Kapsuły czasu
all black long johns CC BY-NC-SA 2.0

28 minut czytania

/ Literatura

Kapsuły czasu

Monika Ochędowska

Literackie opowieści z lat 80., 90. oraz tych „powyżej zera” nie chcą być osobne. Są raczej nieustannym YouTube party, na którym deliryczne teledyski do piosenek z „Akademii Pana Kleksa” lecą na zmianę z odcinkami „Dynastii” i reklamami soczków Baltony

Jeszcze 7 minut czytania

Pomysł na wspomnieniowe „I remember” – dzisiejszy klasyk kursów kreatywnego pisania – pojawił się ponoć w głowie Joego Brainarda latem 1969 roku. „Czuję, że w takim samym stopniu jak o mnie, ta rzecz jest o każdym” – pisał podczas pracy nad książką w liście do przyjaciółki Brainard. „Sprawia mi to satysfakcję, bo czuję się, jak gdybym był każdym. I jest to miłe uczucie”. Zanim doszło do wydania książki, którą Siri Hustvedt nazwie „wehikułem pamięci”, kumpel dorastającego w Oklahomie artysty, Andy Warhol, zaczął tworzyć własne „kapsuły czasu”. Wykonywał robotę przeciwną wspomnieniowej grze skojarzeń – wysyłał swoje „teraz” w przyszłość. Co miesiąc przez 13 lat (między 1974 a 1987 rokiem) do zwykłych szarych kartonów wrzucał niewielkie przedmioty, listy, wycinki prasowe i zdjęcia – efemerydy, by nie powiedzieć: śmieci – tworząc tym samym ponad 600 unikalnych asamblaży. Trzy lata temu w Muzeum Warhola w Pittsburghu otwarte zostało pierwsze pudło. W tym samym czasie Krzysztof Zabłocki przetłumaczył „I remember” na polski.

Pamiętam gumę Double Bubble z komiksami (…).
Pamiętam okres gumy do żucia Clove. I okres gumy Juicyfruit. A potem (szkoła średnia) okres, kiedy Dentyne wydawała się najbardziej wyrafinowanym wyborem.

Zdaje się, że przedmiot musi przekroczyć pewien dystans czasu, a najlepiej: wyjść z użycia (z żucia), by można było bezpiecznie wrócić do niego pamięcią. „Praca pisania zawsze dokonuje się w stosunku do czegoś, co już nie istnieje, co może być na chwilę utrwalone w pisaniu jako ślad, choć właśnie znikło” – pisał Georges Perec, inspirowany zapiskami Amerykanina. Ta zasada sprawdza się nie tylko w przypadku przedmiotów, pracuje także na użytek słów („Pamiętam «ani na jotę» i «ukuć frazę»”), gestów („Pamiętam, że ojciec Penny zawsze miał w ustach fajkę”), doświadczenia własnego ciała („Pamiętam, jak w drodze do domu swędziały mnie plecy”) i przestrzeni.

„Dopiero odległość oddalenia i czas absencji odpowiednio wyostrzają kontekst zakorzenienia i przynależności do rodzimego miejsca” – pisze w eseju „Koło miejsca” Krzysztof Siwczyk, nawiązując poniekąd do idei aktywnego negatywu Oskara Hansena. Minimalistyczna, płócienna okładka książki przywodzi na myśl Warholowskie pudło. Znamienne, że obok tekstu znajdują się w niej również zdjęcia. Michał Łuczak swój towarzyszący esejowi Siwczyka fotograficzny „Elementarz” poprzedza zresztą krótkim tekstem rozpoczynającym się oczywiście od słowa „Pamiętam...”, po którym następuje wyliczanka podwórkowych wzlotów i upadków.

Unboxing wszystkiego

Zakurzone kartony twórcy „Brillo Boxes” upycham niedaleko „remembrów” Brainarda nie tylko z powodu towarzyskich koligacji obu panów i czasowej zbieżności ich projektów. Mam wrażenie, że lata, które upłynęły między polskim wydaniem wspomnień Brainarda a eseistycznym debiutem Siwczyka, wypełnione były bezustannym, obsesyjnym „unboxingiem”. Intensywna fascynacja przedmiotami oraz narracjami z okresu transformacji, którą kipiała najpierw inspirowana vaporwave’em sieć, a potem rynek książki – nie tylko beletrystycznej, bo wystarczy rzucić okiem na wydawnictwa dotyczące architektury, designu albo reportaż – bliska jest emocjom, których doświadczają telewizyjni „Łowcy okazji”. W czasach smart everything przyszło nam tęsknić za glitchem VHS-u.

