Wybory nieprzedstawione
Fortepan CC-BY-SA-3.0

14 minut czytania

/ Film

Wybory nieprzedstawione

Jakub Majmurek

Jeśli filmowcy znad Wisły kierowali kamerę na wyborczą walkę, to na ogół po to, by powiedzieć widzom, że od polityki najlepiej trzymać się z daleka. Kino nie tylko przegapiło fascynujący temat, ale też zawiodło polską sferę publiczną

Jeszcze 4 minuty czytania

Pierwsze częściowo wolne wybory 4 czerwca 1989 roku wydają się idealnym materiałem dla filmowej fikcji. W wydarzeniu sprzed trzydziestu lat kryje się cała masa interesujących konfliktów i wyzwań. Działacze opozycji, do tej pory ukrywający się w podziemiu, po raz pierwszy muszą poddać się wyborczej weryfikacji. Ich sztab stara się poprowadzić kampanię w Polsce, gdzie ostatnie w pełni wolne wybory odbyły się przed zamachem stanu Piłsudskiego. Komunistyczna władza kalkuluje, jak pozostać u władzy i równocześnie podzielić się odpowiedzialnością za jej sprawowanie. Wyborcy wahają się, czy zagłosować ze strachem, czy z nadzieją.

Wybory prywatne

Żadna z tych historii nigdy nie została pokazana w kinie. Film fabularny w Polsce po temat wyborczy nie sięgał prawie wcale. Polscy filmowcy są wpatrzeni w kino amerykańskie, jednak nad Wisłą nigdy nie przyjęła się popularna w Stanach formuła filmu kampanijnego.

Nieliczne filmy, które w ogóle interesowały się wyborami, umieszczały je najczęściej w tle głównego wątku – skupiającego się raczej na historii prywatnej niż politycznej. Tak było w jedynym fabularnym kinowym filmie o wyborach 1989 roku, „Przeklętej Ameryce” (1991) Krzysztofa Tchórzewskiego. Przełomowy historyczny moment jest tu tylko tłem dla rodzinnego melodramatu.

Zbyszek Butryn, działacz „Solidarności”, który po ogłoszeniu stanu wojennego zdecydował się zostać w Stanach, gdzie chwilowo przebywał, wraca do Polski w 1989 roku. Zostaje ekspertem gdyńskiego Komitetu Wyborczego Solidarności, gotów jest pracować najciężej i najlepiej, jak potrafi, by Solidarność wygrała wybory. Butryn zostawił w 1981 roku w Polsce dwójkę dzieci i żonę, która zerwała wszelkie kontakty z mężem i zmieniła nazwisko. Tuż przed wyborami małżonka Butryna ginie w wypadku. Jej dwójka dzieci trafia do osobnych domów dziecka. Gdy jednak dowiadują się, że ich ojciec wrócił do kraju, uciekają z ośrodków i próbują się z nim skontaktować.


Podobną historię – samą w sobie zupełnie nieciekawą – można by równie dobrze osadzić w 1979 czy 2009 roku. To, co najbardziej interesujące, najbardziej specyficzne dla historycznego momentu, zaledwie migocze w tle: protesty przeciw budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu pod gmachem Sejmu, poczucie schyłku w odchodzącej komunistycznej ekipie, nadzieje Solidarności, otwieranie się Polski na nowe. Jako filmowa reprezentacja przełomowego dla najnowszej historii Polski momentu „Przeklęta Ameryka” całkowicie zawodzi – dobrana przez twórców perspektywa jest zupełnie nieodpowiednia do ukazania wagi zdarzeń. Co ciekawe, podobną przyjmuje jedyny film o pierwszych w pełni wolnych wyborach parlamentarnych z 1991 roku – „Koniec gry” (1991) Feliksa Falka. Kampania wyborcza jest tu tłem dla melodramatycznej historii, podobnej, choć artystycznie uboższej, do tej z „Krótszego filmu o miłości”.

