Nosy transformacji
Warszawa, grudzień 1989 / fot. Aleksander Jałosiński/FORUM

22 minuty czytania

/ Obyczaje

Nosy transformacji

Rozmowa z Piotrem Domalewskim, Weroniką Gogolą, Jankiem Simonem, Zuzanną Wrońską

Gipsowe nosy, dekoracyjne ananasy, zeszyty w myszkę miki, pożar GS-u i banknoty z Kopernikiem – rozmawiamy z artystkami i artystami, dla których transformacja była doświadczeniem dzieciństwa

Jeszcze 6 minut czytania

WITOLD MROZEK: Czy transformacja to nie jest temat, który został zajechany przez polską kulturę na śmierć?
JANEK SIMON: Nigdy nie interesowałem się transformacją, zainteresowałem się nią, gdy zacząłem pracować z Maxem Cegielskim nad wystawą „Sklep polsko-indyjski”. Jednym z tematów, które tam eksplorowaliśmy, był „handel walizkowy”. Przyjrzeliśmy się wtedy latom 80. jakoś bliżej i dotarło do mnie, że oficjalna historia całkowicie je fałszuje. To nie do końca prawda, że rok 1989 to data „zwycięstwa dobra nad złem”. Kapitalizm wsączał się w życie codzienne dużo wcześniej, jakoś od 1986 żyliśmy w protokapitalizmie. Rok 1989 to była zmiana władzy, ale wartości i życie codzienne – zmieniały się już wcześniej.

Reforma Wilczka, uwalniającą przedsiębiorczość?
Simon: Reforma Wilczka jak najbardziej, ale spójrzmy choćby na handel zagraniczny. Ten „oficjalny” został właściwie zastąpiony przez nieoficjalny, „walizkowy”. Media takie jak VHS, telewizja satelitarna czy komputery rozmontowywały cenzurę. Fantazmaty społeczeństwa konsumpcyjnego stawały się coraz bardziej powszechne. Stąd też moja wystawa „1985”, która próbowała pokazywać, że zmiana zaszła dużo wcześniej.

WERONIKA GOGOLA: Myślę, że nasze pokolenie ma prawo do wałkowania tego tematu, bo transformacja w jakiś sposób nas naznaczyła. Trudno, żebyśmy się do niej nie odwoływali, jesteśmy jej dziećmi. Największy problem z transformacją polega na tym, że wyrośliśmy w pewnej iluzji – że teraz już będzie fajnie. Że już się nic nie wydarzy, że wszystko możemy – ogólne turbodoładowanie.

A kiedy się okazało, że jednak nie wszystko możemy?
Gogola: Kiedy zaczęliśmy sami podejmować odpowiedzialność za swoje życie. Czyli gdy zaczęło się dorastanie. U każdego to było pewnie w innym momencie, u mnie pewnie, gdy poszłam do liceum – bo przestałam mieszkać z rodzicami; a potem rzucenie się na głęboką wodę. Wydaje mi się, że większość z nas, przynajmniej z moich znajomych, została jakoś poturbowana przez to doświadczenie – nie odnalazła się w tym świecie. Zostaliśmy wychowani w cieplarnianych warunkach; co gorsza, kolejne pokolenia są wychowywane w warunkach jeszcze bardziej cieplarnianych, jeszcze bardziej uczy się je, że dostaną wszystko, co chcą. To jest niebezpieczne. No i potem jest taki dół po haju. Nasze dzieciństwo przypadało na okres haju.

PIOTR DOMALEWSKI: Transformacja przebiegała na dwóch płaszczyznach: materialnej i emocjonalnej. Łatwo analizować przebieg tej pierwszej, ale trudno ocenić, czy my, Polacy, poddaliśmy się tej przemianie emocjonalnej. Czy przeszliśmy ją wewnętrznie. Moim zdaniem to, co się teraz dzieje w polityce, to dowód, że wartości wolnościowe niekoniecznie szeroko się udzieliły.

Nawiązujesz do mitu homo sovieticus?
Domalewski: Chodzi mi o paradygmat funkcjonowania w aparacie z góry zarządzanym i kierowanym. 

