Rozkosze mamrotania
Tyler Hewitt/Flickr CC BY-NC 2.0

27 minut czytania

/ Literatura

Rozkosze mamrotania

Monika Ochędowska

Rozpoznajemy się, zbieramy, odliczamy i przybijamy piątki. Potrzebujemy wielu herstorii i opowieści matrylinearnych, by zbudować tożsamość – przegląd najnowszej literatury lesbijskiej

Jeszcze 7 minut czytania

Zanim na Netfliksie pojawiły się „Sex Education” i „Królowa”, spędziłam kilka wieczorów z mieszkańcami Chicago sportretowanymi w trzech sezonach „Easy”. Wyreżyserowany przez jednego z twórców kina mumblecore (mumble znaczy tyle co niezobowiązująca paplanina), Joego Swanberga, serial opowiada między innymi o romantycznej relacji dwóch młodych kobiet. Przeszkody, z jakimi mierzą się na co dzień Chase i Jo, nie dotyczą bezpośrednio seksualności, ale różnic, które wychodzą na jaw w trakcie rozwoju ich związku. Czy zaangażowana w walkę klas lewaczka Jo zaakceptuje nawyki rozpieszczonej mieszczki Chase? Czy partnerki będą próbowały się wzajemnie zmieniać? Czy polubią je przyjaciele i znajomi tej drugiej?

Swanberg opowiada tę historię z lekkością, dużą dozą ciepła i humoru. „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”, chce się staroświecko zakrzyknąć do ekranu, bo mamy tu do czynienia z powiastką filozoficzną, która bawiąc, uczy, jak rozsądnie wybrnąć z nieporozumień i budować romantyczną relację w świecie, w którym partnerki bywają uzupełnieniem podlegającego nieustannej ocenie wizerunku. Więź i możliwość porozumienia ponad różnicami – jak w wielu powieściach Ignacego Karpowicza – okazują się w „Easy” ważniejsze niż prawo do pełnej ekspresji. „Ości” (miłość i solidarność) istotniejsze od tożsamości.

Bezsenność w Radomiu

Oglądając serial, wiele myślałam o tym, że dorastające w latach 90. polskie lesbijki nie miały szans, by spojrzeć na siebie poprzez literaturę, kino czy telewizję. Żadna kształtująca wówczas oczekiwania wobec nowoczesnych związków i rozbudzająca aspiracje amerykańska komedia romantyczna z Meg Ryan i Winoną Ryder w rolach głównych nie nazywała tego, co czułyśmy. Nie testowała na naszych oczach możliwych scenariuszy życia. Nie miałyśmy pojęcia, jak może ono wyglądać, bo nie widywałyśmy innych lesbijek, nie wiedziałyśmy, gdzie się poznają, jak ubierają na randki i okazują sobie uczucia. Jak pisze w wydanej właśnie debiutanckiej powieści Olga Górska: „żaden znany nam film nie docierał do tego miejsca”. Wszystko pozostawało w sferze przeczuć i domysłów. Trudno się było rozeznać w tym, ku czemu budziły się nasze ciała, a potem znaleźć dla tego adekwatny słownik. Górska pisze wprost: „Lesbijki nie istniały. Miałam dwadzieścia dwa lata i nigdy nie widziałam dwóch kobiet w romantycznym związku”. Jak budować własną tożsamość w oparciu o taką informacyjną pustkę?

Olga Górska, „Nie wszyscy pójdziemy do raju”. Drzazgi, 200 stron, w księgarniach od czerwca 2022Olga Górska, „Nie wszyscy pójdziemy do raju”. Drzazgi, 200 stron, w księgarniach od czerwca 2022Kiedy dorastająca w Radomiu narratorka powieści „Nie wszyscy pójdziemy do raju” ogląda teledysk Aerosmith z ikonami lat 90., Alicią Silverstone i Liv Tyler, czuje osobliwy niepokój. Oto dwie dziewczyny (no dobra: udające uczennice młode kobiety) zrywają się z lekcji, by – gubiąc po drodze szkolne mundurki – ruszyć w szaleńczą podróż kabrioletem. Zrzucenie nienagannie białego stroju ma być gestem emancypacji, wyrwania z porządków codzienności, wyzwala też między Alicią i Liv seksualne napięcie igrające ze śledzącym ich ucieczkę widzem, a towarzyszący całej sytuacji wokal dosadnie podpowiada, co powinniśmy sobie wyobrażać. Wpatrując się w ekran telewizora, bohaterka powieści jest jednocześnie podniecona i speszona. „Wiedziałam, że coś przekraczam – myśli z perspektywy czasu. – Nie wiedziałam jednak, co to za granica”.

