Zwiąż mnie

12 minut czytania

/ Film

Zwiąż mnie

Klara Cykorz

„Nierozłącznym” brakuje energii: etycznej prowokacji widza, gry z oczekiwaniami, zmiany perspektyw. Chciałoby się, aby postaci mogły podpuszczać widownię tak, jak robią to między sobą

Jeszcze 3 minuty czytania

„Będzie bolało”, brytyjski serial, o którym pisałam rok temu, właśnie wygrał w telewizyjnych nagrodach BAFTA w trzech kategoriach – scenariusz, montaż i casting. I słusznie: to jedna z lepszych rzeczy, które przewinęły się przez brytyjskie (i polskie) małe ekrany w zeszłym roku. Ale docenienie serialu ma też (i dobrze) wymiar polityczny: to w końcu wyprodukowany przez publiczną telewizję serial o drenowaniu publicznej opieki zdrowotnej z perspektywy pracowników oddziału ginekologiczno-położniczego; lekarzach, pielęgniarkach i położnych zaharowujących się (czasem dosłownie) na śmierć. To wszystko w rozpoznawalnym dla wyspiarskiej telewizji sznycie, na granicy szorstkiego realizmu i czarnej komedii.

Przepraszam, że się powtarzam, ale nie mogłam nie myśleć o „Będzie bolało”, porządkując swoje notatki na temat „Nierozłącznych”, kolejnego serialu ginekologiczno-położniczego, tym razem zza oceanu. Serial jest amerykański, ale twarzami projektu są Brytyjki (aktorka Rachel Weisz oraz rozchwytywana scenarzystka i dramaturżka Alice Birch, która w ostatnim czasie przeniosła na ekran „Powiatową lady Makbet” Leskowa oraz dwie powieści Sally Rooney) i z „Będzie bolało” z tyłu głowy nie sposób nie westchnąć: no tak, oczywiście. Oczywiście, że prestiżowy amerykański serial o ginekologii, w którym jedna z bohaterek marzy o „dobrej opiece dla wszystkich”, będzie thrillerem na pograniczu science fiction. I – teraz wyciszam ironię – będzie pełen opresyjnej architektury, duszących dizajnerskich wnętrz i zwierzęcych macic w przeszklonych ścianach damskich toalet. Oczywiście, że nowe możliwości położnictwa i laboratorium cudów będzie w nim sponsorować opioidowa makabra – demoniczna rodzinka w typie Sacklerów. Serial wyprodukował Amazon; można go oglądać na platformie Prime.

„Nierozłączne” są też wariacją na temat filmu Davida Cronenberga sprzed trzydziestu pięciu lat (a zarazem kolejną adaptacją powieści „Bliźnięta” Bari Wood i Jacka Geaslanda, zainspirowanej prawdziwą historią). „Nierozłączni” Cronenberga to zawiesista psychodrama, uchodząca, na tle dwudziestowiecznej filmografii Kanadyjczyka, za stosunkowo rzadko korzystającą z body horrorowego ekscesu. Dla mnie jednak był to zawsze film wyjątkowo lepki, wyjątkowo groźny i wyjątkowo pociągający. Czy to dzięki koszmarom o zrastających się ciałach, spoconym ciałom Jeremy’ego Ironsa zżeranym przez narkotykowy nałóg i tęsknotę, czy w końcu sinofioletowemu powidokowi kadrów – „Nierozłączni” pozostają do dziś, moim zdaniem, jednym z najbardziej cielesnych i działających podprogowo dzieł Cronenberga.

Z cielesnością w serialu sprawa ma się trochę inaczej: na ciała się nie tylko patrzy i się ich dotyka, ale też bez ustanku je opowiada. Uporządkujmy jednak dwa poziomy fabularnej intrygi. Ginekolożki bliźniaczki Beverly i Elliot Mantle (Rachel Weisz i Rachel Weisz) razem mieszkają, razem pracują, razem też chcą otworzyć supernowoczesną klinikę – to ostatnie za pieniądze demonicznej Rebeki Parker (Jennifer Ehle). Beverly jest wycofana, może na granicy depresji; z jednej strony oddana lekarskiej praktyce i bardziej ideowa (to ona marzy o dobrej opiece „dla wszystkich kobiet”), z drugiej jako pierwsza akceptuje brudny mariaż z jaszczurzycą (w imię idei, rzecz jasna). Elliot jest tą kontrolującą, a zarazem błazeńską, ruchliwą połówką duetu, wiecznie niezaspokojoną; ciągle coś pałaszuje, żuje, używa liczby mnogiej, nie może ustać w miejscu. W wymarzonej klinice Beverly będzie pomagać rodzącym, a Elliot – zaszyje się w laboratorium. Beverly chce urodzić dziecko. Elliot chce ją zapłodnić. Beverly wchodzi w związek z pacjentką, znaną aktorką, i to z nią zaczyna planować założenie rodziny. Elliot wpada w rozpacz.

