Piękne polskie lato
„Chleb i sól”, reż. D. Kocur, mat. prasowe

13 minut czytania

/ Film

Piękne polskie lato

Klara Cykorz

Film „Chleb i sól” wyzwolił we mnie poczucie, że da się o pewnych tematach i kontekstach mówić nie tyle niejednoznacznie, ile niejednorodnie, wielorako. Przedstawić jednoczesność pozornie sprzecznych ze sobą emocji i relacji

Jeszcze 3 minuty czytania

Pod kinem plucha i piździ, a w kinie – jak w tytule. Po „Kobiecie na dachu” Anny Jadowskiej (ze zdjęciami Ity Zbroniec-Zajt, które na długo zostają w pamięci) kolejny polski film, w którym świeci słońce. „Chleb i sól” Damiana Kocura jest pełen światła, nawet ciasne wnętrza są jasne, jak zagracone mieszkanie matki z latającą luzem papugą i budka z kebabem. Na dworze zieleń, jest tu czym oddychać. Krzaki, wypady do lasu, trawnik przy boisku. Różne kolory nieba. Droga z przystanku PKS na osiedle wiedzie wzdłuż łąki. Film zaczyna się właśnie na przystanku, bohater kadrowany jest od tyłu, wiata robi za ramę wewnątrz obrazu, po drugiej stronie podjazdu dzieciaki krążą na rowerach. Pierwsze ujęcie, które zapowiada cały film: ta kamera zza pleców, czas sobie płynie, życie rozrabia w głębi. W niby statycznych kadrach Tomasza Woźniczki rzeczy dzieją się naraz i na kilku planach. Nic się nie dzieje i zarazem dzieje się wiele, życie buzuje w tym nic-nie-dzianiu. Tu paczka bohaterów żuje kebab, a po drugiej stronie lady dwóch chłopaków pracujących w knajpce ma swoje sprawy, swoje interakcje i spory. Film jest naturalnie, bez wysiłku wielojęzyczny. Postaci rozwijają się ze strzępów rozmów, ale prawie cały czas ma się poczucie, że to tylko kawałek jakiejś większej całości, która sobie żyje poza kadrem. Tak jest z dziewczynami, które przy chłopakach mówią mało, bo wiedzą, że są na doczepkę, tak jest z pracownikami kebaba i w końcu z „wesołkami”, którzy ich zaczepiają. W tym bardzo polskim filmie sprawcy przemocy są, o dziwo, ludźmi – nie chochołami, kukłami, pacynami, tylko właśnie ludźmi wzbudzającymi w innych strach ot tak, od niechcenia, dla jaj. Napięcie narasta jak w thrillerze – nawet jeśli się nie wie, że film jest luźno inspirowany wydarzeniami w Ełku.

Tytuł jest oczywiście ironiczny, gorzko i podwójnie: imigranci są dręczeni, kiedy karmią polskich chłopaków pitą z surówką i mięsem. Ale jednocześnie jest w tym filmie gościnność z innego porządku – porządku filmowej reprezentacji. Wybierając na protagonistów dwóch braci pianistów, Kocur łączy ze sobą rzeczy, które się rzadko w polskim kinie pokazuje razem. Zafrapowane różnicami klasowymi i prowincją, polskie kino lubi kontrasty, konflikty i wioski na Marsie, do których nigdy nie dotarł kapitalizm (i gdzie nie odbiera radiowa Dwójka). A u Kocura, proszę, świat pianin i muzyki poważnej w mieszkaniach w bloku. (Czasem nie zdajesz sobie sprawy, że potrzebujesz reprezentacji jakiegoś doświadczenia, zanim ktoś ci jej nie podstawi pod nos). „Chleb i sól” oddycha muzyką i ta muzyka jest uwikłana w różne porządki. Może być wolnością – jak wspólne granie, które jednoczy paczkę starych ziomków wokół pianina, jak freestyle ośmiolatka na podwórku. Może też podchodzić przemocą – polskie chłopaki chcą koniecznie zmienić playlistę chłopaków z baru, narzucają się.

W jednej z najbardziej wstrząsających scen filmu główny bohater, Tymek, musi się przez moment zaopiekować małym chłopcem. Chłopiec uczy się gry na fortepianie, Tymek zaś jest dorosłym facetem i zawodowym pianistą, wydaje się więc, że z zabawieniem małego nie będzie problemu, Tymek coś mu zagra, powygłupia się na klawiaturze. Ale nie: Tymek wchodzi w rolę nauczyciela i autorytetu, każe małemu grać i od razu go krytykuje, nie jakoś szczególnie natarczywie, ale na tyle, by zostawione pod opieką obcego mężczyzny dziecko doprowadzić do płaczu.