Kontakt z nasączoną pragnieniami migawką amerykańskiej popkultury okazuje się kluczowy dla kształtowania bohaterki – w końcu teledyski były wówczas tym, czym dzisiaj stał się Netflix. Pułapka polega jednak na tym, że symbolem formatowania stają się atrakcyjne, wolne od zobowiązań i materialnych trosk aktorki, które – jak pisała w książce o „Pięćdziesięciu twarzach Greya” jedna z najlepszych badaczek współczesnego romansu, socjolożka Eva Illouz – odtwarzają symulakrum swojej emancypacji wyłącznie za pośrednictwem seksualności. Wiara w możliwość wyjścia spod klosza, czyli wyzwolenia z klasowej i heteronormatywnej opresji, które ma przynieść realizacja fantazji o ucieczce z kobietą, napędza też w dużej mierze akcję powieści Górskiej, choć autorka w pełni zdaje sobie sprawę z naiwności tego marzenia.

Narratorka „Raju” w ogóle często podkreśla swoją zależność od fikcji, zdradzając czytelniczkom, że nigdy do końca nie wie, co jest „prawdziwym wspomnieniem, a co wspomnieniem zaimplementowanym, telewizyjnym obrazem lub [jej] własną wariacją na temat przeszłości”. Całkiem podobnie: „wszystkiego, co wiem o życiu, nauczyłam się z telewizji” – pisała w „Cukrach” Dorota Kotas. Takim wyznaniem rozpoczyna również swoje debiutanckie „Trash story” Mateusz Górniak. Być może po prostu wszyscy składamy się z dziur w pamięci, do których pasują kopie tych samych obrazków, bo wszyscy siedzieliśmy w tamtym czasie z głowami w telewizorach wyświetlających pirackie, spóźnione widoki (czy właśnie powidoki) zachodniego świata. U Górskiej to doświadczenie skutkuje przymusem nieustannego mierzenia się z wizjami przeszłości, powracaniem do tych samych historii, „oddzielaniem ziarna od plew”.

„Ty chyba lubisz kłamać?” – dopytują przyjaciółki bohaterkę „Raju”. A może nie da się inaczej, może musimy zmyślać i konfabulować, bo – jak powtarza nam wielokrotnie od czasu wydania „Duchologii” Olga Drenda – z jakiegoś powodu brakuje nam wielu dokumentalnych odwzorowań czasów transformacji ustrojowej. Nasza (dziecięca) wiedza o zdarzeniach pierwszej połowy lat 90. zapożyczona jest z programów telewizyjnych, często surrealistycznych, dziwnych, wywołujących lęk, jak czołówka teleturnieju „Miliard w rozumie”. Dokładnie w swoje 30. urodziny bohaterka „Raju” odbywa więc z koleżankami Dorotą i Hanką podróż pod prąd czasu, do Radomia lat dziewczęcych. Ucieczka do przeszłości jest pastiszem tej, którą Silverstone i Tyler odbyły czarnym fordem mustangiem, pragnąc być Thelmą i Louise z filmowego przeboju Ridleya Scotta. Popkulturowy palimpsest. A to dopiero początek historii.