Grzegorz Bogdał, Anna Cieplak, Sylwia Chutnik, Anna Dziewit-Meller, Weronika Gogola, Wioletta Grzegorzewska, Małgorzata Halber, Joanna Lech, Jacek Melchior, Bronka Nowicka, Maciej Płaza, Krzysztof Siwczyk, Dominika Słowik oraz Marcin Wicha – by wymienić tych najważniejszych – w ostatnich latach z powodzeniem licytują w swoich Bildungsbiographies siermiężne fanty dzieciństwa z magazynowych wyprzedaży. Dzieciństwa, które przypadło na osobliwe lata czasu transformacji: Czarnobyl, kryzys ekonomiczny, lęk przed AIDS, pierwsze reklamy i McDonald’s.

Aldona Kopkiewicz, analizując „Pamiętam że” Georges’a Pereca, notowała, że inspirowane amerykańskim cyklem retrospekcje rzucają światło na „różnorodność faktów chwilę przed tym, nim zostaną zinterpretowane jakąś historyczną narracją”. Klasyczna, fabularna interpretacja wymagałaby uchwycenia rozległej, krytycznej perspektywy, podczas gdy biografie wymienionych powyżej autorów, budowane z mniej lub bardziej przypadkowych odprysków wspomnień, niczym vaporwave'owe grafiki, pozwalają beztrosko osiadać na mieliźnie urokliwej jaskrawości.

Anna Cieplak, „Lata powyżej zera”. Znak Literanova, 272 strony, w księgarniach od września 2017Anna Cieplak, „Lata powyżej zera”. Znak Literanova, 272 strony, w księgarniach od września 2017Zasada jest prosta: trzeba spisać „wspomnienia niemal zapomniane”, raczej błahe, pospolite, ale wspólne – jeśli nie dla wszystkich, to przynajmniej dla wielu. Okruchy codzienności, sprawy, których w tym czy innym roku ludzie z tego samego pokolenia byli świadkami, wspólnie je przeżywali i dzielili, a które następnie popadły w zapomnienie. Opowieści z lat 80., 90. oraz tych – jak w tytule drugiej powieści Cieplak – „powyżej zera” nie chcą być „osobne”, wyrażać unikalnego, niepowtarzalnego doświadczenia. Są raczej, wedle słów Siwczyka, poszukiwaniem „kodu nieistniejących wspólnot”, nieustannym YouTube party, na którym deliryczne teledyski do piosenek z „Akademii Pana Kleksa” lecą na zmianę z odcinkami „Dynastii” i reklamami soczków Baltony. Widmowy unboxing. Do tego pełen zakłóceń. To doświadczenie wspólnoty dobrze oddaje scena z „Atlasu” Dominiki Słowik, w której główna bohaterka z zaciekawieniem odkrywa wnętrze mieszkania koleżanki:

czasem, wiedzeni silną pokusą i korzystając z chwilowej rodzicielskiej nieuwagi, trafialiśmy do tych cudzych mieszkań, które zwykle pachniały jakoś dziwnie, obiadem i dywanami, a na ścianach najebane było ociekających złotem obrazków świętych i pejzaży z jeleniami przy wodospadach (…), w tych pokojach przewijały się (…) wspólne elementy, łączniki, które jak magiczne portale spajały wszystkie mieszkania w pionie w jedną rzeczywistość: łyżki o identycznych trzonkach, niekompletne wydania nigdy nie czytanego tatarkiewicza, ruskie lodówki wystane za komuny w wieloletnich kolejkach.

