Fotoplastykon
ul. Krakowska w Tarnowie, 1918-1939 / fot. NAC

17 minut czytania

/ Literatura

Fotoplastykon

Monika Ochędowska

Mikołaj Łoziński wycisza historię i uparcie, aż do ostatniej strony powieści oddala zło, które ma spotkać rodzinę z Tarnowa, trzymając nad Stramerami nieprzepuszczający zgiełku świata klosz nostalgii

Jeszcze 4 minuty czytania

Literatura przestaje się interesować tożsamością – powiedziała Olga Tokarczuk podczas niedawnego spotkania z czytelniczkami i czytelnikami w Krakowie. Chwilowy zwrot ku przeszłości w naszej prozie był jej zdaniem reakcją lękową na kryzys wywołany doświadczeniem płynnej nowoczesności. Ponieważ nostalgia jest najpewniejszą drogą ucieczki przed zbyt bezpośrednią teraźniejszością, na literackiej mapie naszych „małych ojczyzn” namnożyło się kropek i plam. Musieliśmy sobie przypomnieć, kim jesteśmy i skąd przybywamy – mówiła autorka „Ksiąg Jakubowych”. Ale odtąd te tematy nie będą nas już definiować. Zamiast szperać w archiwach – puentowała Tokarczuk – popędzimy do przodu, zajmiemy się rzeczywistością wirtualną, katastrofą klimatyczną, odrodzi się science fiction i postapo.

Można się z tezą noblistki zgodzić o tyle, o ile pewien skonwencjonalizowany, a potem przeżarty przez popkulturę nurt prozy wywodzącej się z tradycji „prywatnych ojczyzn”, obfitujący zresztą w dzieła wybitne, ostatecznie się wyczerpał. Ale niesiona falą tego nurtu tendencja przyniosła też – jak zauważył lata temu we „Wzniosłych tęsknotach” Przemysław Czapliński (sądząc po jego ostatnim opublikowanym na tych łamach tekście, wciąż tezę tę podtrzymuje) – strategię dla polskiej literatury regenerującą. Twórczość autorów, którzy sięgnęli nie do własnej biografii, a do przeszłości rodzinnej, okazała się ożywcza. Ich genealogiczne mitografie odrzucają rozkosze prywatnych nostalgii i wyzyskują historie przodków – a przez to skuteczniej dążą do powiązania i wyprojektowania tożsamości. Innymi słowy – w tej prozie to nie geografia („małe ojczyzny”), ale bohaterowie okazują się korekcyjnym fragmentem rozbitej całości. Ich uobecnienie daje nadzieję na ciągłość i wspólność, wyjście z kryzysu teraźniejszości.

Mikołaj Łoziński, „Stramer”. Wydawnictwo Literackie, 440 stron, w księgarniach od października 2019Mikołaj Łoziński, „Stramer”. Wydawnictwo Literackie, 440 stron, w księgarniach od października 2019W ostatnich latach spragniona przedwojennego autorytaryzmu Europa Środkowa wraca do koncepcji państwa narodowego. Nabrzmiewa nienawiść, naprzeciw siebie stają grupy o odmiennie ukształtowanych tożsamościach. Coraz powszechniejszy populistyczny nacjonalizm, definiujący naród w wąskim, etnicznym znaczeniu, wyklucza dużą część obywateli. Reaktywowani zostają dawni „obcy”: homoseksualiści, imigranci, Żydzi. Rozkwit polityki tożsamościowej we współczesnych demokracjach liberalnych staje się jednym z głównych zagrożeń, z jakimi musimy się mierzyć. Dlatego „tożsamość” jako temat powinna dziś bardziej niż kiedykolwiek pozostać w obszarze zainteresowań literatury. „Ponieważ klasa średnia w polskiej kulturze nie wytwarza połączeń i nie określa wspólnych tradycji, powstaje próżnia, którą wypełnia nacjonalizm”, pisał w przywołanym wyżej tekście Czapliński. „Być może jednak pogłębiona genealogia i odnowiona refleksja nad tkanką łączną życia zbiorowego zrestartują opowieść inteligencką i sprawią, że na nowo splecie ona jednostkowe ze społecznym. Ktoś musi te powiązania opowiedzieć, bo historia właśnie przyspieszyła”. Podobną intuicję zdradza Mikołaj Łoziński, który w wywiadzie dla Onetu przyznaje, że okres międzywojnia, który stanowi tło jego najnowszej powieści, jest dużo bliższy naszej rzeczywistości dziś niż jeszcze osiem lat temu, kiedy dopiero zabierał się za „Stramera”. Czas nie tyle się zatrzymał – podsumowuje Łoziński – ile ruszył do tyłu, i to dziesięć razy szybciej.