Dom Spotkań z Historią na Karowej 20 w Warszawie zaprasza do świętowania 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. W programie koncert, wystawa, debaty, pokazy filmów, warsztaty dla dzieci, musical „Pożar w burdelu”, wspólne śniadanie na placu Defilad. Szczegółowy program obchodów na stronie DSH

Janusz, programista, którego przemiany rynkowe wyrwały z pracy naukowej i rzuciły do pracy przy monitoringu w dużym domu towarowym, zauważa na ekranie, jak elegancka, trochę od niego starsza kobieta kradnie perfumy. Zafascynowany zachowuje nagranie i próbuje nawiązać kontakt z nieznajomą. Śledzi ją, zbliża się do jej świata, wchodzi w jej życie. Kobietą okazuje się Monika Małecka – akademiczka na urlopie, obecnie kandydująca w wyborach do Sejmu. Małecka cierpi na kliniczną kleptomanię, którą próbuje leczyć. Między Januszem a Moniką zawiązuje się romans. Janusz się zakochuje. Monika, która myśli przede wszystkim o karierze politycznej, obawia się jednak, że Janusz będzie ją szantażował nagraniem ze sklepu. Nie potrafi mu zaufać. By mieć na niego haka, wplątuje go w kryminalną intrygę. W efekcie wygrywa wybory, ale przegrywa miłość. Gdy dociera do niej, co utraciła, zrywa ze ściany wyborczy plakat ze swoim wizerunkiem.

Monika startuje do Sejmu z ramienia Polskiej Partii Postępu. Na jej plakatach główki kandydatów i kandydatek otoczone są wianuszkiem złotych gwiazd, jak z unijnej flagi. „Jesteś Europejczykiem – głosuj na PPP” – tak brzmi jej hasło. Nie mamy żadnych wątpliwości, że partia Małeckiej to najbardziej oświecona z dostępnych w tych wyborach formacji – nawet spotkanie z wyborcami organizuje na Uniwersytecie Warszawskim. Nietrudno w PPP dopatrzyć się fikcyjnego odpowiednika Unii Demokratycznej. Jednak nawet ta oświecona, inteligencka partia korumpuje się w codziennym politycznym procesie. Jej lider ukrywa przed swoimi współpracownikami kluczowe informacje. Głoszące hasła tolerancyjnej i otwartej Rzeczpospolitej stronnictwo po cichu negocjuje sojusz z nacjonalistyczną prawicą.

Problem z filmem Falka polega na tym, że wszystkie moralne dylematy Moniki i jej partyjnych kolegów i koleżanek wydają się całkowicie wydumane, oderwane od tego, jak wyglądała polityczna gra w roku 1991. Koszty transformacji były już wtedy boleśnie odczuwalne dla całych grup społecznych, jednak w filmowej kampanii gospodarka i kierunek przemian w ogóle nie są przedmiotem sporu.

Więcej niż o pierwszych wolnych wyborach „Koniec gry” mówi o rozczarowaniu polskiego inteligenta polityką. Nawet w demokracji, nawet po przełomie okazuje się ona dziedziną brudną i nieprzyzwoitą. Twórcy wydają się tak oburzeni mechanizmami normalnej wyborczej gry, że nie mają najmniejszej ochoty, by na poważnie im się przyjrzeć. Ostatecznie polityka nawet z uczciwej akademiczki robi nowego Lutka Danielaka – oślizgłego, konformistycznego bohatera najsłynniejszego filmu Falka, „Wodzireja”. Potępienie kobiety, która wybiera walkę o polityczną karierę zamiast miłość, nieładnie rymuje się też z antyfeministyczną falą, przelewającą się przez całe kino polskie lat 90.

Utracony skarb Solidarności

To samo rozczarowanie demokracją widać w „Graczach” (1995) Ryszarda Bugajskiego, produkcji najbardziej zbliżonej do klasycznego amerykańskiego filmu kampanijnego. Całość rozgrywa się w sztabie Wałęsy podczas wyborów prezydenckich z 1990 roku. W jego centrum znajduje się Janek Gracz – młody reżyser filmowy, który zamiast robić filmy, robi Wałęsie kampanię.