Do momentu, gdy wszyscy w niedzielę po kościele jedliśmy rosół, popijając go colą, a potem przesiadywaliśmy na klatce, słuchając tych samych kaset z różnymi okładkami lub dzieląc się wrażeniami z obejrzanych na wideo filmów (śmieszna pornografia i przygody Rambo), „nędza możliwości indywidualnego spełnienia się owocowała skłonnościami do stadnych uniesień”, jak wspomina Siwczyk. A grupa organizowała się zawsze wokół jakiegoś centrum. Mogła nim być kapela muzyczna (Cieplak, Halber, Siwczyk), kościół (Cieplak, Grzegorzewska) albo, trochę później, automaty do gier, czat i forum internetowe (Cieplak, Siwczyk). Ważnym punktem odniesienia była także rodzina (głównie ojciec), dom (miejsce magiczne i straszne, taki romantyczny, inicjacyjny kociołek, źródło Weltschmerzu), szkoła (wiadomo), czasem szpital (Gogola, Halber, Lech) oraz blok/wieś/podwórko („Ooobiaaaad!”).

To, co wspólne, jest miłe. Tworzy nie tylko uwiarygadniające rusztowanie dla fikcji, jak w przypadku „Diska” Dziewit-Meller, ale pomaga zawrzeć pakt pomiędzy bohaterem a czytelnikiem. Oraz pomiędzy samymi czytelnikami. Perec określał swoją książkę jako „sympatyczną”, czyli taką, w której czytelnik „doskonale się odnajduje”. Nie inaczej jest z lekturą Cieplak, Gogoli, Grzegorzewskiej, Siwczyka czy Słowik. Potrzeba ponownego nawiązania kontaktu z grupą, której już nie ma, odwołania się do pokoleniowego doświadczenia – wyraża się przede wszystkim poprzez odniesienie do przedmiotu-symbolu, „magicznego portalu spajającego wszystkie mieszkania w jedną rzeczywistość”. Nie uniwersalnego, który łączyłby nas z przodkami, jak grzebień dziadka czy zdjęcie matki u Nowickiej, ale takiego, którego znaczenie potrafią rozkodować tylko rówieśnicy.

Masa spadkowa

Pokoleniowa proza sztafetowa okresu transformacji, w której nostalgia podlega nieustającemu szerowaniu („Ej, a pamiętasz...?”), zbudowana jest więc na modelu Brainarda – krąży wokół artefaktów widmowych, charakterystycznych dla swojego czasu jak Windows 95. Opowieści ejtisowe, silniej zakorzenione w PRL-u i/albo na prowincji, traktują przedmiot o wiele poważniej. Nadają mu charakter magiczny, mediumiczny, ale też porządkujący. W materiałach towarzyszących wystawie Bronki Nowickiej „Istoty rzeczy” można było przeczytać, że narracje artystki:

powstają wokół relacji łączących ludzi i rzeczy: personifikowane, uobecniające zmarłych, zapamiętane – istniejące jedynie jako obraz materii we wspomnieniu. Autorka (…) kolekcjonuje historie współczesnych egzystencji, gromadzi obrazy przedmiotów, (…) podejmuje próbę zobrazowania drogi przedmiotów od materii do wspomnienia.

Sama Nowicka, która za pomocą promieni X zagląda do wnętrza rzeczy, w jednym z wywiadów towarzyszących wystawie „Dwa piachy” przyznała, że używa przedmiotów jako „wehikułów czasu” i narzędzi do otwierania ludzkiej pamięci. Analogiczne próby, tyle że przeprowadzone za pomocą języka, zawarte zostały w tomie „Nakarmić kamień”, odtwarzającym „dni, w które ojciec przestaje się dziać i cała narracja o nim przechodzi na rzeczy”. Podobny pomysł zrealizował Marcin Wicha, opisując w swojej ostatniej książce rytualne zbieractwo rodziców.

Wokół przedmiotu buduje się wspomnienie. Przedmiot (ta nieszczęsna Proustowska magdalenka) zapisuje doświadczenia jak aparat fotograficzny albo – lepiej – kamera, jak w „Latach powyżej zera” Cieplak, reprezentując rodzaj obecności, który mówi nam o nieobecności. Czas podczas robienia fotografii łapany jest u Nowickiej do ciasnego pudełka aparatu, bierze się go w zastaw, zaciągając kredyt. Zmarły dziadek w „Kamieniu” również chowany jest do pudełka. Dziecko dostaje do zabawy pudełko po czekoladkach. A zdziecinniałego męża matka bohaterka Nowickiej też chętnie „trzymałaby w pudełku, zrobiła dziury w wieczku”. Hodowałaby go tak, jak jej matka „hoduje swoją matkę w pokoju z połową drzwi”. „No już. Zaraz zrobi się ciepło. Wszystko będzie dobrze (i bach do pudła)” – przemawia czule do „masy spadkowej” Wicha.