Autor wyróżnionej Nagrodą Kościelskich powieści „Reisefieber” (2006) oraz uhonorowanej Paszportem „Polityki” „Książki” (2011), będącej (wedle definicji Dariusza Nowackiego) czymś w rodzaju „antysagi rodzinnej”, wydał właśnie inspirowaną historią swoich bliskich powieść „Stramer”. „Książka” poprowadzona była nielinearnie, zbudowana z okruchów, mikrozdarzeń i wypowiedzi krewnych autora – matki, ojca, brata. Tym razem Łoziński jednego ze swoich bohaterów obdarza elementami biografii dziadka, a całą rodzinę jego nazwiskiem, ale porzuca literackie eksperymenty z formą, decydując się na klasyczną powieść realistyczną. „Stramer” opowiada o losach świeckich Żydów zajmujących malutkie parterowe mieszkanko przy ulicy Goldhammera 20 w Tarnowie. Akcja, sięgająca momentami do wieku XIX, obejmuje przede wszystkim okres dwudziestolecia międzywojennego. Nathan (dumny, gdy na mieście mówią mu „Boss”) po czterech latach przepracowanych w Ameryce wraca do Tarnowa. Dla Rywki. Z pobytu w Nowym Jorku zostaną mu bynajmniej nie dolary (bilet powrotny funduje brat), a charakterystyczne powiedzonka („dobrze, ale nie beznadziejnie”) i słowa, których na szczęście i tak nikt z rodziny nie rozumie (shit!). Nathan i Rywka pobierają się, witają na świecie kolejne dzieci (łącznie będą mieli sześcioro), a przede wszystkim – inwestują (interesów pilnuje Nathan, Rywka cierpliwie to znosi). Na przykład w cały wagon kalafonii (kto by pomyślał, że w Tarnowie jest tak niewielu skrzypków?) albo świec (za bezcen, tyle że bez knotów). Szczęśliwie brat Nathana regularnie wysyła owinięte we fioletową, barwiącą bibułkę dolary, które Rywka regularnie pierze i suszy. Niepowodzenia wpędzają ojca rodziny w cykliczne zaburzenia nastroju, wywołując tzw. katar żołądka (depresję). Gdy dzieci dorastają, towarzyszymy im podczas studiów w Krakowie i podczas wyjazdów za granicę, gdy postanawiają walczyć w hiszpańskiej wojnie domowej albo uciekać przed faszystami do Lwowa. Osią historii, jej axis mundi, pozostaje jednak Tarnów, w którym do ostatnich stron powieści Łozińskiego pozostają rodzice Rudka, Hesia, Salka, Reny, Weli i Nuska.

