich bym się nie zaprzyjaźnił. Gdy Alexander Gadjiew wspomniał, że lubi czytać, wywołało to małą konsternację, ale nie pociągnęło za sobą pytania, co ostatnio czytał ani też co czytają inni, jeśli w ogóle coś czytają. Wesołe anegdotki dotyczyły wyłącznie spóźniania się na samoloty oraz tego, że ktoś miał złamaną nogę (prawie wszyscy złamali sobie kiedyś nogę, a niektórzy też rękę). Jakub Kuszlik i Martín García García próbowali nieśmiało wprowadzić element autoironii, dowcipkować z sytuacji, w jakiej się znaleźli, lecz sytuacja przerosła ich. Kamil Pacholec okazał się nudnym sztywniakiem, na jakiego od początku wyglądał, a Leonora Armellini i Aimi Kobayashi – dwiema przyjaciółeczkami, wciąż szepczącymi sobie coś do uszka. Nie zapytano ich o poglądy estetyczne ani – tym bardziej – polityczne (co zrozumiałe, skoro w tle towarzyszyło im logo Ministra Kultury i Sportu), wszyscy ci – wybitni już przecież – muzycy zostali doszczętnie zinfantylizowani.

W artykule Adama Wiedemanna „Sukienka” znalazły się oceniające uczestników Konkursu Chopinowskiego sformułowania, które nie powinny się pojawić na łamach „Dwutygodnika”. Było to wynikiem błędu redaktorskiego, za który przepraszamy.

Wiele energii poświęcamy kształtowaniu niewykluczającego, merytorycznego języka debaty o kulturze współczesnej. W przyszłości jeszcze więcej uwagi będziemy przykładać do tego, aby teksty publikowane w „Dwutygodniku” stały pod tym względem na najwyższym poziomie.

Redakcja „Dwutygodnika”

 Przypomniał mi się poprzedni Konkurs sprzed sześciu lat, gdy po ogłoszeniu werdyktu ukazali się laureaci, wyglądający jak kilkoro wychudzonych dzieci, którym towarzyszył – dla wzmocnienia efektu – korpulentny Charles Richard Hamelin (taka już ustaliła się tradycja, że na tę uroczystość finaliści przychodzą w „cywilnych” ciuchach, co ich ewidentnie odmładza). W trakcie tegorocznego Konkursu prof. Hartman ogłosił felieton, w którym poruszył gromko temat „genialnych dzieci”, którym szkoła odbiera dzieciństwo, a dalsza kariera – życie osobiste, trochę jednak na wyrost, bo w tym roku dwoje siedemnastolatków, których zakwalifikowano do finału, nie otrzymało żadnych nagród, być może właśnie ze względu na wiek, jakby tym razem postanowiono „postawić na dojrzałość”, nie obniżać za bardzo tego pułapu, z którego można i wystartować, i wygrać.

Jeśli chodzi o werdykt, wątpliwości nie budzi chyba przede wszystkim Grand Prix, czyli Bruce Liu (lat 24), jest to istotnie chłopak tygrys, wręcz stworzony do wzięcia szturmem wszystkich światowych estrad, lecz sam dobór repertuaru w trakcie całego Konkursu świadczy o tym, że nie jest to muzyk „głęboki”, raczej potrafiący efektownie zaprezentować utwory „mniejszej wagi”. W I etapie zamienił wymagający Nokturn op. 55 nr 2 na znacznie prostszy op. 27 nr 1, jak również Balladę op. 38 na Scherzo op. 54 (które, jak wiadomo, pośród chopinowskich scherz jest rzeczywiście scherzem), i właśnie to Scherzo, zagrane z niesłychaną fantazją, tyleż chochlikowato, co brutalnie, niemal po ravelowsku (jeśli uznać, że „Scarbo” również jest scherzem), stało się jego „numerem popisowym”, po którym wszyscy poszaleli na jego punkcie. W etapie II zamienił z kolei Barkarolę na wspomnianą Balladę, poza tym zagrał zaś Poloneza op. 22 i Rondo à la Mazur, czyli rzeczy ewidentnie popisowe, w których oczywiście zaprezentował się doskonale, choć nie są to utwory, których chętnie bym słuchał. W etapie III strasznie napocił się nad Sonatą (w dziedzinie pocenia się mógłby z nim konkurować chyba tylko Szymon Nehring), po czym już spokojniutko i pięknie zabrał się za Wariacje op. 2, które mu z całą pewnością bardziej dogadzały. Koncert e-moll zaczął się dla niego pechowo, najpierw coś komuś spadło, robiąc wielki huk, potem on sam pomylił się już w pierwszej frazie swojej partii, zatem całą część pierwszą grał ze smutną miną i było mi go żal, choć jednak z dużym wdziękiem podkreślał wszystkie momenty wspaniałości, zawsze dodając coś od siebie, jakiś niespodziewany akcent w akompaniamencie, to jest jego specjalność. Tak naprawdę rozegrał się dopiero w Rondzie i to ono (jak sądzę) zapewniło mu zwycięstwo, bo rzeczywiście nie miało sobie równych, zarówno od wyrazowej, jak i popisowej strony. Teraz ciekawe, jak będzie dalej kształtował swój repertuar, oby nie został kolejnym „Wunderem”.