Zapytany o tę scenę na spotkaniu z widzami, Damian Kocur opowiadał, że na pokazie w Wenecji było na tej scenie cicho jak makiem zasiał, zaś na festiwalu w Gdyni publiczność się śmiała. Nie było mnie tam, więc nie wiem, czy to prawda, ale nie mam powodów, by w tę anegdotę nie wierzyć – zgadzam się z rozpoznaniem, że nasza kultura jest co do zasady antydziecięca. Nie pamiętam, aby mnie podczas krótkotrwałej edukacji muzycznej ktoś doprowadził – przynajmniej w szkolnych murach – do płaczu, ale myślę też, że maglowanie dziesięciolatków jedną etiudą na lewą rękę przez cały semestr ma w sobie coś skrajnie dyscyplinującego i nieludzkiego, i może zabić w dziecku muzykę. Zabiło ją w każdym razie we mnie: od dwunastego roku życia usiadłam do pianina tylko raz, prawie po dwóch dekadach, aby przekonać się, że teraz nawet głupiej kolędy nie zagram, choćbym chciała, bo klucz basowy to nie jazda na rowerze – wyszedł z ręki, z palców, już go nie pamiętam. Może uciekł? W każdym razie o analizę muzyczną „Chleba i soli” trzeba się zwrócić do kogoś innego.

***

A teraz cofnijmy się o kilka filmów i tygodni repertuaru. W jednym z najbardziej uznanych filmów zeszłego roku – nominowanym właśnie do Oscara, a jednocześnie dzielącym publiczność na naszym rodzimym podwórku – stary nowofalowiec opowiada o przemocy, jednocześnie znajdując wolność i frajdę w samym filmowym medium, w samej zabawie kamerą. Co chwilę nowe pomysły, kamera lata, ale też pozostaje blisko oddechu głównego bohatera, osła. Czasami cały obraz zachodzi czerwienią. Ogląda się „Io” Jerzego Skolimowskiego z podziwem dla wolności reżyserskiej wyobraźni, ale do czasu. Najpierw nadwyręża ją grupa wiejskich nazioli – polskie kino uwielbia demonizować wieś. Gdy zjawiają się, film przestaje oddychać, dusi się od nagromadzenia rzeczy wstrętnych w jednym kadrze. Decydujący cios pada jednak trochę później, zupełnie dosłownie, kiedy zamaskowana postać podrzyna gardło polskiemu kierowcy ciężarówki, którą podróżuje nasz osioł – rubaszny Polak chciał nakarmić kanapkami z szynką spotkaną na włoskim parkingu czarną dziewczynę, milczącą i wyraźnie przestraszoną, a teraz wykrwawia się w szoferce, tylko dlatego, że chciał komuś pomóc w świecie groźnych Obcych.

Przy całej mizantropii, z jaką film spogląda na ludzkie kultury, trudno odczytać tę sekwencję inaczej niż jako wykorzystanie ksenofobicznej, antyimigranckiej kliszy tylko po to, by pokręcić głową nad podłością naszego gatunku. Młodzieńcza energia umyka nagle z filmu gwałtownym chlustem.

„Chleb i sól”, reż. Damian Kocur

Bo kino polskie w ogóle raczej się krztusi, kiedy próbuje opowiadać o migracji z perspektywy tych, co „tu na miejscu”. Filmów o emigracji polskiej jest, na mój gust, wciąż za mało, ale przynajmniej są – czasem nawet bardzo dobre. Moje ulubione „Dzikie róże” Anny Jadowskiej, „Cicha noc” Piotra Domalewskiego i jego najlepszy film, „Jak najdalej stąd”; a także dziwny, lepko-kanciasty, klaustrofobiczny film londyński Ewy Banaszkiewicz i Mateusza Dymka „Moja polska dziewczyna” (Wielki Jantar w Koszalinie, zupełnie niezrozumiałe dla mnie odrzucenie przez krytyków). Dużo gorzej jest z filmami o imigracji na i przez polską ziemię, tudzież filmami, w których Polak-Europejczyk przygląda się ludziom przybywającym do europejskiej fortecy – lub po prostu Unii. „Magiczny Ukrainiec” w filmie Szumowskiej „Śniegu już nigdy nie będzie”, „Cicha ziemia” Agnieszki Woszczyńskiej o nadętych bogatych Polakach patrzących na trupa w basenie, filmy tak zaangażowane w krytykę klasy wyższej czy wyższej średniej, że same postaci imigrantów stają się w nich w najlepszym wypadku kliszą, w najgorszym – przedmiotem. Dla odmiany w krótkim metrażu Domalewskiego „60 kilo niczego” zatrudniony na czarno ukraiński robotnik też jest martwym ciałem, ale jest to tragedia wyrosła z jakiejś rozpoznawalnej rzeczywistości, zobaczona, a nie wykoncypowana. „Dalej jest dzień” z 2020 roku, ostatni przed „Chlebem i solą” krótki metraż Damiana Kocura, nawiedzany jest przez powidoki obrzeży Zagłady. Głównym bohaterem filmu jest samotny polski staruszek, ale facet z Bliskiego Wschodu ma, wyjątkowo, i twarz, i imię, i język.