Żydzi wracają w naszej kulturze najczęściej jako wyrzut sumienia – pod postacią widma, dybuka, a nawet zombie. Jako trupy, szczątki ciał, ich „resztki”. Zdaniem Joanny B. Bednarek (autorki tekstu „Horror show, czyli estetyzacja pamięci”) na tę sytuację decydujący wpływ miała publikacja „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa. Książka okazała się niebezpieczna dla polskiej polityki historycznej, ponieważ podała w wątpliwość dominującą narrację o naszym bohaterstwie, solidarności i pomocy. „Sąsiedzi” przyczynili się, z jednej strony, do wzmożonej reprodukcji figury bohatera narodowego i wzmocnienia prawicowej „pedagogiki dumy”, a z drugiej – pogłębili refleksję nad tragiczną niemożliwością włączenia zombie-Żydów do współczesnego społeczeństwa. Tę tendencję widać w „Nocy żywych Żydów” Igora Ostachowicza, ale też w filmowym „Demonie” Marcina Wrony inspirowanym „Przylgnięciem” Piotra Rowickiego czy w literaturze gatunkowej – „Marze” Małgorzaty i Michała Kuźmińskich, „Oszpicynie” Krzysztofa A. Zajasa. Pozostaje wątpliwość, czy opowiadanie o zamordowanym żydowskim życiu za pomocą „resztek”, figur zjaw i duchów nie jest gestem ucieczkowym, romantyzacją potwornej rzeczywistości, która jest nadal naszym udziałem.

Łozińskiemu bliżej do autorów takich jak Mikołaj Grynberg, Monika Sznajderman, Marcin Wicha czy Maciej Zaremba Bielawski, którzy próbują rozwikłać tajemnice rodzinnych genealogii poprzez sięganie do archiwów i postpamięci. Autorów, którzy nieustępliwie rekonstruują przeszłość na podstawie dostępnych „resztek”, zamiast ją estetyzować i romantyzować. O pilnej potrzebie takiej twórczości splatającej „jednostkowe ze społecznym”, będącej „przymiarką do wspólności”, którą zapowiada w swoim tekście Czapliński, wiele powiedziały pierwsze, entuzjastyczne reakcje krytyki. „Losy bohaterów [Łozińskiego] prowadzą dalej, ku innej Polsce. Wspaniale zamykać książkę z poczuciem, że ta historia toczy się dalej. Czekałam na taką powieść” – pisze w „Polityce” Justyna Sobolewska.

Czekaliśmy na powieść, która stawi opór polityce historycznej, utrwalającej portret Polski wyłącznie heroicznej, antykomunistycznej, katolickiej i sprawiedliwej wśród narodów świata. Potrzebna nam jest w literaturze prawdziwa II RP – zróżnicowana, składająca się z różnic etnicznych, religijnych, światopoglądowych, nowoczesna, a jednocześnie antysemicka, wszechpolska. Ale w tym sensie słabością „Stramera” jest to, co Sobolewska wskazuje jako jego atut: „Ta książka ma w sobie lekkość, mimo że nadciągają ciemne chmury lat 30. i wszystko zmierza do znanego, tragicznego finału. (…) Łozińskiemu udało się napisać powieść, której nie chcemy kończyć, chcemy być dalej w świecie Stramerów”. Kto chciałby zostać na zawsze w świecie tarnowskich Żydów w latach 30.? Najbardziej sam autor powieści, który wycisza historię i uparcie, aż do ostatniej strony, oddala zło, które ma spotkać rodzinę z Tarnowa, trzymając nad Stramerami nieprzepuszczający zgiełku świata klosz nostalgii. W tym odosobnieniu powstaje rzeczywiście lekki, pastelowy i ciepły, choć ostatecznie płaski obraz ośmiorga bardzo podobnych do siebie (może poza Nathanem, najlepiej poprowadzonym w tej powieści), wyidealizowanych postaci.

To efekt kilku nakładających się na siebie zabiegów narracyjnych. Przede wszystkim Łoziński wygłusza historię, najprawdopodobniej zakładając, że doskonale znamy czasy, w których umieszczeni zostają bohaterowie. Traktuje konkrety i fakty historyczne pretekstowo. Wysupłuje Stramerów z epoki, nadając im – przy zachowaniu pewnej typowości w biografiach – charakterystyczne dla prozy nostalgicznej znamiona wyjątkowości. Tyle że – chcąc starannie zaprezentować na czterystu stronach książki całą ósemkę, a także liczne postaci drugoplanowe – dokonuje koniecznych cięć, odbierając ważną przecież w powieści realistycznej możliwość poznania bohaterów w momentach dla nich formujących.