Wioletta Grzegorzewska, „Stancje”. W.A.B., 192 strony, w księgarniach od września 2017Wioletta Grzegorzewska, „Stancje”. W.A.B., 192 strony, w księgarniach od września 2017Pod koniec lat 80. na meblościankach, obok kryształów i maryjek oraz rzeczy niepokojących (wypchane ptaki w „Gugułach”), zaczynają się pojawiać przedmioty obce, z RFN, zza oceanu albo przemytu, jak we „Florydzie” Bogdała i „Smutku cinkciarza” Sylwii Chutnik. Te przedmioty pochodzą z zagubionej pomiędzy komunizmem a kapitalizmem „małej epoczki” Olgi Drendy. Ze świata, który nie miał centrum, był za to odwrócony do góry nogami, aberracyjny i paranoiczny (słynne „PANRAMAO”). Można było obejrzeć kawałek koncertu Queen, ale tylko na wideo u tych „zaradniejszych” życiowo sąsiadów (Bogdał). Niektórzy kosztowali już hamburgera, ale z kiszoną kapustą (Siwczyk). O pizzy na gofrze na bieżąco donosił Szczygieł w „Niedzieli, która zdarzyła się w środę”.

Bogdał wyzyskuje ten moment, oddając jego osobliwość na poziomie konstrukcji fabularnej opowiadań. Gdy beznamiętnie relacjonuje dekapitację gotującej rosół matki, której brak głowy nie przeszkadza w kontynuowaniu domowej krzątaniny, silnie nawiązuje do estetyki wspomnianego tu już vaporwave'u, jeśli definiować ją jako na „życie na śmietnisku w dystopijnej przyszłości, gdzie znajdujesz kilka kaset VHS” z filmami kategorii co najmniej B. Rzeczywiście blisko tej prozie do „Toksymii” Małgorzaty Rejmer czy „Uprawy roślin południowych metodą Miczurina” Weroniki Murek, jak zauważyła w recenzji „Florydy” Olga Drenda, wrzucając całą trójkę w nurt „brzydkiego realizmu magicznego”. Bogdał jest jednak równie magiczny, co glitchowy. Usterce ulegają u niego nie tyle forma czy język opowieści (to proza gadana, monologowana), co bohaterowie poszczególnych historii, konsekwentnie siekani od stóp do głów przy dźwiękach magnetowidowego szumu.

Postaci opowiadań Bogdała są doskonale symbolicznym obrazem świata, z którego wyrastają. Ten świat, zapisany również w eseju Siwczyka i oglądany przez obiektyw Łuczaka w „Elementarzu”, powoli zarasta, ujawniając swoją groteskowość i niedopasowanie. Albo inaczej: wyizolowanie i melancholię. Zakorzenienie w uszkodzonej, zdezorganizowanej infrastrukturze, pozbawionej swojej pierwotnej, często nieczytelnej już funkcji, widoczne jest szczególnie w miejscach mniej podatnych na zmianę, ulokowanych poza centrum, na orbitach, w miastach archipelagach: Częstochowie Grzegorzewskiej, Gliwicach Siwczyka czy Będzinie Cieplak, której bohaterka podejmuje notabene systematyczną podróż do „nowego Rzeczywistego” (dosłownie: centrum handlowego Real).

