Duchowy dobrostan
Odilon Redon CC BY 4.0 rawpixel.com

23 minuty czytania

/ Literatura

Duchowy dobrostan

Rozmowa z Marią Bigoszewską

Jestem przekonana, że wiersze i umiejętności wróżbiarskie rodzą się w jednej przestrzeni, prowadzi je ten sam rodzaj intuicji. W obu przypadkach chodzi przecież o odnalezienie niepowtarzalnego słowa lub zdania

Jeszcze 6 minut czytania

ALDONA KOPKIEWICZ: Czy mogłaby pani zdradzić, jak wygląda wizyta u pani – jako tarocistki?
MARIA BIGOSZEWSKA: Przed wróżbą nakrywam stół czerwonym obrusem, zapalam świecę, a obok kładę kilka kryształów ametystu. Kiedy próg gabinetu przekroczy ktoś umówiony na sesję, proszę go, aby usiadł wygodnie i odetchnął, pozostawiając za sobą sprawy dnia codziennego. Następnie podaję mu potasowaną talię z zaleceniem, by przytrzymał nad kartami obie ręce. Wówczas ja, i tak już mocno skupiona od początku wizyty, dodatkowo się koncentruję. Później pojawia się ucisk w skroniach, spowodowany przez strumień energii, który – tak to odczuwam – łączy moją głowę z czołem pytającego. Oznacza to, że telepatyczny kontakt działa i karty będą mówiły całą prawdę. Stawiam jeden układ, drugi. Powoli tarot zaczyna „schodzić w głąb”, odsłaniając – naturalnie, jeśli zaistnieje taka potrzeba – rzeczywiste źródło problemów, często bardzo intymnych, starannie ukrywanych. Bo rozmawiamy na przykład o bolesnym dzieciństwie, gwałtach, przestępstwie, jakiego ofiarą padł klient lub… jakiego dokonał. Ta sytuacja wymaga od dywinatora zbudowania atmosfery delikatności i taktu. Osoba, która tu przyszła, wie, że może mi zaufać i że nikogo nie oceniam. Seans trwa zwykle około półtorej do dwóch godzin. A bywa, że nieco dłużej, chociaż to rzadkie przypadki.

Jak to się stało, że zainteresowała się pani tarotem?
Pewnego razu, w zamierzchłych latach 80., wybrałam się do Warszawy. Koleżanka zaciągnęła mnie do znajomej wróżki. Stawiasz tę kabałę i stawiasz – oznajmiła – więc niech wreszcie postawią i tobie. Ale wróżka nie używała kart klasycznych; rozłożyła talię pełną tajemniczych symboli, kolorową, intrygującą. Był to oczywiście tarot, wtedy niemal zupełnie w Polsce nieznany. Zafascynowana wyjęłam pierwszą kartę – Śmierć – lecz wcale się jej nie przestraszyłam. Wróżka orzekła: wkrótce zmienisz środowisko, partnera i przyjaciół. Nie potraktowałam tego poważnie, bo naprawdę nic nie wskazywało na jakiekolwiek zmiany. Gdy jednak po dwóch tygodniach poznałam wrocławskiego opozycjonistę i bez namysłu rzuciłam dla niego dotychczasowe życie – uwierzyłam. Dokładność, dosłowność wróżby zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Postanowiłam zdobyć takie karty i nauczyć się je czytać. Potem przyszły lektury autorstwa tarotowych mistrzów, medytacje nad poszczególnymi arkanami – i wpadłam po uszy. Zachwyt nad tym wspaniałym, wielowymiarowym narzędziem do pracy z podświadomością nie opuścił mnie do dzisiaj.        

Maria Bigoszewska

Autorka pięciu książek poetyckich, prozaiczka, znawczyni tarota. Laureatka Nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za tom poetycki „Zmowa” (1992) i Wielkiej Nagrody Fundacji Kultury za tom „Ciało niepewne” (1993). Nominowana do Paszportu Polityki za „Ciało niepewne” (1994) i Nagrody Literackiej Gdynia za tom poezji „Jeden pokój” (2016). Za swój ostatni zbiór wierszy, „Wołam cię po imieniu” (2017), otrzymała Nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej, Nagrodę Literacką m.st. Warszawy oraz nominację do Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida.

