Motyl i prochowiec

Monika Ochędowska

Nie jest pewne, czy w „Strużkach” Marii Halber da się znaleźć cokolwiek, co posuwałoby jej postaci, a za nimi czytelniczki, choćby krok naprzód względem starszej o trzy dekady „Panny Nikt” Tomka Tryzny

Motyl i prochowiec

Jeszcze 2 minuty czytania

Motyl i prochowiec

Pisarka i reporterka Weronika Gogola spisała i opublikowała niedawno całkiem solidny, choć mający swój termin przydatności, przepis na literacki sukces. Podążając za nim, debiutujący w tym sezonie powinni koniecznie zamieścić w swoich książkach historię rodzinnego awansu i ulokować miejsce akcji na Ziemiach Odzyskanych, a przynajmniej w niejakiej odległości od centrum (w Warszawie niepodzielnie króluje Jakub Żulczyk). W grę wchodzi także zbiorowy portret rodzinny z akcentem na chłodną matkę i uzależnionego ojca, ewentualnie – podrzucenie krytyce ważkiego tematu społecznego (depresja, neuroróżnorodność). Dodatkowe punkty przypadają za możliwość odczytania książki w nurcie ekokrytyki albo ekofeminizmu. Do tej kąśliwej wobec rodzimej polityki wydawniczej, choć w dużej mierze aktualnej listy mód dodałabym towarzyszące autorkom i autorom pragnienie powrotu do, niekoniecznie sielskiego, czasu dzieciństwa.

Wysokie noty za realizowanie podanej tu listy przypadają Marii Halber, która po czterech latach od publikacji książki poetyckiej „Przejścia” zadebiutowała prozą. Fabuła jej „Strużek” da się właściwie zreferować dwoma wersami starej piosenki braci Waglewskich: „Niech przyśnią się wakacje, co wiecznie będą trwać / Leżę w samym słońcu, mam dwanaście lat”. Od niezwykle zmysłowego, naznaczonego smakiem przejrzałych owoców wspomnienia wakacji rozpoczyna się w „Strużkach” historia pewnej dziewczyny, której imienia bardzo długo nie poznajemy. Z perspektywy dorosłej już kobiety wspomina ona burzliwą, pełną rozstań i powrotów relację ze szkolną przyjaciółką Kingą. Wzajemna fascynacja – choć platoniczna – siłą i dynamiką przypomina pierwszą miłość. Bohaterki Halber pochodzą z dość zwyczajnych, raczej kobiecych i niezamożnych domów (tata narratorki traci pracę z powodu depresji, tata Kingi odchodzi od rodziny prawdopodobnie z powodu niepełnosprawności jednej z córek). Niewiele też, może poza wyobraźnią, odróżnia dziewczyny od rówieśników – kolegów i koleżanek z katolickiej szkoły. Wrażliwość dziewczęcych postaci podkreślona jest językiem tej prozy – dającym znać o poetyckim warsztacie autorki: słowa się tu po prostu szanuje i oszczędza.

Maria Halber, „Strużki”. Wydawnictwo Cyranka, 184 strony, w księgarniach od grudnia 2023

Dla tej bezpretensjonalnej, skromnej historii dziewczyńskiej przyjaźni Halber proponuje kilka interpretacji, zostawiając subtelne ścieżki (albo strużki) do odczytania swojego tekstu. Nieprzypadkowo opowieść rozpoczyna się od lekcji biologii, na której omawiane są cykle rozwojowe oraz współzależności organizmów. U podstawy rozwoju zawsze leży konflikt – wyjaśnia niecierpliwej, znudzonej klasie nauczycielka, siostra Weronika. Ten konflikt stanie się wkrótce także udziałem narratorki. Bohaterka Halber wzrasta bowiem w symbiozie, a jej istnienie i rozwój w dużej mierze zależne są od Kingi. Kiedy przyjaciółka ostatecznie znika, dziewczyna przyjmuje postać przetrwalnikową w oczekiwaniu na kolejną „żywicielkę”, Julię. Ona wyprowadzi narratorkę z dzieciństwa w porządek dorosłych, oparty na szeregu umów, postanowień i nieustannie negocjowalnych relacji społecznych.