Kiedy Magda poznała Darię

Gocha Pawlak, „Nie rdzewieje”. Książnica, 272 strony, w księgarniach od lipca 2022Gocha Pawlak, „Nie rdzewieje”. Książnica, 272 strony, w księgarniach od lipca 2022„Każda zmiana miejsca zamieszkania sprawia, że umownie staję się nową osobą” – wyznawała wymykająca się normatywności narratorka „Cukrów”. Także bohaterka Górskiej w trakcie wyjazdu z Radomia i powrotu do niego przeżywa na oczach czytelniczek i czytelników kolejne przemiany. Podobnie jest w przypadku pochodzącej z Sosnowca Magdy, narratorki debiutanckiej książki Gochy Pawlak „Nie rdzewieje”. Magda mieszka na co dzień w Warszawie, tkwiąc w niewygodnej dla siebie pozycji między niezobowiązującym wielkomiejskim stylem życia i seksu, reprezentowanymi przez postać jej kochanki Natalii, a autentycznymi relacjami nawiązanymi w młodości, które zostawiła w małym rodzinnym mieście (w tych rolach: Karolina i Daria). Magda stoi przed wyborem – może korzystać z przywilejów awansu społecznego, jaki zapewnia stolica (praca naukowa, granty, imponujący jej ludzie i imprezy), rezygnując jednocześnie z „ości”, albo wybrać je za cenę porzucenia marzeń o aspiracji (tożsamości). W świecie Pawlak to dwa wykluczające się modele życia.

Krytycy mumblecore’u narzekali zwykle na gadulstwo postaci oraz przewagę niekończących się przygodnych improwizacji nad właściwą akcją filmów. W książkach Górskiej i Pawlak wspomnienia przekazywane są czytelniczkom dokładnie tak, jak podrzuca je kapryśna pamięć ukształtowana przez telewizję kablową – w sposób nieuporządkowany, bez hierarchii i selekcji, na przekór fabularnym schematom. Narracja poprowadzona jest tak, by umożliwić pochwycenie spojrzenia nawykłego do teledysków. Gdyby sceny rozsypać i ułożyć na nowo, można by to zrobić w dowolnej kolejności bez większej szkody dla zamysłu autorek. W prozie Górskiej to się oczywiście broni.

Mam jednak wobec „Raju” inną wątpliwość – jako czytelniczka czułam się tej historii po prostu niepotrzebna. Trochę jak towarzyszki podróży głównej bohaterki pozostające do końca jej biernymi słuchaczkami. Ta opowieść jest przepracowana, emocjonalnie domknięta, co sprawia, że czytelniczka nie może wziąć udziału w wątpliwościach, jakie stawały się udziałem narratorki w ciągu kolejnych lat życia. Nie ma w „Raju” żadnych szczelin, pustych miejsc, czasu na poszukiwania porozumienia z czytelniczką, zaproszenia do współpracy czy gry. „Patrzcie, przez co przeszłam! Na szczęście to minęło!” – zdaje się mówić z pewną ulgą bohaterka, ale to „ekstatyczne poczucie wolności” obiecywane przez blurb staje się wyłącznie jej udziałem, a czytelniczkę pozostawia z konfuzją.

Z kolei bohaterki Gochy Pawlak – jak przystało na prawdziwy mumblecore – oddają się rozpamiętywaniu podrywów oraz imprez, odpisywaniu na wiadomości byłym i obecnym kochankom i tym podobnym zajęciom. Magda odbywa podróż do rodzinnego Sosnowca, by domknąć w życiu pewien rozdział i rozliczyć się z młodzieńczymi złudzeniami, sprawdzić, czy stara miłość rzeczywiście „nie rdzewieje”. Ucieszyła mnie gadatliwość, lekkość i bezceremonialność tej prozy, zabrakło – koniecznej jednak dla romansu finezyjnej umiejętności stopniowego budowania, a następnie znoszenia napięcia. Większość dialogów zdradza też warsztatową nieporadność autorki (szczególnie widać to w momentach, gdy rozmowy między kobietami powielają najbardziej zgrane publicystyczne tezy na temat Zagłębia – brzydko, biednie, pastelowo). Na dodatek fabuła przerywana jest wyznaniami lesbijek, które na użytek pracy naukowej spisuje Magda. Wygląda to trochę tak, jakby miały one przenieść tę powieść na wyższą półkę, nadać jej socjologiczny rys – niepotrzebnie. Gdyby je skrócić albo gruntownie przejrzeć i przeredagować, mogłyby odgrywać rolę chóru komentującego wydarzenia (jak w filmowych romansach Xaviera Dolana). Zamieszczone w przypadkowej kolejności i rozlewające się na kilkanaście stron, po prostu nużą.