Mówi pani o energii, telepatii, ale też o konkretnym doświadczeniu i lekturach. Kiedy te dwie strefy się ze sobą spotkały? Kiedy uznała pani, że mogłaby wróżyć innym?
Wróżyć innym nauczyłam się dawno temu, by tak rzec, przez osmozę. Mama często stawiała karty koleżankom z teatru, natomiast ja, niewinne dziecię, obserwowałam rodzicielkę z uwagą. Było to ciekawe doświadczenie, ponieważ młode aktorki pytały głównie o sprawy sercowe, wróżby buzowały od namiętności. W takich okolicznościach wymowę kart poznałam prędzej niż litery w elementarzu. Potem wróżyłam domownikom – dla wprawy – następnie sobie i koleżankom. Jeszcze później – znajomym i znajomym znajomych. I tak to się potoczyło, w sposób całkowicie dla mnie naturalny. Kiedy zetknęłam się z tarotem, zmieniłam tylko instrument na bardziej pojemny, bo bogatszy o sferę ducha. Co nie znaczy, że zupełnie porzuciłam zwykłe karty. Na łamach ezoterycznych pism wielokrotnie przedstawiałam własną interpretację kabały. Kartami klasycznymi wróżyłam też, gdy ktoś poprosił o przepowiednię w takiej właśnie formie.

Czy pisała już pani w tym czasie wiersze? Dostrzega pani powinowactwa między tymi talentami?       
Wiersze zaczęłam układać w szóstej klasie i pisywałam je do 16 roku życia. Dokładniej – do dnia, w którym pobiegłam pokazać mamie jakieś nowe dzieło, a ona, zajęta swoimi sprawami, mruknęła z roztargnieniem: pisz, dziecko, pisz, wszystkie dziewczynki w twoim wieku piszą wiersze. Wszystkie?! – obraziłam się. – No to ja nie będę. Wytrwałam w tym postanowieniu do czasu ukończenia 23 lat. Byłam już wtedy mężatką, pracowałam w szkole i… rozpaczliwie próbowałam zmienić swoją uporządkowaną egzystencję. Bo co mnie miało dalej czekać? Mam tu tkwić, aż dorobimy się samochodu, dziecka i psa? To wszystko?… Nie chcę! Wróciłam zatem do pisania z rozżalenia i konieczności dogadania się ze sobą. W nadziei, że znajdę przestrzeń, która naprawdę będzie moja.

Jestem przekonana, że wiersze oraz umiejętności wróżbiarskie rodzą się w jednej przestrzeni, prowadzi je ten sam rodzaj intuicji. To tak, jakby człowiek wszedł do ciemnego pokoju, wiedząc, że coś w nim jest, coś jeszcze niepoznanego, i próbował tego dotknąć, pochwycić, nazwać. W obu przypadkach chodzi przecież o odnalezienie niepowtarzalnego słowa lub zdania, które dokładnie oddaje intencje twórcy albo trafia w sedno podczas tarotowego seansu.

Pierwsza pani książka, „Prawa i lewa strona świata”, ukazała się już w roku 1979. Kolejna, książka poetycka „Zmowa”, po długiej przerwie w 1991. Co się działo z pani pisaniem w latach 80.?
Pisałam więcej prozy. Scenariuszy, opowiadań. Wiersz, obudzony jakimś skojarzeniem albo impulsem, potrzebuje czasu, by się skrystalizować, wymaga wyciszenia i pewnego duchowego dobrostanu. Nie potrafię pisać w zamęcie, smutku lub stresie, bo wychodzą mi niedoróbki. A okresy, kiedy funkcjonowałam w depresji, trwały wtedy naprawdę długo. Nie czułam  potrzeby notowania myśli ani snów, w których pojawiały się literackie motywy.

fot. Paweł Kwiekfot. Paweł KwiekLata 80. stanowiły intensywny i ważny moment w moim życiu. Ostatecznie ukształtowały mnie jako osobę, obywatelkę, poetkę. Otrzymałam to, o czym marzyłam; znalazłam się w artystycznym środowisku, poznałam niezależną kulturę, czytałam bezdebity, do których przedtem nie miałam dostępu, bywałam na premierach i wernisażach. Zaprzyjaźniłam się z wartościowymi ludźmi. To jedna strona medalu. Druga wyglądała zgoła inaczej.