Przeznaczeni do likwidacji

Do większości ejtisowych i najntisowych narracji, wyłączając chyba „Florydę” Bogdała, można mieć jednak ten sam zarzut, który sformułował pod adresem „Zjednoczonych stanów miłości” Wasilewskiego Jakub Popielecki. Wizja obu dekad jest w nich raczej, jak już wspominałam, miłym i efektownym kostiumem dla Bildungsbiographie niż narzędziem poznania czy głębszej refleksji. Jeśli zgodzić się z Popieleckim, że „Zjednoczonym stanom miłości” miejscami zbyt blisko jest do stanu miłości własnej, z prozą może być podobnie. Chodliwa na literackim rynku nostalgia jest w niej co najwyżej naskórkowym i dość sztampowym świadectwem wyczerpania. Zarówno siermiężnego socjalizmu i życiowej stabilizacji początku lat 90., o których opowiada, jak i modelu życia obecnych 30-latków, z perspektywy których jest opowiadana – wystarczy zajrzeć do zeszytu ćwiczeń „Mam 30 lat” Natalii Sajewicz, by to zrozumieć (dla chętnych jest wersja rozszerzona: lektura „Wzgórza psów” Jakuba Żulczyka albo „Fajrantu” Andrzeja Muszyńskiego).

Wyczerpywanie się kolejnych pomysłów na życie w potransformacyjnej Polsce widać chyba najwyraźniej w „Latach powyżej zera” Cieplak, gdzie skompromitowane zostały pokoleniowe doświadczenia zarówno dzieciaków, jak i ich rodziców. Obserwacja Cieplak, jakkolwiek trafna, nie niesie ze sobą jednak żadnych znaczących konsekwencji dla bohaterów i nie oczekuje niczego od czytelnika, zapewniając mu jedynie zmysłową przyjemność obcowania z nostalgią płowiejących obrazów. W tej powieści rozpacz matki z powodu utraty wykonywanej przez całe życie pracy w małym zakładzie fryzjerskim ostatecznie zostaje zażegnana – niczym w książkach Musierowicz – zupą ogórkową. Zdecydowanie ostrzejszy obraz „nowego Rzeczywistego” notował na gorąco dwadzieścia lat temu Mariusz Szczygieł we wspomnianej „Niedzieli, która zdarzyła się w środę”:

Było po drugiej w nocy z czwartku na piątek. Ewa Molak przesuwała się po stacjach. Na 68,03 FM ktoś zapytał: – Czy czasy, w jakich żyjemy, bardziej nas budzą, czy gubią?
Zaraz zadzwonił mężczyzna, który udowadniał, że nowa Polska daje nowe możliwości. Radio go pochwaliło. (…)
Ewa Molak nie wytrzymała.
– Często nie śpię, bo mi się kłopoty nałożyły – przedstawiła się słuchaczom. – Mieszkam na Ursynowie.
– Pani się gubi czy budzi w tych czasach – spytało radio.
– Wychowuję sama córkę.
Zamilkła.
– I już drugi dzień nic nie jadłam… – wciągnęła nosem powietrze.
– Niech pani nie płacze. Czy chociaż córka jadła?
– Tak. U koleżanki. Ale jest jeszcze kot. I ten kot tak patrzy błagalnie, odwracam od niego wzrok. (…) Ja już straciłam prawo do zasiłku. Z zawodu jestem tapicerem i nie ma dla mnie pracy, a szukam jej bardzo.
– Nie wierzę, że nie ma – powiedziało radio.

U Szczygła nawet „prawdziwa pizza” z wędzonym kurczakiem, zafundowana zamiast niedzieli w środę, jest tylko małym „celem przyjemnościowym”, nonsensowną nagrodą pocieszenia, na którą zwolnioną z fabryki komputerów Elwro rodzinę Maciągów stać jeszcze po zakupie kurtki z koca dla dziecka. Maciągowie walczą nie tylko o życie. Stawiają czoła również nowym, liberalnym mediom, które odbierają im „moralne prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych”. Mniej więcej w połowie lat 90. ci, „którzy się budzą”, przestają rozumieć i mieć współczucie dla tych, „którzy się zgubili”.

Magic hour

Świat przedstawiony w książkach Cieplak, Grzegorzewskiej czy Płazy bywa tymczasem po prostu efektowny, by nie powiedzieć – efekciarski, jakby ktoś zarejestrował go w trakcie tzw. złotej godziny. W „Stancjach” czytamy:

Pewnego dnia wyszedłem zapalić na podwórko (…), a kiedy wracałem do przez sień do izby, ty wpadłaś na mnie, schodząc po drabinie ze strychu. Pomazana na policzku zieloną farbą, pachniałaś sianem i terpentyną, wniosłaś do sieni światło letniego popołudnia. Chyba się zawstydziłaś, bo wybiegłaś przed dom, postawiłaś wiadro na pniaku obok stodoły i kucnęłaś przy nim, rozstawiając nogi jak chłopak, żeby umyć twarz. Przez sukienkę prześwitywała twoja bielizna. Wiadro się przechyliło. Lodowata woda wylała się na posiniaczone kolana, nagie łydki. Chciałem podejść, przywitać się, zagadnąć, ale ty na mnie nawet nie spojrzałaś. Z obojętną miną poszłaś sobie na pole.