Angielski pocałunek

Lily Lindon, „Gra na dwa fronty”. Przeł. Robert Waliś, Albatros, 384 strony, w księgarniach od czerwca 2022Lily Lindon, „Gra na dwa fronty”. Przeł. Robert Waliś, Albatros, 384 strony, w księgarniach od czerwca 2022Te niedoskonałości stają się tym bardziej wyraźne, jeśli przeczytamy „Nie rdzewieje” w parze z debiutancką powieścią angielskiej autorki Lily Lindon, która została właśnie wydana w polskim tłumaczeniu Roberta Walisia jako „Gra na dwa fronty”. To realizacja znanego z wielu filmów lesbijskiego klasyka, w którym heteroseksualna kobieta będąca w udanym związku z mężczyzną z powodu niejasnej dla niej samej fascynacji inną kobietą traci pewność co do swojej tożsamości. Wątpliwości Giny są jednak przekonujące, bo jesteśmy w nie stopniowo, w czasie teraźniejszym, wtajemniczani. Razem z narratorką przechodzimy wszystkie fazy zakochania. Kibicujemy jej wyborom jak najbliższe przyjaciółki albo irytujemy się słabościami i naiwnością, która wiąże się z wczesną fazą flirtu i fascynacji. Tym bardziej że Lindon nie boi się wplątywać Giny w szereg komicznych sytuacji, rozbijając tym zabiegiem patos jej wewnętrznych monologów, całe to charakterystyczne dla momentu zakochania rozgorączkowanie. Jest zatem i wzruszająco, i zabawnie.

Związek Giny z Dougiem jest w tej prozie synonimem mieszczańskiego porządku. Symbolizuje go współdzielony przez apkę, prowadzony w parze kalendarz. Doug jest ciepłym, wyrozumiałym facetem. Kobieta, w której zakochuje się Gina, jego całkowitym przeciwieństwem – nieuporządkowaną, nieskorą do nawiązywania trwałych relacji członkinią alternatywnego zespołu, łamaczką serc. Odzyskiwanie własnego ciała i odrębności względem Douga (wyrwanie ze wspólnego kalendarzyka, a więc cotygodniowych komfortowych rytuałów) oraz rozpoznanie swojej seksualności ściera się w świecie Giny z poczuciem powinności. Cała intryga jest przeprowadzona w sposób niezwykle zgrabny, spełnienie głównej bohaterki (a zarazem czytelniczki) wzorowo odwlekane aż do finału, co czyni z powieści trzymający w stałym napięciu romans z zaskakującym zakończeniem, w którym – zupełnie inaczej niż u Pawlak – możliwa jest także trzecia, niedostrzegana wcześniej ścieżka.

W powieściach Górskiej, Pawlak i Lily relacje miłosne oraz emocje bohaterek zależą ściśle od uwarunkowań społecznych. Romans oczywiście od zawsze dotyka tych kwestii, musi karmić się przeszkodami – mezaliansem, powinnościami wobec wspólnoty, wojną, odległością między kochankami. U Górskiej i Pawlak bezwarunkowa bliskość, która – we wspomnieniach narratorek – była możliwa w przedkapitalistycznej rzeczywistości, ulega stopniowej degradacji z biegiem lat 90. Kontakty seksualne zaczynają być definiowane w kategoriach rynkowych, kochanki konkurują za pomocą statusu, zamożności, wykształcenia, a także wytyczanej coraz mocniej przez popkulturę atrakcyjności. Ta konkurencja sprawia, że żyją w ciągłej niepewności, czując jednocześnie silną potrzebę potwierdzenia swojej wartości poprzez zdolność bycia w romantycznym związku – popyt na rynku matrymonialnym.