Pierwsze wolne i powszechne wybory prezydenckie w historii przedstawiane są tu nie tyle jako święto demokracji, starcie wielkich liderów i ich wizji Polski, ile jako rozpad wspólnoty narodowej, jaka kiedyś wyraziła się w Solidarności. „Kiedyś byliśmy jednością”, „rok temu startowaliśmy po prostu jako drużyna Lecha” – z żalem powtarzają pracownicy sztabu Wałęsy, montując archiwalne materiały z solidarnościowych manifestacji z lat 80. do jednego z wyborczych klipów. Teraz o jedności nie ma mowy. Obóz solidarnościowy podzielił się między zwolenników Mazowieckiego i Wałęsy. Większość inteligencji poszła za Mazowieckim – choć kiedyś na wyścigi robili sobie zdjęcia z przywódcą Solidarności, co w jednym z wyborczych materiałów Wałęsy skwapliwie przypomina sztab kandydata. Janek, jako młody działacz Solidarności, siedział nawet z Mazowieckim w jednej celi. Ciągle ma do niego wielki szacunek, ale jest przekonany, że startując przeciw Wałęsie, pierwszy niekomunistyczny premier zachowuje się nielojalnie.

W obu solidarnościowych obozach logika kampanii wyzwala w ludziach to, co najgorsze. Janek wysyła do sztabu Mazowieckiego Grażynę – ciągle zakochaną w nim byłą żonę, utalentowaną montażystkę. Chce, by donosiła mu, co robi przeciwnik. Ludzie Wałęsy i Mazowieckiego usiłują pochlebstwami, przekupstwem, groźbami („Jak się władza zmieni, to nie będziesz tu dłużej pracować!”) manipulować telewizją tak, by pokazała ich kandydata w jak najkorzystniejszym świetle. Wokół obu wywodzących się z demokratycznej opozycji polityków kręcą się podejrzane typy z dawnej partii rządzącej, usiłujące ustawić się w nowym politycznym rozdaniu.

Tymczasem zmęczone kosztami transformacji i wojną na górze społeczeństwo głosuje na Tymińskiego. W jednej z lepszych scen filmu Janek jedzie do rodzinnego miasta, by oddać głos. Z przerażeniem i zdumieniem zauważa, że jego ojciec – szanowany w lokalnej społeczności nauczyciel – nie tylko głosuje na Tymińskiego, ale także namawia do tego wszystkich tych, którzy chcą go słuchać, a jest ich wielu.

„Gracze” weszli na ekrany w październiku 1995 roku – dwa tygodnie przed pierwszą turą przegranych przez Wałęsę z Kwaśniewskim wyborów prezydenckich. Film w równej mierze oddaje nastroje z 1990 roku, co antycypuje te z 1995. Janek Gracz przypomina postać z rządzącego wtedy publicznymi mediami pokolenia trzydziestoletnich dziennikarzy, zwanych złośliwie „pampersami”. Tak jak oni, łączy żarliwy, często dziecinny antykomunizm z biegłą znajomością współczesnej popkultury i jej wizualnych kodów. Tak jak oni, jest dzieckiem „straconej dekady” lat 80., która przeszkodziła mu w normalnym rozwoju kariery i naznaczyła na całe życie. Diagnoza, że coś się w wolnej posolidarnościowej Polsce popsuło, że kapitał zaufania, jaki miała demokratyczna opozycja, został w głupi sposób roztrwoniony, brzmiała szczególnie celnie w 1995 roku, gdy legenda Solidarności przegrała z Kwaśniewskim, a całą polityczną władzę w kraju przejęło postkomunistyczne SLD do spółki z, również wywodzącym się z poprzedniego systemu, PSL-em.

Film Bugajskiego mógł być ważną diagnozą problemów początków polskiej demokracji, gdyby nie niechlujstwo scenariusza i realizacyjna bieda – choć trzeba wziąć poprawkę na standardy polskiego kina połowy lat 90., które nie były za wysokie. „Gracze” wykładają się zupełnie na niepotrzebnym, doklejonym na siłę wątku sensacyjno-szpiegowskim. W polskie wybory miesza się bowiem KGB. Gra na Tymińskiego i destabilizację młodej demokracji nad Wisłą. Sowieci wynajmują latynoskiego terrorystę (!), by zorganizował zamach na Tymińskiego – wrabiają go przy tym tak, by schwytały go polskie służby. Liczą, że w ten sposób, na fali współczucia i gniewu („Oni chcą go zabić, bo mówi prawdę!”), populistyczny kandydat znikąd, z czarną teczką, wygra, ośmieszając przy okazji wolną Polskę.