Podobnie malarskie obrazy jak w „Stancjach”, w których podróż starym, rozklekotanym autobusem odwoływać ma czytelnika do „Odysei”, znajdujemy w „Gugułach” czy „Skoruniu” Macieja Płazy. W związku z tym ostatnim Justyna Sobolewska pisała nawet o zamknięciu i unieruchomieniu przedstawionego świata, które sprawia, że czytelnik obserwuje go jakby zza szyby: „chciałoby się, żeby ten statyczny, mityczny obraz się poruszył”.

Weronika Gogola, „Po trochu”. Książkowe Klimaty, 180 stron, w księgarniach od czerwca 2017Weronika Gogola, „Po trochu”. Książkowe Klimaty, 180 stron, w księgarniach od czerwca 2017Brzydota będzińskich działek i domów kultury u Cieplak czy pełnej ruskich zakapiorów Częstochowy Grzegorzewskiej jest równie malownicza i skądinąd dla samych bohaterek podniecająca (bohaterkę „Stancji” kręci przecież „bycie pomiędzy”, jak mówi sama autorka). Sceny, opisywane w taki sposób, jakby sfilmowano je w trybie tysiąca klatek na sekundę, pozwalają w nieskończoność przeciągać (na wzór vaporwave'owych melodii spowalniać i loopować) te bardziej „magiczne” momenty. Recenzując pierwszą książkę o Wiolce z Hektarów, Dariusz Nowicki zauważył zresztą, że Grzegorzewska mocno „archaizuje świat, o którym opowiada; rzec by trzeba: etnograficznie go deformuje czy raczej podkręca”. Za bardzo to wszystko literackie, pisał krytyk, zrodzone z zapatrzenia w realizm magiczny w guście Marqueza. To ten „ładniejszy” realizm magiczny, dodajmy. „Stancje” zdają się patrzeć na Hektary z jeszcze większego oddalenia niż „Guguły”, „podkręcając” ich obraz na maksa. Nie bez przyczyny postacią spajającą fabułę, pretekstem do trzymania się kolejnych, dziwnych (według niektórych krytyków nawet udziwionych, przejaskrawionych), częstochowskich stancji, jest Pan Kamil. To jego „spojrzenie” (przywołane w cytacie powyżej) w dużej mierze formatuje, albo deformuje, świat Wiolki.

Kamil patrzy na Wiolkę trochę jak Wojciech Puś w projekcie „Magic hour” na swojego partnera, Karola. „Magic hour” to kilkunastominutowe wideo, nakręcone w miękkim świetle zachodzącego słońca, na którym oglądamy (oczywiście w morderczym slow motion) wynurzającego się ze stawu mężczyznę o urodzie przywodzącej na myśl bohaterów Xaviera Dolana. Staw, z którego wynurza się Karol, nie jest miejscem przypadkowym – znajduje się, jak donosi w „Miłosnym performansie” Zofia Krawiec, niedaleko domu prababci Pusia, w którym artysta się wychowywał. „Myślę, że oglądając ten film za kilkadziesiąt lat, będę czuł głównie ból” – zwierza się artysta. Dlaczego? Bo „wtedy nie będziemy już young and beautiful, jak w piosence Lany del Rey”.


Ten ból odsyła nas do charakterystycznego dla wszystkich sad girlssad boys Weltschmerzu, który odnajdujemy w literackiej nostalgii za latami dzieciństwa („próbowałam pokonać miasto, obracając je w projekcję własnych bólów dorastania” – cytuje Angelę Carter Grzegorzewska w motcie „Stancji”). Quasi-realistyczne, ponadrealne obrazki z wiejskiego i miejskiego życia są niezaprzeczalnie piękne, odurzająco zmysłowe. Upajające jak wciągany z rękawa u Grzegorzewskiej butapren. I równie zwodnicze. Wynurzający się ze stawu Karol w filmie Pusia ostatecznie ucieka w las, pozostawiając zagapionego widza z poczuciem niepokoju.