Cztery powieści i komiks

Carmen Maria Machado (Tekst), Dani (ilustracje), „Pośród lasu”. Przeł. Paulina Braiter, Egmont Polska, 160 stron, w księgarniach od września 2021Carmen Maria Machado (tekst), Dani (ilustracje), „Pośród lasu”. Przeł. Paulina Braiter, Egmont Polska, 160 stron, w księgarniach od września 2021Ale właściwie w żadnej powieści czy komiksie, które ukazały się w ostatnim czasie i których bohaterki są nieheteronormatywne, bez względu na to, czy pochodzą one z Nigerii („Śmierć Viveka Ojiego” Akwaeke Emezi), Urugwaju („Cantoras” Caroliny de Robertis), polskiej albo amerykańskiej prowincji (komiks „Pośród lasu” greckiej graficzki Dani wedle scenariusza znanej już w Polsce z dwóch książek prozatorskich Carmen Marii Machado) – miejsce akcji nie jest jedynie tłem przedstawianych zdarzeń. Ma ono swój niezaprzeczalny, a czasem ostateczny wpływ na rozwój relacji i jej finał.

We wspomnianym komiksie, który sama Machado określiła w posłowiu jako horror środowiskowy, górnicze miasteczko Shudder-to-Think w Pensylwanii (trochę jak Nowa Huta Elżbiety Łapczyńskiej z „Bestiariusza nowohuckiego”) próbuje wymazywać kobiecą krzywdę oraz przemilczane, nieprzepracowane od pokoleń historie. Traumy i lęki przybierają tu postać wychodzących z okolicznego lasu zwierzokształtnych potworów oraz (by zanadto nie spojlerować) pewnych mankamentów fizjologicznych u kobiet. Przemoc związana jest z gwałtem, którego dokonano także na naturze (wyeksploatowane kopalnie). Przedstawionego w komiksie miasteczka, które – inaczej niż w horrorze przyrodoleczniczym Olgi Tokarczuk – poznajemy oczami dwóch nastoletnich lesbijek, dotyka problem narastającej amnezji, zataczającej wraz z rozwojem przemysłu coraz szersze kręgi. Słowem: im więcej dziur w ziemi, tym więcej dziur w pamięci. A pamięć ściśle związana jest u Machado z materią, także nieożywioną. To właściwie logiczne, gdy przypomnieć sobie, że pierwszy wydany w języku polskim zbiór opowiadań amerykańskiej prozaiczki przestrzenią herstorii ustanawiał właśnie „ciało i inne strony”.

Carmen Maria Machado, „W domu snów”. Przeł. Łukasz Błaszczyk, Agora, 360 stron, w księgarniach od marca 2022Carmen Maria Machado, „W domu snów”. Przeł. Łukasz Błaszczyk, Agora, 360 stron, w księgarniach od marca 2022Trzeba dodać, że Machado jako autorka wydanej również w tym roku powieści „W domu snów” (przekład Łukasza Błaszczyka) jest pisarką niezwykle świadomą zarówno wyzwań, jak i ograniczeń współczesnego romansu, czemu dała świadectwo, przepisując swoją skomplikowaną historię miłosną na wiele trenowanych przez literaturę gatunków. Kolejne rozdziały „Domu snów” można więc czytać jako powieść łotrzykowską, bildungsroman, amerykański gotyk, a nawet musical. Czemu służy ten zabieg? Po pierwsze, stara dobra technika pisania pod przymusem konkretnego stylu wyposażyła pisarkę, a zarazem jej czytelniczki, w świadomość ograniczeń, jakie niesie ze sobą zakorzeniony w konkretnej tradycji język. Nawiązując do słynnych „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau, Machado nie tylko przyznaje się, że nie znajduje optymalnego sposobu snucia opowieści. Pokazuje także, że historie kobiet, które doznawały przemocy w związkach nieheteronormatywnych, były skrzętnie ukrywane lub unieważniane także ze względów leksykalnych – jeden z fragmentów prozy przypomina, że jeszcze cztery dekady temu pojęcie „syndromu bitej kobiety” miało swoje zastosowanie w amerykańskim sądownictwie jedynie wobec białych, heteroseksualnych kobiet.