Bruce Liu, fot. W. Grzędziński / NIFCBruce (Xiaoyu) Liu, fot. W. Grzędziński / NIFC

Druga nagroda wzbudziła chyba najwięcej kontrowersji, gdyż dostali ją (ex aequo) dwaj intelektualiści, nie brani raczej pod uwagę w rankingach, choć mnie osobiście ta nagroda najzupełniej dogadza. Kyohei Sorita (lat 27) to osobnik tłustawy, dzięki czemu wydaje się doskonale „osadzony w klawiaturze”, jego gra jest bezwysiłkowa, płynna, lepsza we fragmentach cichszych, niewymagających histerycznej ekspresji (przez co bynajmniej nie stają się „osłabione”), chce zostać dyrygentem, więc o muzyce myśli całościowo, nie przez pryzmat samej tylko wirtuozerii. Po przepięknych Mazurkach op. 56 zagrał Sonatę b-moll absolutnie pozbawioną frenezji, co jednak miało swój wdzięk. W Koncercie też był solidny, bez jakichś fajerwerków, ale i bez potknięć. Ogólnie mówiąc, wierzę w niego i nie mam mu nic za złe. Gadjiew (lat 26) to z kolei chudy słoweński myśliciel, jakich znam wielu (ale z reguły są poetami), muzyka jest dla niego problemem i łamigłówką, podaje nam ją pełną intrygujących rozwiązań, choć niekoniecznie przyjemnie brzmiącą. Niewątpliwie najinteligentniejszy pośród laureatów, nie będzie z niego wielkiej gwiazdy, ale może taki pianista jak Rudolf Serkin, podziwiany, choć nie przez tłumy.

Aleksander Gadijew, fot. D. Golik / NIFCAleksander Gadjiew, fot. D. Golik / NIFC

Dużo tych nagrodzonych, a o każdym chciałbym powiedzieć dobre słowo. O Garcíi Garcíi (lat 24, III nagroda) nie powiem jednak nic dobrego, jest to właśnie taki ulubieniec publiczności, którego sztuka wykonawcza niepomiernie mnie nudzi, zdziwiony byłem, że dostał się do finału, a już fakt, że otrzymał nagrodę specjalną za wykonanie Koncertu, wydaje mi się jakimś bezeceństwem. To jest pianistyka, która porywa tzw. zwykłego słuchacza, gdyż jest porywająca z definicji i tylko porywająca. Ale może taki właśnie Chopin powinien być dzisiaj grany? Bałaganiarski, elokwentny, przesadnie ckliwy i nadmiernie patetyczny? Nie znajduję odpowiedzi w sobie, wolałbym go już nie usłyszeć.

Przejdźmy więc do nagrody czwartej, bo tutaj (znów ex aequo) dwa totalne przeciwieństwa, Jakub Kuszlik (lat 24) z Bochni, wyglądający jak abnegat, co przyszedł na ten Konkurs w czarnym T-shircie i pożyczonej przyciasnej marynarce o za długich rękawach, oraz Aimi Kobayashi (lat 27), osoba skrajnie neurotyczna, wciąż biorąca jakieś pigułki, modląca się do swojego wisiorka w kształcie nutki, występująca w roznegliżowanych, wystawnych kreacjach. On grał zupełnie zwyczajnie, trochę jak nasze egerie fortepianu, Czerny-Stefańska, Smendzianka czy Grychtołówna, być może to spodobało się komisji (ujął mnie zresztą swoją wypowiedzią, że nie zamierzał brać udziału w Konkursie, ale miał odpowiedni repertuar, więc spróbował). Ona – niebotycznie wyrafinowana, co nie sprawdziło się oczywiście w Mazurkach op. 30, ale w Preludiach op 28 już tak; w Koncercie e-moll zadysponowała zaś nader wolne tempo, co zaowocowało interpretacją zniuansowaną i pełną uroczych szczegółów w miejscach, które Kuszlik przelatywał jako zupełną oczywistość.