Biografie z resztek

Marcin Wicha, „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Karakter, 198 stron, w księgarnich od maja 2017Marcin Wicha, „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Karakter, 198 stron, w księgarnich od maja 2017To ważne, bo większość przywołanych tu próz organizuje się przecież wokół śmierci. Nawet jeśli nie tak dobitnie jak w „Sztuczkach” Joanny Lech czy „Po trochu” Weroniki Gogoli, gdzie co chwilę ktoś spektakularnie sobie umiera, oswajając bohaterki z doczesnością świata, a nawet prowokując jej afirmację, to śmierć jest wyraźnie obecna we wszystkich przywołanych opowieściach. Bywa albo integralnym elementem świata, jak w „Kamieniu” Nowickiej, „Skoruniu” Płazy czy „Gugułach” Grzegorzewskiej, zafascynowanych labilnością i pulsowaniem rzeczywistości, albo wywołuje pewien opór, jak w „Rzeczach” Wichy. W opowieści Płazy bezustannie dochodzi zresztą do przekraczania granic, do jakiegoś gwałtu, jak pisała Sobolewska. Woda zabiera domy, Skoruń napastuje Lipcówkę. W Olszynach Gogoli pożar pochłania miejscowy GS, a w Częstochowie Grzegorzewskiej dochodzi do nagłej ewakuacji robotniczego hotelu Wega. Tymczasem z komisów, do których zaglądali regularnie rodzice Wichy, przestają przychodzić pocztowe pozdrowienia, a gliwickie podwórka w obiektywie Łuczaka zarastają chwastem. Zasadą istnienia hermetycznych peryferii są więc przemoc i rozpad.

Pisząc o prozaikach powracających do czasów transformacji (głównie dotyczy to tych należących do tzw. nurtu chłopskiego, jak wymieniona powyżej trójka autorów), krytycy często nawiązują do Myśliwskiego. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że ci autorzy w takim samym stopniu są uczniami Olgi Tokarczuk, której „Dom dzienny, dom nocny” z 1998 roku mógł stanowić lekturę pokoleniową dzisiejszych trzydziestokilkulatków. Powieść Tokarczuk narzuca pewien rodzaj wyobraźni, w obrębie której doczesność świata wynika z samej natury opowieści. „Guguły”, „Kamień”, „Lata powyżej zera”, „Skoruń”, „Po trochu” czy „Sztuczki” to przecież książki autobiograficznie przegadane, dygresyjne – konglomeraty rodzinnych i sąsiedzkich historii oraz miejscowych legend. Świat powieści opleciony jest w nich siecią narracji, czasem wzajemnie ze sobą powiązanych, czasem fragmentarycznych, domykających mniej lub bardziej spójną fabułę, ujętą w nadrzędną ramę narracji pierwszoosobowej (tak funkcjonuje pamięć). Te „biografie z odprysków” (by posłużyć się terminem Anny Łebkowskiej, zastosowanym ponad dekadę temu m.in. do prozy Tokarczuk) polegają właśnie na zaczynaniu opowiadania wciąż od nowa, na przytoczeniu miejscowej gawędy, rodzinnej historii, opisie fotografii, miejsca albo przedmiotu. W tym przedsięwzięciu ujawnia się próba porządkowania faktów, odsłaniająca mimo wszystko metafikcyjny wymiar opowieści. Bo opowieść – pisała Łebkowska – polega na nakładaniu na siebie takich właśnie warstw pośredniczących, które dając wrażenie nadmiaru, stanowią jedyną szansę wędrówki w czasie, inicjowanej po to, by w efekcie czas ten przekroczyć.