Opowieść nawiedza wspomnienie poronienia z pierwszego odcinka: strata, którą Beverly akceptuje z bolesną cierpliwością. W szpitalnym chaosie, w którym poznajemy bohaterki, koszmar wyziera przede wszystkim z zaniedbań i lekceważenia – jeśli pacjentka (ważne: czarna pacjentka) mówi, że czuje ból, i konkretnie opisuje swój dyskomfort, to zapewne przesadza. Wielokrotnie powtarzanym hasłem nowej kliniki bliźniaczek Mantle będzie więc: „Ciąża to nie choroba”. Może dlatego serial, pomijając pierwszy odcinek, nie jest specjalnie zainteresowany ciążowym body horrorem – kolejna ciąża Beverly nie jest pokazana jako specjalnie uciążliwa fizjologicznie, nie ma tam nawet jakiegoś dodatkowego zmęczenia, niedospania; ciąża funkcjonuje głównie jako katalizator emocji, element rywalizacji pomiędzy Siostrą a Dziewczyną. Jakby serial chciał odczarować ciążowe tabu i zarazem się za nim schować.

„Nierozłączne”

Makabra jest więc gdzie indziej. Nie w lękach Beverly o dziecko i samą siebie jako kobietę w ciąży, tylko w relacji wobec siostry. To Elliot przechodzi gwałtowną fizjologiczną przemianę, jakby w próbie zinternalizowania, przywiązania do siebie, pożarcia bliźniaczki. Makabra jest też w jedzeniu. To akurat nic dziwnego, że kobiecy thriller jest w takim samym stopniu zainteresowany rozlewem krwi, jak i kompulsywną konsumpcją – jedna transgresja prowokuje kolejną, proszę, postawmy całą pracę reprodukcyjną na głowie.

„Nierozłączne” nie są w tym osamotnione. W kingowskim z ducha serialu „Yellowjackets” nastoletnie piłkarki w środku puszczy zaczynają zjadać siebie nawzajem. W „Roju”, southern gothic o młodej seryjnej morderczyni, pogryzienie muzycznej idolki zostaje pokazane w onirycznej sekwencji jako impulsywne pożeranie śliwek. W pierwszym odcinku „Nierozłącznych” Elliot włazi na wyspę kuchenną, na której jakiś czas wcześniej siostra uprawiała seks z Aktorką; węszy za nimi, porusza się ich śladem; na czworakach dobiera się do misek z resztkami żarcia, jak wygłodzony opos buszujący w śmietniku. Te chwile rozpaczliwej błazenady są najlepszymi w serialu; w obsesyjnym łączeniu seksu z jedzeniem pulsuje kazirodczo-kanibalistyczny podtekst, nabrzmiewający z odcinka na odcinek, w miarę nakręcającej się walki Elliot o kontrolę nad siostrą, walki o jej ciało, ich bliźniacze współbycie.

Są też jednak momenty, w których oczami wyobraźni można ujrzeć scenarzystki poprawniacko wykreślające całe sceny, jakby ze strachu, że będzie w opowieści Za Dużo Demonicznych Lesbijek albo że wątpliwa etyka seksualna bohaterek zupełnie wyalienuje widzki – w filmie Cronenberga Elliot oczywiście przesypia się z Aktorką, zanim rozpocznie z nią romans Beverly, tu nie ma na to miejsca. Jest taki moment w wywiadzie, w którym queerowa dziennikarka Rachel Handler pyta Weisz i Alice Birch o kazirodztwo z powieści: Weisz jest wyraźnie zdziwiona, książkę, owszem, czytała, ale ten element „zupełnie wyparła”. Masz ci los.

Jedziemy dalej: makabrą jest też niezręczna kolacja w rezydencji fundatorki, z jej demoniczną rodzinką reprezentowaną przez zblazowaną bratanicę (Allyson Kloster), „biohakerkę”, prawdziwą młodą reptiliankę, która o kryzysie opioidowym opowiada z widoczną radochą jako o korporacyjnym sukcesie. Mądralińskie satyry na najbogatszych potwornie mnie ostatnio irytują, tu jednak coś zadziałało, przynajmniej na moment. Może obsada, Jennifer Ehle wspaniała do szpiku kości, może brutalny konkret snutych przez obleśną gromadkę fantazji, obracania medycyny w turboluksusową usługę, chciwej ciekawości, ile jeszcze można wydoić z tego jajowodu, a z tamtego? (Nie mogę sobie jednak odpuścić dygresję: „Całe to piękno i krew”, dokument Laury Poitras, który niedługo będzie można zobaczyć w polskich kinach, o fotografce Nan Goldin i organizacji P.A.I.N. walczących z prawdziwymi Sacklerami, znajduje zupełnie inny język na mierzenie się z horrorem morderczego bogactwa i na tym tle każda satyra z ambicjami wydaje się dość ograniczona).