Carolina de Robertis, „Cantoras”. Przeł. Izabela Matuszewska, Albatros, 448 stron, w księgarniach od czerwca 2022Carolina de Robertis, „Cantoras”. Przeł. Izabela Matuszewska, Albatros, 448 stron, w księgarniach od czerwca 2022Historia jest silnie obecna także w powieści „Cantoras” (dosłownie: „śpiewaczki”) Caroliny de Robertis (przekład Izabeli Matuszewskiej), opisującej codzienne życie lesbijek w Urugwaju w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, a więc w czasach surowych represji, które spotykały tamtejsze środowiska LGBTQ+. Bohaterki de Robertis próbują zrozumieć własne uczucia w rzeczywistości, która neguje ich istnienie. Każda z nich inaczej podchodzi do swojej seksualności, ma inne relacje z rodziną, inne doświadczenie pierwszej miłości, ale wszystkie obciążone są lękiem o życie, traumą odrzucenia albo przemocy. Niektóre, mimo grożących im konsekwencji, próbują tworzyć trwałe relacje. W „Cantoras” także – jak u Machado – mamy wspomnienia licznych nadużyć, które tkwią w urugwajskiej herstorii. Przez zawartą już w tytule grę słów (słowo „śpiewaczka” zastępowało w urugwajskim żargonie „lesbijkę”) odsyłają do doświadczenia ograniczeń i możliwości, jakie mniejszościom oferuje język, ale przekonują także o jego wyzwalającej mocy, która ostatecznie pomogła kobietom być słyszalnymi.

O dorastaniu w niesprzyjającym odmienności środowisku czytamy także w „Śmierci Viveka Ojiego” Akwaeke Emezi (przełożył Rafał Lisowski). Narracja rozgrywającej się w Nigerii powieści, inaczej niż w przypadku pozostałych przywołanych tu pozycji, dystansuje nas względem tytułowego bohatera, pozwalając spojrzeć na niego jedynie oczyma sąsiadów, przyjaciół, kochanka i członków rodziny. Wiemy, że zamykająca_y się we własnym pokoju, borykająca_y się z zaburzeniami odżywiania Vivek (transpłciowa kobieta) wygląda i zachowuje się inaczej niż rówieśnicy. Nie dostając łatwego wglądu w jego_jej uczucia, obcując jedynie ze zmieniającą się powierzchownością Viveka i wykluczającymi wzajemnie relacjami świadków, czujemy specyficzny niepokój, jaki staje się także udziałem otoczenia. Wokół Viveka krążą myśli i fantazje jego społeczności, w której narasta także szukający dróg ujścia gniew. W pewnym sensie każdy z bohaterów Emezi przegląda się w Viveku, co czyni go postacią jeszcze bardziej wymykającą się rozumieniu.

Akwaeke Emezi, „Śmierć Viveka Ojiego”. Przeł. Rafał Lisowski, Filtry, 352 strony, w księgarniach od marca 2022Akwaeke Emezi, „Śmierć Viveka Ojiego”. Przeł. Rafał Lisowski, Filtry, 352 strony, w księgarniach od marca 2022Za taką dekonstruującą świat przedstawiony proteuszowość – sugeruje tytuł książki – grozi sroga kara. Ale do momentu śmierci Viveka Ojiego zdążymy poczuć krążącą wokół niego rozwibrowaną energię. Równie proteuszowy jest język nieheteronormatywnej erotyki stworzony przez Emezi: osobny, jakby organiczny, niosący ze sobą rodzaj dusznej niepewności. To język, który pozwala uwierzyć, że wszystko, czego doświadczają postaci tej prozy, wydarza się w ich życiu po raz pierwszy, nieporadnie, a jednocześnie z niezwykłą intensywnością. Wyobrażam sobie, że w ekranizacji tej powieści sceny erotyczne oglądalibyśmy w dużych zbliżeniach i zwolnionym tempie, czując się zupełnie jak narratorka Olgi Górskiej zaklęta przez teledysk Aerosmith. Pewni, że coś w sobie przekraczamy, jednocześnie nie mając pewności, czego ta granica dotyczy i co się za nią znajduje.