Dom Spotkań z Historią na Karowej 20 w Warszawie zaprasza do świętowania 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. W programie koncert, wystawa, debaty, pokazy filmów, warsztaty dla dzieci, musical „Pożar w burdelu”, wspólne śniadanie na placu Defilad. Szczegółowy program obchodów na stronie DSH

Oglądałem ostatnio dokument Agnieszki Arnold o Karolu Modzelewskim. Modzelewski mówi, że nowy solidarnościowy rząd Tadeusza Mazowieckiego, dając osłonę reformom Balcerowicza, odwoływał się właśnie do biernej strony w człowieku – nie do aktywności, a pasywności. „Poczekać”, „wytrzymać” – nie „działać”. Może więc wcale nie chodzi tu o rzekomego PRL-owskiego homo sovieticusa…
Simon: Lata 80. nie były z pewnością czasem, gdy wszystko było z góry ustawione i poukładane. To był czas zupełnego rozpadu tamtego systemu. Z powodu kryzysu ekonomicznego i zawalenia się zcentralizowanych struktur wszyscy musieli się nauczyć kombinować. To była szkoła kapitalizmu. Może inaczej było w latach 60. i 70., ale w latach 80. system kompletnie nie działał. Jestem z rocznika ’77, lata 80. jakoś pamiętam, ale nie na takim poziomie, by prowadzić jakieś socjologiczne analizy swoich wspomnień. Ale gdy patrzę na kulturę popularną tamtego czasu, na te wszystkie czasopisma, które nawet PZPR wydawało, to dostrzegam ten budowany mit przedsiębiorcy. RSW Prasa Książka Ruch w 1987 roku wydała taką grę na ZX Spectrum, która nazywała się „Handel zagraniczny”. Polegała na tym, że trzeba jeździć z jednego miejsca do drugiego, kupować taniej, a sprzedawać drożej. Pod egidą partii komunistycznej powstało coś, co wprost odwoływało się do figury przedsiębiorcy, takiego spekulanta. Nie wiem, czy można to jakoś generalizować, ale bardzo mnie to uderzyło. Gra pojawiła się też zresztą na mojej wystawie.

ZUZANNA WROŃSKA: Ja z kolei jestem zupełnie z innej bajki. Moja rodzina była beneficjentem czasów przed 1989 rokiem. Rodzice byli muzykami, zarabiali największe pieniądze przed 1989 rokiem. Później cały ich świat się załamał. Transformacja wydarzyła się dla nich z dnia na dzień – wcześniej grali na dansingach, wyjeżdżali na kontrakty…

Piotr Domalewski (1986) – aktor, reżyser i scenarzysta urodzony w Łomży. Studiował na PWST w Krakowie i Wydziale Radia i Telewizji UŚ w Katowicach. Za reżyserski debiut „Cicha noc” nagrodzony Złotymi Lwami na festiwalu w Gdyni w 2017 r. i pięcioma Polskimi Nagrodami Filmowymi.

Weronika Gogola (1988) – pisarka i tłumaczka spod Nowego Sącza. Studiowała ukrainoznawstwo w Krakowie, dziś mieszka w Bratysławie. Za debiutancką powieść „Po trochu” dostała Nagrodę Conrada 2018 oraz została nominowana do Nagrody Literackiej „Nike” 2018.

Janek Simon (1977) – artysta multimedialny z Krakowa, studiował psychologię i socjologię na UJ. Ostatnio miał retrospektywną wystawę w CSW Zamek Ujazdowski, obecnie współpracuje z Biennale Warszawa, kuratorując wystawę prac artystów zagranicznych mieszkających w Polsce.

Zuzanna Wrońska (1979) – wokalistka, autorka tekstów, copywriterka z Warszawy. Autorka muzyki do „Córek dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej, w których również wystąpiła. Ostatnio współtworzyła też spektakl Smoczyńskiej „Święta Kluska” w Komunie Warszawa i Nowym Teatrze. Z siostrą Barbarą ma zespół Ballady i Romanse.

Czyli jesteś córką dansingu?
Wrońska: Tak, jestem córką dansingu. Taką naprawdę, w pełni. Moi rodzice na tych kontraktach zarabiali duże pieniądze, przyjeżdżali tutaj i wszystko, co było niedostępne dla zwykłego człowieka, jak samochód, mogli sobie kupić. Miałyśmy pierwszą Barbie w bloku, pierwszy VHS. To było coś niesamowitego – nagle ciach, koniec dansingów, pieniądze się skończyły. Moja mama zaczęła się zajmować zupełnie innymi rzeczami. Była na przykład „merchandiserem” i układała rzeczy na półkach w sklepach. Musiała szybko zmienić zajęcie. Oczywiście ciągle grała na sylwestra czy na weselach. Ale to były już zupełnie inne zarobki. I zaczęliśmy robić w domu „sto potraw z kapusty kiszonej”. Było bardzo biednie. Widzę po rodzicach, że do dzisiaj się po tym nie pozbierali. Moja mama ma sześćdziesiąt trzy lata i mówi, że to ją po prostu zmiotło. Że nikt jej nie powiedział, że to się tak zmieni, a jeszcze w latach 90. wejdą didżeje, którzy ją zniszczą. Cała moja rodzina była jednak zaangażowana politycznie. Oni się cieszyli na te wybory. Że wreszcie będzie wolna Polska. Moja babcia, nauczycielka fortepianu w szkole muzycznej, po prostu szalała. Mówiła „teraz się wszystko zmieni”, „teraz będzie świetnie”. Było dokładnie odwrotnie.