Aimi Kobayashi, fot. D. Golik / NIFCAimi Kobayashi, fot. D. Golik / NIFC

Piąta nagroda przypadła „nestorce” Konkursu, Leonorze Armellini (lat 29), która już w II etapie dała znakomity minirecital, jeden z najlepszych występów w całym Konkursie:

XVIII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, Warszawa, 2–23 października 2021XVIII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, Warszawa, 2–23 października 2021 Zaczęła nieco ironicznie od Sostenuto Es-dur – prostego walczyka dla dobrze urodzonych panien – po którym zabrzmiał walc co się zowie (op. 34 nr 1) i trudno było uwierzyć, że artystka gra na instrumencie Fazioli, tak mięsistym i bogatym operowała dźwiękiem. Następnie dwiema Balladami (As-dur i f-moll) po prostu zmiotła swoich poprzedników z powierzchni Ziemi (ale bez premedytacji – zwyczajnie górowała nad nimi doświadczeniem, wrażliwością i też niewymuszoną wspaniałością), by na koniec udowodnić, że jednak Poloneza op. 53 da się zagrać, nie będąc Rubinsteinem, tylko kobietą, Włoszką, a jednak nadać mu ten rys naturalnego dostojeństwa, nie tylko partykularnie polski, ale wszechświatowy.

Przepisuję ze swojego dzienniczka, bo tak mi się to podobało, jej Sonata b-moll zresztą też, a w Koncercie potrafiła uzyskać taką świetlistość brzmienia, że oceniam to wykonanie najwyżej, choć nie było w nim żadnej konkursowej popisowości. Tym, co mogło Komisję do niej zniechęcić, był więc chyba – paradoksalnie – profesjonalizm w sytuacji, gdy jakością oczekiwaną była jednak świeżość.

Nagrody dla Armellini i Kobayashi były zresztą „nagrodami pocieszenia”, obie te artystki wystąpiły już w poprzednich edycjach Konkursu i zaszły w nim wysoko, nie otrzymując jednak nagród. Takich „spadkowiczów” mieliśmy tego roku więcej i wszyscy odpadli na wcześniejszych etapach, czego się zresztą spodziewałem. Z różnych powodów: Georgijs Osokins zaprezentował się jako człowiek „zżerany ambicją”, zależało mu już tylko na zwycięstwie i odbijało się to na jego interpretacjach, obiektywnie ciekawych, lecz pełnych jak gdyby złości, a w każdym razie emocji negatywnych. To się czuło i widać jury to poczuło, nie przepuszczając go do III etapu. Zresztą czy człowiek nagrywający już płyty z Gidonem Kremerem potrzebuje koniecznie nagrody w Konkursie? Wydaje mi się, że niezbyt potrzebuje. W przypadku Szymona Nehringa była to raczej sytuacja upokorzenia przechodzeniem przez wszystkie te etapy, nie traktował ich zbyt poważnie na zasadzie „to przecież gram ja, Szymon Nehring”, w związku z czym jedne interpretacje wychodziły mu świetnie (Nokturn op. 55 nr 2 w pierwszym etapie!), a inne tak sobie czy też słabo. Widać było, jak się ogromnie męczy, zatem w końcu komisja dała mu wolne.

Co ciekawe zresztą, w Konkursie im. Rubinsteina (2017 rok) Nehring wygrał bezapelacyjnie z Bruce’em Liu (który otrzymał tylko wyróżnienie). Teraz role się odwróciły – i czy warto było do tego doprowadzać? Jeszcze inna sprawa z Nikołajem Chazjainowem, jest to – podobnie jak Armellini – pianista już dojrzały i przyjechał na Konkurs, by „dowieść własnej wielkości” (prof. Marcin Gmys już przed Konkursem obwołał go „następcą Sokołowa”, a to przecież coś znaczy), grał niezbyt efektownie, acz zawsze na najwyższym poziomie, nie przejmując się tym, iż jest to „rozgrywka”; w jego przypadku decyzja jury o nieprzepuszczeniu do finału wydaje mi się niemądra (powinien był dostać przynajmniej nagrodę specjalną za wykonanie sonaty), jednak zrozumiała na gruncie myśli: Konkurs to konkurs, trochę musimy się tu postarać zabłysnąć.

Bruce Liu przed koncertem finałowym, fot. D. Golik / NIFCLeonora Armellini i Jakub Kuszlik, fot. W. Grzędzińskigarderoba Ewy Geworgian przed koncertem, fot. W. Grzędziński / NIFCGeorgijs Osokins, fot. D. Golik / NIFC
fot. W. Grzędziński (NIFC) / D. Golik (NIFC)