Wirujący seks

Sylwia Chutnik „Tyłem do kierunku jazdy”. Znak Literanova, 288 stron, w księgarniach od sierpnia 2022Sylwia Chutnik „Tyłem do kierunku jazdy”. Znak Literanova, 288 stron, w księgarniach od sierpnia 2022To intensywne przeżycie czytelnicze zdecydowanie odróżnia powieść Emezi od najnowszej książki Sylwii Chutnik „Tyłem do kierunku jazdy” – rodzinnej sagi, której losy wyznaczane są przez trzy pokolenia kobiet reprezentowane przez Stasię, Krystynę i Magdę (transpłciową kobietę). Dopóki narracja prowadzona jest z perspektywy nestorki rodu, Stasi, i dotyczy życia seksualnego młodzieży oraz młodych dorosłych w powojennej Polsce (trochę na wzór „W powietrzu” Ingi Iwasiów), książka ma swój prędki, żwawy rytm, jest barwna, odważna i dowcipna, robiona – jak obiecuje tytuł – pod prąd. Niestety Magda – w porównaniu z niezwykle subtelnie zbudowaną postacią Viveka Ojiego – wypada nieprzekonująco, jakby na jej osobowość składał się zestaw ogólników, klisz i przesądów. Niewiele dowiadujemy się o tym, w jaki sposób bohaterka doświadcza terapii i kolejnych zabiegów korekty płci, niewiele wiemy o rozwoju relacji, w które wchodzi już jako kobieta (poza tym, że nie są na ogół udane). Zamiast na budujące świat Magdy, charakterystyczne tylko dla niej szczegóły najczęściej trafiamy na ogólniki w stylu: „hormony to podnieta i utrapienie” albo „brała sporo leków i dzięki nim miała wizje”, „ćpanie nowej siebie, przymierzanie ubrań, godziny przed lustrem” (kiedy może wreszcie założyć kobiece ciuchy) albo „Mariusz zaczynał wylewać z siebie potok słów, które miały chyba sugerować stosunek seksualny, a wyglądały jak scenopis pornosa” (że ze „scenopisu pornosa” można zrobić świetną literaturę, udowodniła właśnie swoją debiutancką powieścią Małgorzata Żarów). To, co najciekawsze, zostaje sprowadzone przez autorkę do równoważników zdań i tylko co jakiś czas wyskakuje spomiędzy kartek, jak z pudełka, malutki diabełek. Na przykład wtedy, gdy okazuje się, że Magda pragnie także innych dziewczyn. Zaczyna wyobrażać sobie – i ma tu co nieco wspólnego z bohaterką Olgi Górskiej – siostrę bliźniaczkę i „że ta siostra ma o wiele lepsze ciało niż ona sama (…) Kiedy było jej bardzo smutno, to zamieniała się w siostrę bliźniaczkę, która za nią wszystko załatwiała (…) Była Magdą-nie-Magdą. Była zapasową skórą”. Jak to wyglądało? Czy bohaterka ponosiła jakieś koszty tej gry? Co wtedy czuła? Chutnik niestety szybko porzuca ten wątek.

Emezi do końca nie pozwala uchwycić Viveka – pozostawiając go we wspomnieniach przyjaciół (także ukrywającej swoją relację miejscowej pary lesbijek), rodziny i sąsiadów, każdemu podarowuje jedynie cząstkę prawdy. To z nich wszystkich czytelnik składa dla siebie za każdym razem tę postać, nie poznając do końca ani jej motywacji, ani uczuć, choć doskonale odczuwa lekko przygaszoną radość życia Viveka, która nigdy nie miała warunków, by rozkwitnąć. I to właśnie ta buzująca podskórnie tęsknota ściska czytelniczkę za gardło. Kiedy w jednej z ostatnich scen Emezi pokazuje najpierw doznające rozkoszy w ramionach kochanka, a następnie martwe ciało Viveka (tym razem w objęciach matki), obcujemy w pewnym sensie z tajemnicą życia – przypominająca pietę scena ma w sobie sakralny wymiar.

Patronite

Co ciekawe, w obu książkach bardzo istotny jest wpływ babek na transseksualne wnuczki. Babka Viveka umiera w dniu jego_jej narodzin, odciskając swoim zniknięciem pewnego rodzaju piętno na maleństwu – jego sens poznamy w finale historii. Babka Magdy jest stale obecna w jej życiu, jest motorem napędowym zmian, wsparciem oraz ratunkiem. Formalnie jednak kradnie całe show, pozostawiając młodą bohaterkę w cieniu swojej, nasączonej tęsknotą za namiętnym Rumunem, narracji. „Jak byłam młoda, to tylko jadłam, co mogłam, i się bawiłam” – wyznaje wnuczce i rzeczywiście, historia jej romansów to prawdziwy mukbang. Podobny staje się udziałem bohaterki wydanej właśnie w polskim tłumaczeniu powieści Melissy Broder (przekład: Kaja Gucio).