Simon: Mam to samo doświadczenie. Mój ojciec wyjeżdżał na Zachód, tam zarabiał, w latach 80. byłem trochę takim bananowcem. A gdy w latach 90. korzystny dolarowy przelicznik się skończył, musiałem się pogodzić ze zmianą statusu mojej rodziny z uprzywilejowanego na znacznie gorszy.

A jak było na wsi?
Gogola: Jestem trochę nietypowym dzieckiem wsi, bo mój ojciec był nauczycielem w liceum plastycznym, więc zawsze było cienko z pieniędzmi. Jeśli były jakieś fuszki, to z reguły ze strony Kościoła – jakieś Matki Boskie… Ale w latach 80. i na początku lat 90. moi rodzice rzeczywiście wpisali się w mit wielkiego boomu – złapali fuszkę życia. Cała moja rodzina została zaangażowana w domową fabrykę. Produkowała gipsowe nosy, które wywożone były do Niemiec.

Gipsowe nosy?
Gogola: Tak, nosy. Całe moje dzieciństwo, wszystko, co mi się kojarzy z transformacją, to były właśnie te nosy.

Do czego one służyły?
Gogola: To były podstawki na okulary. Nie mam pojęcia, kto jest autorem tej formy. Ale pewna, jakby to nazwać, businesswoman z Tarnowa pojechała raz z takim nosem do Niemiec. I zaczęła się wielka produkcja.

Domalewski: To był jeden nos, jeden kształt? Ciekawe czyj.

Gogola: Wyślę wam potem zdjęcie. Mam jeden nos w Bratysławie na pamiątkę. Produkcja była naprawdę wielka. Farelki w naszym pokoju to suszyły, jeden wujek miał za zadanie tylko pakować do kartonów, tyle tego było. Bez przerwy oglądałyśmy filmy na VHS, bo nikt nie miał czasu się nami zajmować. Potem do nosów dołączyły tak zwane cycki. W wersjach jedna pierś gipsowa i cały tors. Po latach, idąc w Krakowie Karmelicką, zobaczyłam na wystawie w sklepie optycznym właśnie te nosy. Nie wiem, jak tam dotarły. Podobno jakiś student ASP je znalazł. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam mamie.
Mieszkam w Bratysławie, w Czechach i na Słowacji ten mit Polaka-handlarza-przedsiębiorcy-cwaniaczka jest bardzo silny. To pierwsza rzecz, jaką o nas mówią. Trochę prześmiewczo: jesteśmy cwaniaczkami, zawsze robimy jakieś biznesiki, interesiki. Ale jest w tym jakiś ich podziw. Tutaj też w latach 90. otwierały się firmy z nazwami kończącymi się na „ex”, ale oni chyba sobie gorzej poradzili z transformacją.

fot. Weronika Gogolafot. Weronika Gogola

Simon: To kojarzenie Polaków z handlem, z przemytem może mieć związek z tym, że PRL był na tle bloku stosunkowo najłagodniejszym reżimem. I było dużo łatwiej dostać paszport niż gdzie indziej.

Gogola: Wieś wolniej transformowała, i to może nie było takie bolesne. Ludzie, mówiąc nieco przysłowiowo, mieli co jeść. Transformacja wsi małopolskiej przechodziła zupełnie inaczej niż na przykład na Śląsku czy w tych wsiach, które miały PGR-y. U nas nie było PGR-ów – tam, gdzie były i je zlikwidowano, bezboleśnie nie było. Transformacja wsi okazała się bardziej płynna i trwa do dziś; tyle że wieś zmienia się powoli w peryferia miast, przyjemne miejsce do życia.