O ile motywacje socjologiczne Stramerów możemy w trakcie lektury dopełnić, odwołując się do wiedzy o epoce, z dookreśleniem ich portretów i motywacji psychologicznych jest trudniej. Narrator powstrzymuje się od jakichkolwiek ocen i interpretacji oraz formułowania związków przyczynowo-skutkowych, jakie towarzyszą podejmowanym przez jego bohaterów decyzjom. Nie wiemy niczego o emocjach postaci, nie mamy dostępu do ich świata wewnętrznego. Dlaczego Hesio i Salek zostają komunistami? Jak młody Rudek przeżywa wyjazd do Krakowa? Jak rodzice reagują na romans córki z żonatym mężczyzną, o którym plotkuje całe miasto? Czy wreszcie – jak Stramerowie odnajdują się wśród narastających nastrojów antysemickich? Trudno powiedzieć, bo też poza kilkoma epizodami w szkole czy kawiarni antysemityzm wyjątkowo Stramerów nie dotyka. Nieprzekonująco wypadają także rozdziały, w których Salek zaciąga się do wojska. Francja i Hiszpania w „Stramerze” nie zostały zresztą literacko dopracowane, szczególnie w porównaniu z opisanym niezwykle drobiazgowo Tarnowem – jego ulicami, szkołami, kawiarniami, podwórkami, parkami. Salek w Paryżu przechadza się po prostu „tymi samymi ulicami, po których chodził Mickiewicz”, a po przekroczeniu francusko-hiszpańskiej granicy czuje się „jak w slapstikowym filmie”. Jakby poza Tarnowem świat był, mimo toczącej się wojny, nierzeczywisty. Jakby Salek nie tyle był za granicą, ile sobie ten pobyt wyobrażał na podstawie lektur. Jego podróż oraz wojna, której pierwszy raz w życiu doświadcza, relacjonowane są w telegraficznym skrócie.

Kolejne przywołane w powieści zdarzenia, pędzące jedno za drugim, nie pozostawiają w bohaterach Łozińskiego wyraźnego śladu. Żadnej grozy nie ma w scenach życia we Lwowie. Dwa razy śni się pracującemu w „Czerwonym Sztandarze” Hesiowi, że przeoczył literówkę i „następnego dnia w gazecie na pierwszej stronie zobaczył zdjęcie wodza podpisane: Józef Sralin”, a w konsekwencji traci entuzjazm, więcej pali i mniej śpi. Trudno wyjaśnić tę emocjonalną powściągliwość inaczej niż jako nostalgiczną próbę zanegowania historii, niosącą złudzenie ocalenia przeszłości, zatrzymania czasu. Łoziński wygasza afekty, zachowuje elegancki dystans, detonuje terror w anegdocie, zapewniając czytelniczce szereg łatwych wzruszeń („chcemy być dalej w świecie Stramerów”).

Zdradzając kilka szczegółów pisarskiej kuchni w „Rozmowie o sztuce powieści”, Milan Kundera zwracał uwagę, że spośród okoliczności historycznych wybiera do swoich utworów tylko te, które wytwarzają dla jego bohatera znaczącą „sytuację egzystencjalną”. „Historia w powieści – mówi Kundera – powinna być sytuacją egzystencjalną w powiększeniu”. W przypadku „Stramera” trudno mówić o jakichkolwiek sytuacjach egzystencjalnych, ponieważ bohaterowie pod wpływem bieżących zdarzeń nie zmieniają się, nie rozwijają. Zostają wrzuceni w przeróżne okoliczności, które zdają się nie mieć na nich większego wpływu, są jedynie pretekstem do rozwoju akcji. Albo inaczej: podrzucane czytelniczce kolejne informacje o wydarzeniach w kraju i na świecie rozwój akcji pozorują. Niezależnie od całego polityczno-obyczajowego fermentu czasów przedwojennych Stramerowie najzwyczajniej w świecie dojrzewają, tracąc pierwsze miłości i złudzenia, romansując i pracując, zupełnie jakby należeli do współczesnej klasy średniej. Wrząca, wroga rzeczywistość międzywojnia i czas po wybuchu wojny nie odciskają na nich piętna.