Rusek, cinkciarz i Świetlicki

Jako czytelnicy także potrzebowaliśmy czasu, aby w pełni zaakceptować świeżo odkurzone butaforia, w których wystawia się ejtisowe i najntisowe narracje. To, co w 2012 roku było jeszcze „Źle urodzone”, w 2015 trochę straszyło, choć bardziej śmieszyło jak „Hawaikum”, w 2016 funkcjonowało już jako pełnoprawna „Księga zachwytów”. Swoją drogą, w czasie, gdy „Hawaikum” tak bardzo bolało wrażliwych na „polskie bezkształcie”, w sieci hulał wspomniany vaporwave. Internet zaczął wypluwać dźwięki i obrazy będące odpowiednikiem przysłowiowej wanny z kolumnadą – tyle że stając w obronie jej niepowtarzalnej osobliwości. Tymczasem literatura w rytmie „Disko” Anny Dziewit-Meller (2012) rozgrywała się wciąż „w szarej rzeczywistości” lat 90. Dopiero „Atlas: Doppelganger” Dominiki Słowik (2015) opowiadał o tym, „jak pospolite, brudne i tandetne przeobraża się w fantastyczne”. Potem poszło szybciej, bo „Sztuczki” Joanny Lech (2016) są już „intensywne, zachłanne na wszystkie doznania; na to, co było dawniej, naprawdęmocno” (epitety z blurbów, podkreślenia moje).

Ta zmiana widoczna jest również na poziomie fabuły – to, co kilkanaście lat temu budziło odrazę i wstręt Drotkiewicz czy Rejmer, albo było źródłem guilty pleasure dla Masłowskiej (małomiasteczkowy syf, wszelkiej maści wykolejeńcy, nocni stróże, handlarze z ryneczku, bezdomni i okultystyczne oszołomstwo), w „Stancjach” Grzegorzewskiej jest kuszące i ekscytujące, jeśli nie wręcz – rajcowne. Bohaterem naszych lektur stał się traktowany dotąd per noga cinkciarz, naciągacz, taki „pan usterka”, ale przede wszystkim – człowiek niesformatowany, antyteza mieszczucha.

Rusek i cinkciarz są uosobieniem tęsknoty za intensywnością, tym, co w tamtych czasach (z obecnej perspektywy oczywiście) wydaje się nawet nie tyle barwne, ale jaskrawe i krzykliwe, czy wręcz – gniewne. Lata 90. ze swoim chaosem stają się w najnowszej prozie symbolem niepoprawnej politycznie bezkompromisowości, w której równorzędny głos mieli recydywiści, okultyści, szowiniści czy antysemici.

Ten nurt, jedną nogą grzęznący w nostalgicznej bierności, zdaje się więc stawiać – słaby, bo słaby, ale jednak – opór neoliberalnemu obrzydzeniu równie „słabą” polską nowoczesnością, z której rozliczał nas niedawno Marcin Stachowicz. Po latach 90. – przedsiębiorczych i autentycznych jak „Machina” oraz ekspresywnych jak filmy Pasikowskiego – Polska wkroczyła w dekadę stabilizującego się kapitalizmu, który sformatował nam życie, na kształt technologicznych produktów, tzw. black box – by pociągnąć pudełkową symbolikę – w którym kod jest całkowicie niewidoczny dla użytkownika. Entuzjazm okrzepł. Za cenę stabilizacji wybraliśmy uśrednioną badaniami rynku, wygodną, choć mdlącą nijakość. Radio Kolor zastąpiła w eterze „muzyka gospodarcza”. W architekturze i wzornictwie zaczęliśmy cenić umiarkowanie, a w debacie: brak ostentacji i gwałtownych emocji, zbliżając się do społecznego uzusu sportretowanego w „The Square” Rubena Őstlunda (co także zauważa Stachowicz).

Znamienne, że sceny tego filmu przepełnione są właśnie tęsknotą za usterkami, jakąś energią aberracji, która kipi pod transparentnym, szczelnie zamkniętym w black boksie społecznym GUI. Tę wyczekiwaną energię dobrze oddaje klimat niedawnego ataku Mai Staśko na Świetlickiego, reprezentanta najntisowej niepoprawności spod znaku „brulionu”. Spór o jego postawę i twórczość, na tle małych próz potransformacyjnych, symbolizuje wywołujące wciąż emocje lata 90., z których nawet nie tyle nie wyrośliśmy, ile wciąż nie potrafimy do nich naprawdę dorosnąć, trochę rajcując się polityczną niepoprawnością i chaotycznym bezkształciem, a trochę się ich jednak wstydząc, poza marginesem pamięci zostawiając wciąż to, co niewygodne i bolesne.