Więź
fot. Maurycy Stankiewicz

8 minut czytania

/ Teatr

Więź

Piotr Morawski

W „Lipie w cukrze” Magdy Szpecht, przedstawieniu zrobionym z grupą TERAZ POLIŻ, nie ma żadnej rywalizacji. Seks nie jest tu narzędziem władzy

Jeszcze 2 minuty czytania

W pewnej chwili Dorota Glac mówi, że ma już dość. Ma czterdzieści jeden lat i dosyć związku z mężczyzną. Stojąca obok Jaśmina Polak przelicza wszystko w pamięci i zapisuje na tablicy – dzieli lata na dni, dni na liczbę stosunków, potem na liczbę orgazmów. Jest tego całkiem sporo. Ale właśnie nie o to chodzi – nie o rekordy i nie o same orgazmy. W fantazjach pojawiających się w „Lipie w cukrze” Magdy Szpecht, przedstawieniu zrobionym z grupą TERAZ POLIŻ, nie ma żadnej rywalizacji. Seks nie jest tu narzędziem władzy. Jest dokładną odwrotnością tego, co zrobił z nim patriarchat. Trzy aktorki: Dorota Glac i Kamila Worobiej z TERAZ POLIŻ oraz Jaśmina Polak z warszawskiego Nowego, gdzie pokazywany był spektakl – opowiadają więc o fantazjach seksualnych. Nie swoich, bo w trakcie przygotowań do spektaklu twórczynie stworzyły ankietę i poprosiły o jej wypełnienie kobiety, które są matkami – nie bez powodu przedstawienie miało premierę właśnie 26 maja – odzierając z tabu sferę fantazji seksualnych kobiet mających dzieci.

„Lipa w cukrze”, reż. Magda Szpecht, Nowy Teatr w Warszawie, prem. 26 maja 2019.„Lipa w cukrze”, reż. Magda Szpecht. Nowy Teatr w Warszawie, premiera 26 maja 2019.Cały spektakl toczy się niespiesznie. Trzy aktorki chodzą po zaprojektowanych przez Annę Met podestach otaczających widownię i opowiadają historie. Najpierw jeszcze, by nawiązać więź z widownią, rozdają wyjęte z pudełka drobne przedmioty – muszelkę, pierożek… Fantazje są różne. Jaśmina Polak zaczyna od stania nago, w miejscu publicznym, na środku placu – nic więcej nie musi się dziać, wystarczy tylko tyle. Innym razem fantazja dotyczy wejścia w trójkąt, seks z parą hetero – tej opowieści towarzyszy popis gimnastyczny w wykonaniu trzech aktorek. Jest wreszcie spektakularna scena przaśnego niemieckiego porno, w której trzy aktorki imitują akustykę pokazywanych na RTL-u produkcji filmowych. Są też rzecz jasna fantazje nieheteronormatywne. Spektakl pełen jest lekkości, nie ma w przedstawianych scenach cienia pretensji, dużo jest za to ciepłego humoru. A przede wszystkim empatii i ogromnej troski – o bohaterki opowiadanych historii, o siedzącą na miękkich poduszkach publiczność, ale też o siebie nawzajem – scena, w której trzy performerki leżą obok siebie przytulone, wyzbyta erotycznego napięcia, pełna jest właśnie czułości i wzajemnego wsparcia.

„Fantazje są demokratyczne – nie mają wieku, sprawności i granic” – pisały twórczynie w udostępnionej przez siebie ankiecie, w której pytały między innymi o satysfakcję z życia seksualnego, o potrzeby i możliwość ich zaspokajania. I o fantazje, oczywiście: „Kto jest twoim partnerem? To jedna czy może więcej osób? Znasz je? Gdzie i o jakiej porze dnia jesteście? Jaka panuje tam temperatura, jakie jest światło, jakie kolory dominują w przestrzeni?”. Daj sobie czas i przestrzeń – apelują autorki. Nie musisz się ograniczać. Świat kobiecych fantazji erotycznych uwalnia seks z jakichkolwiek powinności. Na scenie Nowego Teatru aktorki budują świat wielu możliwości, nieograniczonych koniecznością ich realizowania. Fantazje, owszem, są demokratyczne – może mieć je każda i każdy, jakie tylko chce. Ale też demokratyczny jest sposób, w jakich się o nich opowiada.