Postaci Łozińskiego są nieskomplikowane, określone poprzez jeden atrybut, dominującą cechę (zaradność, dobra pamięć, niefrasobliwość, nadmierny popęd seksualny). Kobiety – poza narzeczoną Salka Ireną, pasjonatką fotografii – skupione są głównie na miłościach. Skądinąd Irena oraz jej rodzice, bogaci tarnowscy mieszczanie, przedstawieni są nie tylko jako ludzie światli i otwarci, hojni i nieuprzedzeni (odwiedzająca Salka Irena jest zachwycona podwórkiem przy Goldhammera 20 i wspaniale dogaduje się z całą rodziną Stramerów, której robi tego dnia serię zdjęć), ale niemalże święci. Zresztą prawie wszyscy bohaterowie Łozińskiego są nie tylko wyjątkowo piękni i dobrzy, ale też znoszą swój los bez pretensji. Szczególnie Rywka, najbliższa autorowi – jak sam przyznaje w wywiadach – postać, która z anielską cierpliwością akceptuje ciasnotę, biedę, ciągnącą się depresję męża i jego chybione interesy, a także wychowanie i konieczność wykarmienia szóstki dzieci oraz przychodzących na odpłatne obiady gości. Łoziński próbuje rzucić na jej los trochę cienia, wspominając o straconym dziecku i żalu za nieodbytymi podróżami. Nie odbija się to jednak na jej charakterze.

Już w „Książce” Łoziński dał się poznać jako autor przywiązujący szczególną wagę do świata materialnego. Także w „Stramerze” jest bardzo skrupulatnym, drobiazgowym rekonstruktorem i scenografem. Rzeczy dostają w tej powieści najwięcej miejsca, jakby ich nagromadzenie pozwoliło autorowi ścigać się z czasem. To przedmioty uwiarygadniają miejsce akcji oraz historię, choć momentami odbierają przestrzeń samym bohaterom, jakby miały zastąpić nieobecnych. Poznajemy charakterystyczne reklamy, czytamy fragmenty gazet i listy z więzienia, dotykamy elementów garderoby, podziwiamy szyte u krawca koszule, wnętrza mieszkań i kawiarni, meble, aparaty fotograficzne i fotografie, a także akwaria i okładki książek, smakujemy chałwę i kawę z cykorii. Im więcej szczegółów, tym lepsze zorientowanie czytelniczki w przeszłości, zdaje się myśleć Łoziński. Ta drobiazgowość w odtworzeniu przedwojennej codzienności Stramerów jest największym atutem powieści.

Trudno powiedzieć, by historia Stramerów „toczyła się ku innej Polsce”, jak pisze Sobolewska. Nie daje ona nadziei na „ciągłość i wspólność”, jest hermetycznie zamknięta i samowystarczalna, piękna, może wzruszająca, ale pozbawiona katarktycznej mocy. Uczestniczymy w niej tak, jak uczestniczy się w historiach oglądanych przez wizjer fotoplastykonu – godząc się na optyczne złudzenie. Łoziński wykorzystuje ten mechanizm, pokazując bardzo szybko następujące po sobie, drobiazgowo skomponowane, nieruchome obrazy. Próbuje zrekonstruować przedwojenny świat z dostępnych „resztek”, tyle że unikając ich romantyzacji, dokonuje równie niebezpiecznej, bo ucieczkowej estetyzacji. Zamiast propozycji wyjścia z kryzysu teraźniejszości otrzymujemy środek ją znieczulający, literacką sedację, odosobniającą nostalgię.