Piotr, historia z „Cichej nocy”, opowieść o rodzinie, która z pokolenia na pokolenie emigruje zarobkowo, to historia z twojej miejscowości?
Domalewski: Z całego mojego regionu. Jak byłem mały, mówiło się, że w Chicago co drugi Polak jest z Łomży, co trzeci z Zambrowa, a reszta... z Moniek. Ja też jestem ze wsi, więc zgadzam się, że nigdy nie odczuwaliśmy braku zaopatrzenia, braku żywności – sami ją produkowaliśmy. A przy tym nie było kulturowej potrzeby, żeby jakoś wyglądać, w coś się ubierać albo czymś jeździć. Jeździło się tym, co akurat było pod ręką. Wieś zaczęła się tak naprawdę zmieniać dopiero z wejściem do Unii Europejskiej. Zmienił się pogląd na gospodarstwo – jako na biznes, który produkuje żywność. Współcześni rolnicy po wejściu do UE to są przedsiębiorcy, a nie rolnicy.
Co do emigracji – każdy marzył o cioci w Stanach. Ja też miałem klocki Lego. Ale to dlatego, że kuzyn, który był lekarzem w Stanach, przysłał dolary i za te dolary kupiło się klocki. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co z tymi klockami robić, więc najpierw tylko patrzyliśmy na pudełko, żeby ich nie pobrudzić. Emigracja faktycznie była duża. Pisałem scenariusz osadzony w tamtych realiach, robiłem risercz i faktycznie wychodzi na to, że pod koniec lat 80. łatwiej było dostać paszport szeregowemu człowiekowi niż komuś związanemu z aparatem państwowym. Oni mocno wtedy pilnowali swoich.

Czyli ta emigracja była ciągła? Lata 80., 90., potem w czasach UE?
Domalewski: Moim zdaniem była cały czas. Powtarza się cyklicznie, co pokolenie. Tylko ma różne kierunki i różne przyczyny. Zmienia się też sposób patrzenia na tę emigrację. Widzę to po swoim bracie, który mieszka w Anglii. Nie pojechał tam jako informatyk złapany przez headhunterów, tylko wykonuje proste prace. Ale on chce tam mieszkać i żyć, chce być częścią tej kultury. A nie zgromadzić worek pieniędzy i wrócić do domu. 

Bohater twojego filmu wraca z Holandii autobusem. Ale tuż przed swoją rodzinną miejscowością przesiada się do wypożyczonego samochodu, udając, że to jego własny. To było ważne dla wracającego emigranta – żeby pokazać status?
Domalewski: Tak, nadal tak jest. W moich stronach w mieszkaniu może być różnie, ale samochód musi być wymyty i musi błyszczeć. To manifest statusu, którego nie rozumiem. Podróżuję po Europie – i wszędzie ludzie traktują swoje samochody jak urządzenia, które po prostu mają jeździć.

Gogola: Faktycznie, te samochody to jakiś symbol transformacji. Chyba w całym naszym regionie. Na Słowacji widać to jeszcze bardziej niż w Polsce. Pod okropnymi blokami z płyty parkują bmw.

Na ile twój film wyrasta z doświadczenia, Piotr?
Domalewski: Chciałem zrobić film, który byłby dosyć osobistą historią, wynikającą z obserwacji tego, w czym się wychowywałem. Całe moje strony – wschód – właśnie z tego wyrosły, a może jeszcze wyrastają. To może zabrzmi banalnie, ale Wajda kiedyś powiedział, że żeby zrobić film, trzeba znaleźć bohatera, który jest bohaterem tych czasów. Zastanawiałem się, kto nim jest dziś. I pomyślałem, że jest to ktoś, kto chce poprawić swój los, coś zmienić albo zerwać z jakąś tradycją. Że takim bohaterem naszych czasów jest po prostu emigrant zarobkowy.

Weronika, twoje debiutanckie „Po trochu” zaczyna się w początkach lat 90. Od pożaru GS-u… To tło społeczno-historyczne przełomu było dla ciebie ważne?
Gogola: Było. Książka zaczyna się od pożaru GS-u, bo każdy rozdział był tak zaprojektowany, żeby opowiadał o jakiejś śmierci. Ja w zasadzie wyrosłam na zgliszczach tamtego systemu – urodziłam się w 1988 roku, nie mogę pamiętać PRL-u. Ale mam dość dobrą pamięć – pierwsze momenty mojego życia przypadają na okres budowania czegoś nowego, a jednocześnie pożaru tego starego. U mnie na wsi symbolem ostatecznego końca czegoś naprawdę był ten pożar GS-u. To był taki specyficzny sklep, gdzie sprzedawano szwarc, mydło i powidło. Pewne produkty już nigdy nie wróciły do żadnego z innych sklepów. Ostateczne zniknięcie.