***

Inspiracją dla „Chleba i soli” były, jak już wcześniej wspomniałam, wydarzenia w Ełku – umówmy się więc, że wiele rzeczy mogło tu pójść nie tak. Na przykład w uzasadnieniu nominacji Kocura do Paszportu „Polityki” można przeczytać: „Reżyser nie stawia słusznych moralnie tez, ale w mistrzowski sposób stara się balansować między różnymi racjami”. To na szczęście nieprawda – ksenofobia nie ma tu żadnej racji, jest co najwyżej zbyt znajoma w swoim banale, wprasowana w codzienność, w wygłupy, na które przymyka się oko i które się ignoruje (ten kolega tak ma). Dokładnie ten rodzaj przemocy drobnej i głupiej, na którą można zareagować, jeśli się tylko chce. Długa, prowadzona na jednym ujęciu scena w autobusie, w której ziomeczki zabierają Nadimowi plecak, działa prawie jak czas wydzielony na rachunek sumienia widza – trwa akurat tyle i w takim napięciu, by można było sobie przeliczyć wszystkie podobne sytuacje, w których się było i nie reagowało, chociaż się mogło, w zbiorkomie i na uniwersytecie.

Ale musi być w tym filmie coś jeszcze głębiej prowokującego – dawno takiego zainteresowania nie budziła sama praca na planie z aktorami, to duża część dyskursu wokół tego filmu, zarówno wywiadów i dziennikarskich relacji, jak i recenzenckich rozważań. To oczywiście zrozumiałe, metody Kocura, rozwijane przez dekadę shortów, budzą zainteresowanie – sama, słuchając nawet dłuższych rozmów z reżyserem, mam ochotę dopytać jeszcze o kilka rzeczy, jest to wszystko piekielnie intrygujące. Czy to naprawdę „dokument wymieszany z fabułą” (Prodeus), „zacieranie granicy między dokumentem i fikcją” (Socha), nawet jeśli maksymalnie ponaginamy i rozciągniemy definicję kina dokumentalnego? Mam z tym problem – Kocur streszcza swój pomysł na pracę z aktorami, mówiąc o „dokumentalnym bohaterze i fikcyjnym story”. Ale mówi też po prostu o innym czerpaniu z doświadczenia artystów, którzy nie są wytrenowanymi aktorami i nie mają narzędzi zdobywanych w zawodowym treningu, o tym, że muszą oni inaczej pracować na emocjach.

Coś mnie jednak w tym retorycznym „dokumencie” drapie – aktorstwo niezawodowe to wciąż aktorstwo, zresztą większość obsady ma jakieś doświadczenie sceniczne, po prostu inne od aktorskiego. Bracia Biesowie oczywiście jako pianiści, Bartosz Olewiński „Intruz” jest raperem, są tu też osoby pracujące zwykle po drugiej stronie kamery – jednego z chłopaków pracujących w barze gra Nadim Suleiman, na planie asystent reżysera, po reżyserii na łódzkiej „Chleb i sól”, reż. Damian Kocur„Chleb i sól”, reż. Damian Kocur, Polska 2022, w kinach od stycznia 2023 filmówce. W „fikcyjne story” (inspirowane oczywiście prawdziwymi wydarzeniami, będącymi kumulacją systemowych problemów) ci artyści powkładali jakieś fragmenty swoich historii i doświadczeń, Biesowie podzielili się nawet swoimi imionami i braterską relacją. Jest tu też scena będąca ponoć wiernym powtórzeniem prawdziwej opowieści rodzinnej, która wypłynęła przypadkiem na papierosie po śniadaniu – ale to przecież wciąż jakieś przetworzenie, podzielenie się czymś, gest kreacji. 

Trudno mi odpędzić myśl, że gdyby identyczną metodę castingu i pracy z obsadą zastosować do zupełnie innej historii, o równie brutalnym finale, ale o bohaterach z inteligenckich domów na Żoliborzu, tego zamieszania z „dokumentem” byłoby mniej – trudniej byłoby rozmyć granicę pomiędzy aktorami a fikcyjnymi postaciami. Biorąc pod uwagę tematykę tego dziejącego się na prowincji filmu, zarówno nieustanne teoretyzowanie na temat jego gatunku, jak i łatwość, z jaką utożsamiamy aktorów z bohaterami, są dość paskudne. W przypadku aktorów obsadzonych w rolach osiedlowych „żartownisiów”, i tych grających pracowników kebaba.

Może zresztą to zainteresowanie praktycznym, materialnym i międzyludzkim wymiarem realizacji filmu jest po prostu reakcją na tkwiącą w nim jakąś prawdę, dobrą reprezentację (straszne słowo). We mnie w każdym razie film „Chleb i sól” wyzwolił poczucie, że o, da się robić takie kino w Polsce i że da się o pewnych tematach i kontekstach mówić – no właśnie nie tyle niejednoznacznie, ile niejednorodnie, wielorako. Przedstawić jednoczesność pozornie sprzecznych ze sobą emocji i relacji, niezręczności i zrozumienia, wspólnotowości i dystansu, otwierania się przed kumplami i, chwilę później, jakiejś zabawy w dominację kosztem słabszych. Tu wspólnota przy pianinie, a zaraz jakieś świństwa od niechcenia. Cieniutkie jak żyłki codziennej (domowej, instytucjonalnej, otwartej i zamaskowanej) przemocy – i piękne zielone polskie lato.