Między trójką dziewczyn toczy się od tej pory swego rodzaju gra podobna do tej, którą dokładnie trzydzieści lat temu opisał Tomek Tryzna w „Pannie Nikt”. Silna, symbiotyczna relacja jest nie tylko nieustającą inspiracją, daje przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa – jak namiot rozstawiany podczas wakacji w ogrodzie przyszywanego wujka Kingi. „Człowiek bardzo potrzebuje kogoś, kto go bardzo potrzebuje”, pisał Tryzna. Tego samego dowiadujemy się od Halber.

Z lekcji biologii przenieśmy się na moment na język polski, by przywołać definicję klasycznej powieści o dojrzewaniu i formowaniu się, tzw. Bildungsroman. Ten rodzaj prozy ma wiele wspólnego z cyklem rozwojowym organizmów, ponieważ budowany jest zawsze wokół losów jednej bohaterki, która z kolei kształtuje się wedle pewnego z góry ustanowionego wzorca. Po szeregu pozytywnych i negatywnych doświadczeń opisywana w powieści postać włącza się zwykle, choć nie bez straty, w powszechnie akceptowane porządki społeczne, zajmując swoje miejsce w grupie. Znając tę definicję, łatwiej zadać sobie pytanie: jaki wzorzec kształtuje bohaterkę Halber? Gdzie znajduje się punkt, który chce ona osiągnąć? Oraz: jaki porządek społeczny tak naprawdę pokazują nam „Strużki”?

Po fazie dość przygodnego modelowania pod wpływem silnej osobowości Kingi dziewczynie nie pozostaje nic innego jak zaufać rodzicom, że wyjazd do dużego miasta oraz studia mogą stanowić ostateczny, kluczowy etap formowania się jej charakteru. Kiedy jednak, przebierając się symbolicznie w modny prochowiec vintage za „miastową”, zawiera znajomości z córkami dobrze sytuowanych mieszczan, zdaje sobie sprawę, że bez względu na to, jak bardzo się będzie starać, czeka ją dokładnie taki los, na jaki może liczyć niepewna siebie dziewczyna z małego miasteczka – nic więcej. Bohaterka wchodzi w ostateczną fazę Bildungsroman – konfrontacji ze straconymi złudzeniami. Z czasem uświadamia sobie również, że wszystkie dokonane przez nią wybory są wypadkową zarówno klasowej predestynacji, jak i przeróżnych dziecięcych pomyłek oraz piętrzących się nieporozumień. Czy kiedykolwiek mogła świadomie decydować o swoim życiu? Czy to nie paradoks, że „czas, w którym niczego o sobie nie wiemy, w którym siebie nie znamy”, jak pisze Halber, czas, w którym „z definicji występujemy w liczbie mnogiej, w zestawach, szajkach i paczkach”, decyduje ostatecznie o naszym pojedynczym losie? Czy to jest w porządku?

Dla przyglądającej się temu wszystkiemu z dystansem, właściwie przez literacki mikroskop, autorki „Strużek” jej postaci są ni mniej, ni więcej, tylko „rzucone w świat pośrodku niczego”. Świadomość takiego stanu rzeczy – paradoksalnie – może stać się punktem odzyskiwania przez bohaterki własnej tożsamości, począwszy od imienia. To pocieszające, ale czy znajdujemy w tej historii cokolwiek, co posuwałoby postaci „Strużek”, a za nią czytelniczki, krok naprzód względem starszej o trzy dekady, wspomnianej tu powieści Tomka Tryzny? Więcej – poza wnioski, które oferuje nam od niemal dwustu lat klasyczna „Komedia ludzka” Balzaca?

Zgoda, ogromna część literatury realizuje potrzebę zanurzenia w czasie, który przeminął. Zwykle jest to pełen wiary w czekające na nas możliwości, ale też okrutny, bo bezwiedny i nieświadomy siebie, okres dojrzewania. Kiedy odkrywamy zniknięcie kawałka tego świata albo nieoczekiwaną zmianę jego porządków, uruchamia się w nas potrzeba opowiedzenia historii. Nie po to, by sobie cokolwiek przypomnieć, raczej w celu wykreowania nowego porządku. Tak to już działa, dzięki narracji wymykamy się przypadkowości życia. Problem polega na tym, że światy wokół nas znikają coraz częściej i szybciej, a nasze spostrzeżenia z tym związane aż tak bardzo się od siebie nie różnią.