Pamiętam też zmianę pieniędzy. Stare złotówki zbierałam i myślałam, że jestem bardzo bogata. Przyjechałam do babci do Nowego Sącza, wygrałam w chipsach Ruffles banknot z Kopernikiem i byłam pewna, że to bardzo dużo. Ile to było?

Domalewski: Tysiąc starych złotych.

Gogola: Pamiętam też, że byłam jeszcze dzieckiem, które cieszyło się, gdy ciocia przyniosła pomarańcze.

Domalewski: Ja do dziś się cieszę, jak ciocia wpadnie z pomarańczami [śmiech].

Simon: Ja do dziś dostaję od mamy mandarynki pod choinkę.

Wrońska: A u nas do dziś jest ananas na Wigilii, jako element dekoracyjny, ale też bardzo ważny – bo to coś ekstra, exotic.

Gogola: U nas tak samo było z colą. To zostało mojemu dziadkowi. Jak przyjeżdżamy do niego w odwiedziny, to wyciąga na stół colę. Dla niego to symbol święta. My co prawda nie chcemy tej coli, ale on zawsze ją wyciąga z bareczku i rozlewa, bo kojarzy mu się to z czasami, kiedy cola była tylko na weselach, komuniach i może imieninach.

Simon: Dzieciństwo w latach 80. to było jednak doświadczenie upokorzenia. Wyjeżdżałem do kuzynów do Danii, jeździłem do nich wtedy na wakacje, byli w moim wieku. I mieli pokoje wypełnione od podłogi po sufit jakimiś zdalnie sterowanymi samochodami i klockami Lego. A potem się wracało w 1984 roku do Świnoujścia i wszystko było odrapane i syfiaste. Na mnie się to odcisnęło w ten sposób, że do tej pory chyba mam jakąś trudność z pozytywną identyfikacją z Polską, z myśleniem, że jestem dumny, że jestem Polakiem. Choć powody, dla których tak się dzieje, zmieniają się z czasem.

Gogola: Ja to poczucie wykluczenia miałam w jakiejś mikroskali przez to, że byłam ze wsi. Wtedy różnica między miastem a wsią była ogromna. Miałam straszne kompleksy – moi znajomi z Krakowa mieli dom u nas na wsi, była wielka różnica w tym, co oni mieli, a czego ja nie miałam. Gdy szłam do szkoły, mama pojechała do Tarnowa kupić mi wyprawkę. Kupiła mi zeszyt z Myszką Miki. Pani powiedziała wtedy, żeby więcej tego nie robiła, bo inne dzieci nie mają takich zeszytów. A dzisiaj, gdy jestem u siebie na wsi i patrzę na dzieci, które idą do szkoły – nie ma żadnej różnicy w tym, jak są ubrane, jakie mają tablety – to się zatarło. Wyglądają jak dzieci z miasta.

Zuza, traktowałaś „Córki dansingu” jako jakiś rodzaj hołdu dla rodziców? Byłaś przy powstaniu koncepcji tego filmu?
Wrońska: Tak, byłam przy tym od początku z Robertem Bolestą. Ale dla nas nie była ważna cała ta otoczka polityczno-społeczna. Ten dansing zaistniał tylko na naszym podwórku, nie było tego gdzie indziej. Okazało się, że dansing to był specyficznie nasz polski wynalazek, sposób spędzania czasu, cała sfera życia. W filmie omijaliśmy to wszystko, o czym wy mówicie, ten cały system zależności. Moja mama pracowała na dansingu przez większą część pracowniczego życia, dopiero niedawno przestała pracować, choć nie był to już taki dansing jak kiedyś. Była naszą konsultantką historyczną. Weszliśmy do Adrii, gdzie był kręcony film, pierwszy raz po dwudziestu pięciu latach, odkąd została zamknięta. Mama oprowadziła nas jak po swoim królestwie. Mówiła, że nic się nie zmieniło. Zamknęli – i tak stało.

Mama pewnie widziała film.
Wrońska: Widziała film, nawet zagrała epizod jako barmanka, niestety wypadł w montażu. Mamie film się bardzo podobał, powiedziała, że świetnie oddaje estetykę lat 80. i klimat tego miejsca. Ale więcej tutaj nie ma do grzebania – to nie jest film o transformacji. To raczej film o transformacji dwóch dziewczynek. O ich inicjacji.