To może zacznę od początku. Na pół roku przed stanem wojennym wyjechałam z rodzinnego Gniezna. Jak wspomniałam, odeszłam od męża do, jak wówczas sądziłam, największej miłości swojego życia. Moim wybrankiem stał się wrocławski poeta i działacz solidarnościowy. Nocą z 12 na 13 grudnia 1981 roku SB zabrało go z domu. Ślub wzięliśmy zgodnie z narodową romantyczną tradycją: w więzieniu. Gdy wrócił z internowania, urodziłam dziecko i przekonałam się, że nowy mąż, który niemal dzień w dzień udawał się w miasto, aby knuć przeciwko władzy, owszem, konspirował, lecz głównie udzielał się towarzysko. Zatem ja, Matka Polka Opozycjonistka, przez siedem lat wyczekiwałam do późnych godzin nocnych, nie wiedząc, czy właśnie został aresztowany, czy też pije i zabawia się z panienkami. Ciągłe napięcie plus kwestie związane z chorobami dziecka, mieszkaniem i samotnością w tym układzie sprawiły, że posypało mi się zdrowie.

Po lekturze książki Grażyny Jagielskiej dotarło do mnie, że cierpię na zespół stresu pourazowego, którego skutki odczuwam do dzisiaj. Rozstaliśmy się w 1988 roku. Przeniosłam się do Warszawy. Skompletowałam tomik z wierszy, jakie mimo różnorakich przeszkód powstały we Wrocławiu. Natomiast kolejna przerwa w pisaniu spowodowana była spiętrzeniem obowiązków. Pracowałam na etacie, publikowałam sporo artykułów i recenzji dla różnych czasopism i radia. Pomagałam rodzicom. Znowu zabrakło miejsca na wiersze. Za to teraz skupiam się na poezji. I mam nadzieję, że tak już pozostanie. 

W wierszach z książki „Ciało niepewne” skupia się pani zatem na doświadczeniach ciała, ale związane są one także z wyobraźnią religijną. Te dwie sfery będą się przenikać także w pani późniejszych wierszach.
Uważam się za agnostyczkę, religia raczej niespecjalnie mnie angażuje. W ciągu ostatnich trzydziestu lat napisałam może trzy teksty stricte religijne. Dotąd moje wiersze postrzegane były w kategoriach poezji metafizycznej. Tak widziała je choćby profesor Grażyna Borkowska, pani znalazła inny kontekst, to ciekawe.

W naszym świecie posiadamy wyłącznie ciało. Kruche i podatne na ból, zmaga się z bezsensem życia i lękiem przed nieznanym. Biedne i zawsze skazane na klęskę, w odwecie może jedynie buntować się, modlić albo uprawiać seks, byle odsunąć od siebie tę mało komfortową świadomość. Bóg, o jakim myślę, nie uosabia sacrum. Jest jedynie figurą Boga, niezwiązaną z konkretną religią. Istota, „potężna, jak pomór przywleczony z wysp”, nie pozostawia człowiekowi nadziei na żadną z pięknych rzeczy, o których mówi religia chrześcijańska: wybaczenie, zbawienie, niebiańskie szczęście. Ewentualne zaświaty mogą okazać się miejscem równie okrutnym jak Ziemia. Niestety, nikt mnie nie pytał, czy chciałam się na niej znaleźć. Ani Boga, ani Uniwersalnej Energii to nie obchodziło. Roimy się tu jak w mrowisku i umieramy, nie otrzymując w zamian niczego prócz utraty.

Rozumiem jednak, że istnieje według pani jakaś energia, jakiś nieokreślony Bóg? 
Przyjmuję i taką możliwość. Naprawdę chciałabym wierzyć, że Stwórca jednak istnieje. Gdy piszę „Boże, którego nie ma, pomódl się za nami”, robię to z bezradności wobec niewiedzy, cierpienia i śmierci. Nie mam pojęcia, czy jesteśmy tylko formą istnienia białka, jak w starej piosence Skaldów, czy też ktoś nas – w jakim celu? – poddaje nieustannym próbom. Oczywiście pragnęłabym zostać utulona przez dobrego Boga, ale dotąd nie zdarzyło mi się doświadczyć duchowej łączności z transcendencją. Z innej strony kilkakrotnie obserwowałam zjawiska, których żadną miarą nie udało się racjonalnie wytłumaczyć. Cóż, pewnie była to kwestia jakiegoś bezwiednego uruchomienia w sobie wrażliwości na coś, czego nauka nie zdołała jeszcze zbadać i wyjaśnić. Więc chyba jesteśmy tu pozostawieni sami sobie. Pytanie, czy mamy dusze, śmiertelne bądź nieśmiertelne? I co z wierszami, które niekiedy słyszą więcej i wiedzą więcej niż ten, kto je napisał. Ale one także nie niosą pocieszenia.