Jest tu w końcu makabra w historii. Na przykład w historii ginekologii i stanu Alabama, gdzie bohaterki chcą otworzyć drugą klinikę i dokąd podróżują w piątym, zdecydowanie najlepszym, odcinku serii. (Wyreżyserowała go Karyn Kusama, reżyserka „Jennifer’s Body”, filmu, który w ostatnich latach feministyczna i queerowa krytyka wyciągnęła ze śmietnika i nadała mu status klasyka). Akcja dzieje się w posiadłości starej lekarskiej rodziny. Duszna aura southern gothic, świece, wypchany grizzly w kącie, ze ściany w salonie sterczy wypchana zebra (oglądając, pomyślałam, że „nieproporcjonalnie duża”, ale na litość boską, jakie są właściwe proporcje wypchanej zebry sterczącej ze ściany gdzieś w południowych Stanach? Brak zebry?), spleśniałe białe elity z obsesją na punkcie bliźniąt uprawiają aryjski chów wsobny. „Dlaczego Alabama?”, pyta towarzyszący bliźniaczkom w podróży dziennikarz (Ntare Guma Mbaho Mwine), pracujący nad ich sylwetką do prestiżowego nowojorskiego magazynu. To pytanie zarazem retoryczne, jak i podchwytliwe – dziennikarz jest czarnym facetem, dobrze wie, że i dlaczego Alabama ma opiekę położniczą w fatalnym stanie; zna też jej miejsce w historii medycyny. Przy kolacji – kolejnej kolacji z piekła rodem, Elliot wcina nadziewane ptaki, aż jej się uszy trzęsą – pan na włościach, teść jaszczurzycy od opioidów (Michael McKean), opowiada cynicznym tonem „tak to właśnie było” o pewnym położniku z Alabamy z połowy XIX stulecia i o tym, jak to cierpiące ciała są po prostu materiałem w laboratorium. W nocy do Beverly przyjdzie we śnie Anarcha Westcott (Brittany Bradford), postać historyczna, niedawno uwieczniona na pomniku Matek Ginekologii w Montgomery, jedna ze znanych nam z imienia pacjentek legendarnego doktora J. Mariona Simsa („ojca ginekologii”), którego medyczne odkrycia były możliwe dzięki niekończącym się operacjom na ciałach czarnych niewolnic.

Poza tym jednym odcinkiem temat czarności pozostaje niestety najbardziej rozczarowujący; zostawia widzkę z poczuciem, że scenarzystki, owszem, mają pewną wiedzę i teoretyczną wrażliwość, ale nie umieją ich organicznie wpleść w całą opowieść. Przede wszystkim dlatego, że sama postać Aktorki, Genevieve (Britne Oldford; imię postaci to hołd dla Genevieve Bujold, która grała tę rolę w filmie Cronenberga), pozostaje skandalicznie niewykorzystana. Mając do dyspozycji sześć godzin, scenarzystki nie robią nic, by rozegrać nieprzypadkowy przecież wątek aktorski: aktorstwo to w końcu też tożsamość otwierająca się na wielość, metamorfozę, grę tożsamości. Tymczasem Genevieve pozostaje jedynie instancją sumienia dla białych protagonistek. Także w kontekście ciąży temat rasy pozostaje niewypowiedziany: Beverly urodzi dzieci, które przecież nie będą białe (dawcą spermy jest brat Genevieve, kolejny niewykorzystany wątek, bo raz że rasa, dwa że relacja rodzeństwa), i pytanie o to, czy zechce je wychować z partnerką, czy ze swoją białą bliźniaczką, jest cholernie istotne. Zeszłoroczny serial „Dziecko” – niedoceniony horror o dziewczynie, która musi zająć się morderczym niemowlakiem – rozgrzebywał splot macierzyństwa, seksualności, rasy, napięć międzypokoleniowych i przyjacielskich bardziej wprost, ale i ciekawiej, wielogłosowo i dialektycznie. Pomimo dość problematycznego dla mnie, adultystycznego zakończenia doceniam jego strukturę, obwąchiwanie centralnej metafory z różnych stron.

„Nierozłącznym” brakuje takiej energii: etycznej prowokacji widza, gry z oczekiwaniami, zmiany perspektyw. Chciałoby się, aby postaci mogły podpuszczać widownię tak, jak robią to między sobą (Weisz jako aktorka jest tego warta, zbyt długo ukrywała swój komiczny potencjał pod hałdami popiołu w jakichś melodramatycznych smętach). Jak na tę ilość melodramatycznej perwery i moralnego paskudztwa, oglądając „Nierozłączne”, za bardzo wiedziałam, co w danej chwili czuć i myśleć. Żeby było jasne: to serial wielu rozkoszy. Ale też – niespełnionych obietnic.