Bajlandy i banały

Polskie kino sięgało po figurę wyborów i kampanii wyborczej także w ramach komedii. Pierwszą taką satyrą na polską demokrację był „Bajland” (2000) Henryka Dederki. Wojciech Pszoniak wciela się w nim w ekscentrycznego milionera, Jana Rydla, startującego w wyborach prezydenckich. Rydel łamie wszelkie reguły, jakimi kierować się powinna kampania. Na telewizyjne występy przychodzi celowo pijany. W studio siada plecami do widzów i milczy. Otwarcie mówi, że wielki majątek zdobył w nieuczciwy sposób. Obiecuje, że jako prezydent „odda ukradzione”.


Rydel jest samoukiem, nie doradza mu żaden ekspert od PR-u. Inaczej jest z Kazimierzem Dolnym (Jacek Braciak), nieokrzesanym, wzorowanym na Andrzeju Lepperze przewodniczącym Socjalistyczno-Narodowej Partii „Godność i Duma” z „Volty” (2017) Juliusza Machulskiego. Dolny jest połączeniem najgorszego – ignoranckiego populizmu i nowoczesnego PR-u. Nad przemianą narodowo-socjalistycznego kandydata w prezydencki materiał czuwa wzorowany na doradcy Leppera, Piotrze Tymochowiczu, ekspert od kształtowania wizerunku i marketingu politycznego, Bruno Volta.

Problem z obiema produkcjami polega na tym, że – w przeciwieństwie do takich klasyków satyrycznego filmu kampanijnego jak „Kandydat” (1971) Michaela Ritchiego czy „Wyborcze jaja” (2012) Jaya Roacha – obraz polskiej polityki jest w nich tak wydumany, oderwany od rzeczywistości, że całe komiczne przerysowanie prowadzi donikąd. Dederko i Machulski polemizują nie z rzeczywistymi problemami polskiej demokracji, ale z postawionymi przez samych siebie chochołami. Programowo głupiutkie „Wyborcze jaja” mogą jednak pokazać problem zgubnego wpływu garstki najbogatszych na amerykańską demokrację; „Bajland” i „Volta” powtarzają tylko banały o złych populistach i naiwnie zauroczonych nimi obywatelach.

Także w „Pogodzie na jutro” (2003) Jerzego Stuhra ubiegający się o elekcję polityk, odtwarzany przez Andrzeja Chyrę, zostaje wykpiony jako cham, populista, cynik, karierowicz i seksualny przemocowiec. Zamiast robić politykę, mówi film, pielęgnujmy rodzinne więzy. Konkluzja średnio przepełniona obywatelskim duchem.

Jako polityczna satyra broni się trochę zrealizowana niezależnie „Czerwona rewolucja” (1997) Piotra Krzywca – odreagowanie przez silnie prawicowego twórcę traumy po wygranej Kwaśniewskiego w 1995 roku. Historia idącego po prezydenturę Polski postkomunistycznego polityka Engelsa Komuchowicza, którego partyjni koledzy oddają się kanibalizmowi i zarabiają na handlu ze Wschodem organami nielegalnie pozyskiwanymi z ciał Polaków, jest tak absurdalna, pojechana, przerysowana, pozbawiona logiki i smaku, że przypomina poczęty w odmętach polskiej prawicowej wyobraźni polityczny „Plan 9 z kosmosu”.

Nie tylko na rocznicę

To w zasadzie wszystko, co w temacie wyborów polskie kino wyprodukowało w ciągu 30 lat demokracji. Nie ma tego dużo, nawet dodając liczniejsze produkcje dokumentalne. Jeśli twórcy kierowali kamerę na wyborczą walkę, to na ogół po to, by powiedzieć widzom, że od polityki najlepiej trzymać się jak najdalej. Kino nie tylko przegapiło fascynujący temat, ale też w jakimś sensie zawiodło polską sferę publiczną.

Dziś jedna część społeczeństwa nie potrafi w żaden sposób zrozumieć, dlaczego druga głosuje, jak głosuje – i na odwrót. Może gdybyśmy mieli w zasobach wspólnej pamięci przekonujący dramat (albo komedię) pokazujący, na czym polega wyborczy agon – jak kształtuje się w nim konflikt, dlaczego stanowi istotę demokracji, w jaki sposób ludzie podejmują decyzje – byłoby nam łatwiej. 

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).