Twórczynie budują przestrzeń bezpieczeństwa. Robią wiele, by widownia czuła się komfortowo. Dają czas i miejsce, pozwalają zatapiać się w opowieściach i w projekcjach wideo Natana Berkowicza. Muzyka Krzysztofa Kaliskiego – częściowo wykonywana na żywo – również wprowadza w nieco hipnotyczny stan. W świecie kobiecych fantazji erotycznych seks uwolniony jest z praktyk władzy i zależności, co postulowała kiedyś Kornelia Sobczak. Nie ma w nim niezdrowych napięć, rywalizacji, gier. Taki jest świat fantazji i taki jest język tego spektaklu.

Magda Szpecht ciągle zresztą szuka. Nie zadowala się językami, jakimi dysponuje współczesny teatr. Ciągle jest na granicy teatru, performansu, instalacji. „Lipa w cukrze” także anonsowana była jako performans – pewnie by zdjąć z przedstawienia ciężar teatru, z jego hierarchicznymi uwikłaniami, instytucjonalną patriarchalną pozycją generującą przede wszystkim prestiż. Performans jest akurat pod tym względem bardziej demokratyczny. Jest to też pewnie próba ucieczki z teatralnej gry o władzę. Próba udana, choć spektakl – zrealizowany z aktorkami TERAZ POLIŻ – pokazywany jest w teatrze instytucjonalnym, wchodzi nawet na stałe do repertuaru. To więc może także próba przechwycenia narracji teatralnej i wykorzystania jej do własnych celów.

fot. Maurycy Stankiewicz

„Lipa w cukrze” to też część szerszego zjawiska. W listopadzie premierę miała „Malina” Anki Herbut i Marty Malikowskiej – bezdomnego spektaklu pokazanego ledwie kilka razy w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego, który teraz z kolei ma wejść do repertuaru warszawskiego Teatru Studio. O „Malinie” pisałem gdzie indziej, to, co łączy ją z „Lipą”, to kobieca tematyka. Malikowska – razem z Agatą Siniarską i Maniuchą Bikont – zrobiła spektakl, którego cielesność zbudowana jest na asanach jogi z kulminacją w „medytacji na cipkowanie”, która ma uwolnić świat od patriarchatu. Ale też wspólne dla „Maliny” i „Lipy” są chyba cele: opowiadanie kobiecych historii z kobiecej perspektywy tworzy nowe języki i nowe formy, ujawniając tym bardziej uwikłanie teatru i „mocnych spektakli” w patriarchalne gry władzy. Nie interesuje to ani Szpecht, ani Malikowskiej. Nie interesują ich ugruntowane języki i ugruntowane hierarchie – także hierarchie spektakli, w których na szczycie znajdują się robione z rozmachem wysokobudżetowe produkcje znanych reżyserów. I w „Lipie”, i w „Malinie” nie ma inscenizacyjnego rozbuchania, scenografie są ostentacyjnie skromne, obsadę – w obu spektaklach – stanowią trzy aktorki/performerki. Nie w inscenizacji leży bowiem siła tych przedstawień, lecz w nieustannym poszerzaniu pola teatralności i pokazywaniu, że teatr niekoniecznie musi być medium przemocowym.

Premierowy set „Lipy w cukrze” grany był w pakiecie z „Cock, Cock… Who’s There?” – teatralno-wizualnym projektem fińskiej artystki Samiry Elagoz. Po doświadczeniu gwałtu zrealizowała ona film, pokazując w nim mężczyzn, z którymi się umawia. W Nowym Teatrze pokazuje film i opowiada o kontekstach. I film, i to, co mówi, robią ogromne wrażenie. Powstał bowiem spektakl o brutalności i przemocy w relacjach mężczyzn z kobietami. Seks w „Cock, Cock” służy utrzymywaniu męskiej dominacji, służy władzy, staje się przemocą. Elagoz pokazuje patriarchat w czystej postaci – nabuzowanych, pewnych siebie facetów, którzy traktują twórczynię jak obiekt seksualny. Autorka ujawnia te postawy, pokazując skalę zjawiska – nagrania były robione na trzech kontynentach – i jego, by tak rzec, przezroczystość w codziennym życiu. Dopiero zobaczone w takim natężeniu ujęcia pokazują powszechność seksizmu i mizoginii, a także to, że seks jest powszechnie stosowanym narzędziem opresji.

Kiedy po „Lipie w cukrze” udaje się na chwilę uwierzyć, że może być inaczej, Samira Elagoz brutalnie sprowadza na ziemię.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).