Ja cię kocham, a ty jesz

Melissa Broder, „Mleko i głód”. Przeł. Kaja Gucio, Czarne, 352 strony, w księgarniach od lipca 2022Melissa Broder, „Mleko i głód”. Przeł. Kaja Gucio, Czarne, 352 strony, w księgarniach od lipca 2022Rachel mogłaby prowadzić jeden z tych kanałów na YouTubie albo TikToku, których twórcy są w stanie zjeść – dosłownie – góry, a właściwie całe górskie pasma żarcia o wartości 4 tysięcy kilokalorii. „Mleko i głód” Broder to przewrotna pochwała fizjologii – powieść, najogólniej rzecz biorąc, opisuje romans dwóch kochających jedzenie Żydówek. Jedna z nich, aby utrzymać akceptowalny społecznie wygląd, wiele lat poddaje swoje ciało reżimowi, licząc dokładnie kalorie każdego posiłku oraz ograniczając w swoim życiu sytuacje, które mogłyby się przyczynić do niekontrolowanego jedzenia bądź picia (przy czym jest to, co ważne, utrzymane w lekkim, czasem po Gombrowiczowsku groteskowym, a jednocześnie pornograficznym tonie). Druga jest po prostu absolutnym, obfitym wcieleniem niczym niezmąconej radości z jedzenia. Dlaczego Rachel zakochuje się w Miriam? Czy Miriam nie jest aby jej „zapasową skórą”, bliźniaczką, która pojawia się w kluczowych momentach życia w miejsce matki, by przejąć kontrolę? Jej obecność wyzwala w narratorce śmiałe, żarłoczne fantazje erotyczne, które za nic mają poprawność polityczną. Wyzwala także – jak przystało na dobrą historię – interesującą przemianę.

***
Podczas jednego z wakacyjnych spacerów po berlińskim Penzlauer Bergu trafiłyśmy z moją dziewczyną na świetnie zaopatrzony sklep z komiksami. Kiedy Z. zniknęła na końcu księgarni, by szperać w nowych wydaniach klasyki (jej zdaniem historie z Kaczogrodu są doskonałymi adaptacjami najważniejszych motywów popkultury), ja ściągnęłam sobie z półki tuż przy wejściu jedyny egzemplarz anglojęzycznego wydania „Urban Tails” Ilany Zeffren, rysowniczki „Haaretza”. To zbiór ukazujących się na łamach izraelskiego dziennika graficznych felietonów, w których – na jednej stronie, w kilku okienkach – Zeffren przez wiele lat opowiadała o codziennym życiu Tel Awiwu.

Czy rzecz dotyczy ważnej premiery filmu albo książki, polityki krajowej bądź zagranicznej, czy też – uniwersalny temat każdego felietonisty – tygodni twórczej niemocy, opinie Zeffren poznajemy z perspektywy dwóch leniwych kotów obserwujących życie pary dojrzałych lesbijek. Jeszcze w tamtej berlińskiej księgarni zaprzyjaźniłam się z Rafi, Spaghetti i ich dwiema mamami, a teraz, dawkując sobie codziennie przed snem jeden odcinek komiksu, umacniam naszą relację, jednocześnie zastanawiając się, kiedy zamienię „Urban Tails” na równie zabawną obyczajówkę wydaną po polsku. Nasza proza po (trzydziestu?) latach milczenia zaczęła na razie opowiadać o tym, gdzie się wychowałyśmy i skąd przyszłyśmy. Bycie lesbijką jest jeszcze tożsamościową osią, wokół której budowane jest napięcie i istota narracji –­ nie tłem codziennych zdarzeń i relacji, jak w serialu Swanberga. Na razie rozpoznajemy się, zbieramy, odliczamy i przybijamy piątki. Potrzebujemy wielu herstorii i opowieści matrylinearnych, by zbudować tożsamość. Zerkając na „Mleko i głód”, pocieszam się, że to jedynie etap, po którym sprawimy sobie w końcu wiele grubych przyjemnOŚCI.