Próba „Wampira”
fot. Natalia Kabanow

5 minut czytania

/ Teatr

Próba „Wampira”

Witold Mrozek

Tomasz Węgorzewski rzuca trudne wyzwanie sobie, aktorom i widzom. Jego „Wampir” w Bydgoszczy jest także trochę opowieścią o niemożliwości zrealizowania spektaklu na podstawie powieści Reymonta

Jeszcze 1 minuta czytania

Pomysł, by sięgnąć na scenie po zapomnianą powieść grozy Władysława Reymonta, był ryzykowny, ale zarazem kuszący. Reżyser, niedawny debiutant, Tomasz Węgorzewski, lubi, jak się zdaje, zakurzone dzieła literatury polskiej – niedawno z sukcesem wystawił w Gnieźnie „Listopad” Rzewuskiego. Książkę Reymonta z 1911 roku przeczytać można w całości w Wikiźródłach, jednak streśćmy ją pokrótce. Zenon, emigrant z Polski do Londynu, odbywa podróż w głąb własnej duszy w towarzystwie Daisy – swojej duchowej przewodniczki i femme fatale zarazem. Polak zmaga się z własnymi ukrytymi psychicznymi mocami, przechodzi inicjację w sekretnych obrzędach, a także penetruje i akceptuje w końcu ciemną stroną swojej natury. Po drodze napotyka wyznawców Bafometa, joginów i rozmaitych guru. Wreszcie wykonuje skok w duchowe, psychiczne i metafizyczne głębie. Zacytujmy Reymonta: „ Jeszcze chwila odruchowych wahań! Jeszcze chwila zmagania ostatnich żalów i pamiętań ostatnich, mgnienie chwiania się, niby drzewo podcięte, i runął tam, gdzie go wołało przeznaczenie... – A choćby nawet Szaleństwo i Śmierć! A choćby! — rzucił wyzywająco własnej woli”.

Węgorzewski rzuca trudne wyzwanie sobie, aktorom i widzom. Jego „Wampir” w Bydgoszczy jest także trochę opowieścią o niemożliwości zrealizowania spektaklu na podstawie „Wampira” Reymonta. Aktorzy z egzemplarzami w rękach snują się na początku po scenie i mówią o problemie, jaki mają z tym zadaniem. Z drugiej strony, chętnie eksplorują kampową stronę młodopolskiej, wtórnej i nieco pretensjonalnej powieści autora „Ziemi obiecanej” i „Chłopów”, pełnej tajemniczych sekt, spirystycznych seansów, wirujących stolików – sięgając na scenie po środki przypominające nieco stare, przedwojenne kino grozy.

Reymont, Wampir. Trauerspiele, reż. Tomasz Węgorzewski. Teatr Polski w Bydgoszczy, premiera 17 listopada 2018Reymont, „Wampir. Trauerspiel”, reż. Tomasz Węgorzewski. Teatr Polski w Bydgoszczy, premiera 17 listopada 2018Z drugiej strony podtytuł „trauerspiel” odsyła do mieszczańskiej tragedii, gdzie jednostka najpierw konfrontuje się sama ze sobą, a potem podejmuje nierówną walkę ze światem zewnętrznym i jego okrutnym determinizmem. Węgorzewski zapewniał przed premierą, że wierzy w psychologiczną prawdę doświadczeń Reymonta („Wampir” miał być utworem częściowo autobiograficznym). Jeśli jednak broni prawa do doświadczenia niesamowitości, to robi to na drodze teatru osobliwie apofatycznego – nie dopuszczając możliwości jego przekazania, eliminując kolejne strategie teatralnej komunikacji, bądź przez wyłączenie (stąd osobliwa prostota inscenizacji), bądź to przeciwnie, przez przesadę (której ekscesy zdarzają się tu tuż obok scen radykalnie minimalistycznych).

Będzie więc rozgrywająca się na początku drugiej części spektaklu – w ciszy, prywatnie – rozmowa trójki aktorów o tym, co to właściwie jest dusza – czy się ją ma, czy się nią jest itd. Luźne dywagacje przejdą w rodzaj komicznego skeczu, od budzącej konsternację niepewności konwencji do dowcipnego zapętlenia. Wcześniej zobaczymy scenę zbiorową spirytystycznego seansu, będą też jakby lekko tylko inscenizowane, surowe sceny dialogowe. A wreszcie – bombastyczny finał, w którym jedną z postaci przygniata spadająca w zwolnionym tempie gigantyczna skała z papieru.

W odbiorze adaptacji Kurpryjanowicz i spektaklu Węgorzewskiego brakuje jednak punktu zaczepienia. I nie mam tu wcale koniecznie na myśli bardziej zarysowanej fabuły, ale rytm, nastrój, postać czy formalną konstrukcję, za którą można by podążać. Intrygująca muzyka Teoniki Rożynek tu nie wystarcza. Zamiast balansować na pograniczu inscenizowania i referowania scenicznej fikcji i prywatnego performansu, w wielu momentach „Wampir” rozsypuje się zupełnie.

Ale są w „Wampirze” też sceny zdradzające niewątpliwy talent Węgorzewskiego, sporą zdolność operowania aktorską obecnością między graniem a nie-graniem, między ironią a tonem serio. Gdy to się wydarza, przedstawienie nabiera intensywności. Z obsady wchodzą w tę ryzykowną rozgrywkę z sukcesem m.in. Daniel Chryc (bardzo udany powrót na scenę), Anna Kłos, Joanna Żurawska czy Michał Surówka. To stylistyka spod znaku Krystiana Lupy i Michała Borczucha, nacechowana jednak jeszcze większym dystansem wobec teatralnego medium, przy jednoczesnym ochoczym korzystaniu z jego maszynerii. Niebagatelna w tej zabawie teatrem jest rola oświetlonej przez Katarzynę Borkowską scenografii Doroty Nawrot, której surowy, a zarazem monumentalny styl staje się jedną z bardziej autorskich i oryginalnych propozycji w polskim myśleniu o scenicznej przestrzeni.

Zaproszenie Węgorzewskiego było dość odważnym gestem nowej dyrekcji, która przedstawiała się przecież jako niosąca „przystępną” linię po nazbyt „hermetycznych” sezonach Pawła Wodzińskiego i Bartka Frąckowiaka. Tymczasem najbardziej nawet radykalne przedstawienia poprzedników dyrektora Łukasza Gajdzisa były na tle „Wampira” dość komunikatywne.