Opowiecie o waszej inicjacji politycznej w III RP? Pamiętacie pierwsze świadome głosowanie? Kibicowaliście kandydatom rodziców?
Simon: Ja to jeszcze w PRL-u chodziłem z przypinkami „Katyń” i „Solidarność” do szkoły, jako jedenastolatek, to było dziedziczenie sympatii politycznych moich rodziców [śmiech].

A kiedy nastąpił zwrot w lewo?
Simon: Jakoś na początku studiów. Koniec lat 90. Zacząłem czytać Marksa. Ten język opisu rzeczywistości do mnie przemówił. Ale tak naprawdę mój zwrot był w stronę anarchistyczną. Pierwszy raz w życiu zagłosowałem w ostatnich wyborach do Sejmu, w 2015 roku.

Domalewski: Pierwszy raz odkryłem, czym jest polityka, gdy grzebałem u ojca w szufladzie i znalazłem koperty z Urbanem ze świńskim ryjem. Nigdy bym się po nim czegoś takiego nie spodziewał – to bardzo cichy człowiek. Nie wiedziałem, co to jest, kto jest na tej kopercie. Schował i prosił, żebym tylko nie mówił w szkole, że coś takiego ma. I żebym o tym zapomniał. Ale zawsze musiałem chodzić na głosowania, bo mój ojciec jest historykiem, i twierdził, że trzeba, niezależnie od tego, na kogo. Potem zdziwiło mnie, że rodzice głosują na różne opcje. Zaskoczyło mnie to, bo wydawało mi się, że są jakimś spójnym tworem, a okazało się, że mama i tata głosują na zupełnie inne partie. I nie mają z tym problemu.

Gogola: U mnie zawsze dużo się mówiło o polityce. Jako dziecko, zafascynowana swoimi rodzicami, naturalnie przejęłam ich poglądy. Na szczęście te poglądy były, hm, całkiem słuszne. Oni wychodzili z założenia, że skoro mamy tę wolność, to musimy głosować zawsze, nawet jeśli niekoniecznie jest na kogo. Od początku, od dziecka chodziłam z nimi na wybory. Zresztą bardzo mi się to podobało, bo była w tym jakaś tajemnica, wchodziło się do kabinki za zasłonką, coś się kreśliło, wrzucało się do urny. Najbardziej pamiętam spory mojego taty z dziadkiem. Dziadek miał zawsze przedziwne poglądy. Fascynowało mnie, jak skaczą sobie do gardeł.

To który głosował na Kwaśniewskiego?
Gogola: Na „Kwaśniora” nie chcieli głosować [śmiech]. Babcia jest krawcową, całe życie pracuje w domu i przychodzą do niej klientki, a dziadek miał taki zwyczaj, że oglądał w telewizji politykę, wyłączał głos i zaczynał szczekać jak pies. Krzyczał: „Ty psie, ty psie”. Słynna jest też w rodzinie historia, jak oglądając przemówienie Jaruzelskiego wprowadzające stan wojenny, wydawał takie specyficzne dźwięki zarzynanej świni. Moje dorosłe poglądy polityczne ukształtowały się chyba w kontrze do dziadka, bo przez pewien czas mieszkałam z nim w Sączu i w okresie buntu zaczęłam się z nim strasznie kłócić. Potem wpłynęły też na to środowiska, z którymi się stykałam, zaczęłam być coraz bardziej lewicująca. Ale mam niechęć do ideologicznych deklaracji, zupełnie nie odpowiada mi jakikolwiek radykalizm, nie widzę dla siebie miejsca w polityce.

Wrońska: U nas był reżim głosowania. Siadało się, gdy mogłam już głosować, i zaczynała się rodzinna rozmowa agitacyjno-informacyjna.

Czyli była dyscyplina klubowa?
Wrońska: Tak, absolutnie. Wszyscy głosowali na…

Simon
: …Unię Wolności?

Wrońska
: Właśnie. Na Unię Wolności. Nie można było powiedzieć, że by się chciało zagłosować na przykład na Stana Tymińskiego. Trzeba było głosować tak jak wszyscy [śmiech]. I mogę wam powiedzieć, że w tych wyborach do europarlamentu pierwszy raz w życiu zagłosowałam inaczej niż moja mama. Powiedziałam: No dobra, to już się teraz podzielmy.