Szósta nagroda dla uczestnika o nader dziwacznym nazwisku JJ Jun Li Bui (to ten jedyny nagrodzony siedemnastolatek) skłoniła mnie tylko do refleksji, że o ile powszechnie jest obserwowany napływ pianistów z Dalekiego Wschodu (przy pewnym niedoborze tych europejskich), o tyle nie zauważa się wzmożonej sympatii komisji dla „szkoły kanadyjskiej”: w poprzednim Konkursie nagrody otrzymali dwaj Kanadyjczycy (Hamelin i Yike Yang), w tym również dwaj (Bui był jednak znacznie słabszy od Yanga) – z czego wynika dziwny wniosek, że ostatnio Kanada stała się producentką nowych chopinistów, z wielką szkodą dla szkoły na przykład francuskiej i zwłaszcza rosyjskiej, którą w finale reprezentowali Hyuk Lee (lat 21; moim zdaniem nieciekawy, poza tym okropna fryzura) i Ewa Geworgian (ze swoimi włosami à la Anna Csillag i uśmiechem Krystyny Jandy wydawała się zdecydowaną faworytką Konkursu, zwłaszcza że jej gra była bardzo „dorosła”, ujawniała rozmaite chopinowskie tekstury przez większość pianistów zwykle „uładniane” – ona zaś decydowała się grać „brzydko” i miało to swój sens), jednak obojgu przypadły jedynie wyróżnienia. Jedyny w finale Chińczyk kształcący się w Chinach (Hao Rao, lat 17) rzeczywiście był dzieckiem, ale za to ubrał się najładniej na ogłoszenie werdyktu.

Ewa Geworgian, fot. W. Golik / NIFCEwa Geworgian, fot. W. Golik / NIFC

Jeśli chodzi o Polaków, było ich dużo i też dużo przeszło aż do III etapu, co może ze strony jury było pewnym eksperymentem, ja jednak nie podzielałem tej ciekawości, słuchanie ich występów było dla mnie męczące, nie tylko z powodu „szkolnych” interpretacji, ale też wskutek nieumiejętności wydobycia pięknego dźwięku – pod tym względem Polacy powinni się uczyć od Azjatów. Jedynym Polakiem, o którym wspomnę tu jako o „pokrzywdzonym”, był Piotr Alexewicz, pianista o wielkiej kulturze, niemniej z natury „klasyczny”, w związku z czym najlepiej wychodziły mu wczesne utwory Chopina (bez wątpienia wygrałby konkurs na najlepsze wykonanie Ronda à la Mazur), lecz w tych późniejszych jakby się gubił, a może właśnie nie gubił się, tylko się w nich nie zatracał. A grał Preludia, gdzie jednak pewne „zatracenie” jest postrzegane jako konieczne. Tym tłumaczę sobie jego nieobecność w finale, choć oczywiście posłuchałbym go chętniej niż Pacholca, o którym już swoje powiedziałem.

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o innych, którzy do finału nie przeszli, moją „cichą faworytką” była Yasuko Furumi, pianistka zaiste skromna (zawsze w tej samej szaromysiej sukience) i prezentująca „romantyzm cichy”, owe łzy padające w ukryciu, jej wykonania autentycznie mnie wzruszały, choć oczywiście słysząc po niej Geworgian, rozumiałem, że te same utwory zawierają Yasuko Furumi, fot. W. Grzędziński / NIFCYasuko Furumi, fot. W. Grzędziński / NIFCw sobie znacznie więcej różności, niż ona jest w stanie z nich wydobyć. A jednak jest mi jej szkoda, jej jest mi szkoda, szkoda mi jej. Gdyby wygrała, bym się cieszył.

I tu już zbliżamy się do końca tej skrótowej relacji, chyba jednak w poprzedniej edycji zdarzyło mi się nabrać większego entuzjazmu do Konkursu, wtedy siedzieliśmy wszyscy (jako krytycy) na balkonie, tworząc zgraną gromadkę, teraz wszystko uległo rozproszeniu, sam też za sprawą pandemii stałem się dziki, niechętny towarzyskości, wolałem słuchać tych występów w domu, z komputera, do chodzenia na przesłuchania zmuszałem się. Pamiętajmy też, że tamten Konkurs odbywał się we w miarę normalnych czasach, nie było jeszcze dylematu, czy pójść na koncert, czy na protest. Wszystko to wytrąca z równowagi, nie chce się ani tego, ani tego. Chopina oczywiście po jakimś czasie miałem już serdecznie dość, zwłaszcza Poloneza op. 22, który wybrała większość uczestników w charakterze poloneza, i potem chodził mi po głowie, choć przecież go nie znoszę. Czasami puszczałem sobie jego utwory w starych wykonaniach, Ferruccio Busoniego czy Marguerite Long (jej Barkarola jest jednak nieprześcigniona, choć tak zarazem ekscentryczna), wtedy zauważyłem, że Ewa Geworgian występuje w sukience, będącej kopią tej, w której widnieje Marguerite Long na swoim słynnym portrecie. Był to zaiste piękny gest i pewnie mało kto go zauważył.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)