W dwóch ostatnich książkach jeszcze ostrzej pokazuje pani, że prawdopodobnie nic za nami, za tą rzeczywistością nie stoi. Ale może poezja daje szansę wydobycia tego, co jeszcze niewyjaśnione?
W przeszłości sporo myślałam o różnych religiach, teorii predestynacji, zjawisku reinkarnacji… Uznałam, że jedno z moich małżeństw było związkiem karmicznym. Zajmowało mnie, co dzieje się z duszą po śmierci człowieka. Rozważałam też argumenty drugiej strony i nie wydały mi się bezzasadne. Potem popełnił samobójstwo mój syn. Wtedy tym więcej zaczęłam zastanawiać się, czemu orzeczono, że taki duch powinien odczuwać cierpienie i błąkać się latami po astralu, skoro życie na Ziemi okazało się zbyt straszne, by się z nim mierzyć? To paskudna perspektywa, lecz im okropniejsza, tym bardziej realna się wydaje. Lecz – stop. Dlaczego mamy różnić się czymś od zwierząt i roślin, których energie nie wędrują do nieba, a cel istnienia sprowadza się do prostego przekazywania genów?

Ale zostawmy już ten sceptycyzm, nie przypuszczałam, że będziemy się na nim aż tak koncentrować. Co do wierszy… Owszem, niekiedy zawierają w sobie tajemnicę. Ale nie sądzę, by poezja mogła objaśnić jakieś nieznane rejony. Każda z moich książek była świadectwem osobistych przeżyć, ostatnia w dużej mierze stanowi zapis tęsknoty i żalu po utracie dziecka. Zawarłam w niej nierealną niestety prośbę o uwolnienie się od terroru pamięci i brak zgody na rzeczywistość. Życie boli. Wiersz boli. Dlatego powiedziałam, że pisanie nie niesie żadnej pociechy.

Z mężem, Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim / archiwum prywatneZ mężem, Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim / archiwum prywatne

Chciałabym, aby czytelnik mógł odnaleźć w moich tekstach również własne doświadczenia, niekoniecznie te najgorsze. Bo tekst poetycki musi coś znaczyć dla czytającego, dotykać go, sprawić, że się nad nim zatrzyma nie tylko dlatego, że wiersz został zręcznie skonstruowany. W jednym z wywiadów na pytanie o tematy swojej twórczości Kurt Vonnegut odpowiedział słowami: „Czy jest Bóg, jak wygląda, po co tu jestem, co będzie, kiedy umrę. O tym piszę”. Nic dodać, nic ująć.

Głęboki sceptycyzm zdarza się poetkom, natomiast nie spodziewałam się go po tarocistce. Mówiła już pani, że ta sama intuicja pojawia się w obu dziedzinach. W co trzeba uwierzyć, by stawiać komuś karty?
Dywinacji trzeba się nauczyć, równocześnie rozwijając własne predyspozycje oraz wrodzoną wrażliwość na bodźce, fakt, subtelne, więc niekoniecznie wszystkim dostępne. Poza tym to kwestia znalezienia odpowiedniego narzędzia. Można wieszczyć z kart, run, wody, kryształowej kuli, jelit, patyków w końcu. W efekcie ta sama karta (albo patyk), wyciągnięta przez dwie różne osoby, ujawnia odmienne treści. Moją rolą jest ich wydobycie i przekazanie w sposób zrozumiały, empatyczny i dający nadzieję. Poczucie, że mogę stawiać karty, wzięło się stąd, że wzorem swoich przodkiń, wróżbitek i wizjonerek chcę pomagać ludziom. Prywatne problemy nie mają najmniejszego wpływu na interpretację tarota. Można rozpatrywać go na tylu poziomach, że odpowiedź na pewno nie pokłóci się ze światopoglądem pytającego. Natomiast religijne czy mistyczne treści, obecne w symbolice arkanów, stanowią niezmiernie ciekawy, inspirujący temat, którego jednak nie mamy czasu tutaj omawiać.

Kiedy układam karty, nie wiem, dokąd poprowadzi mnie tarot. Tak samo jest z poezją. Tekst niejednokrotnie zbacza w sobie tylko wiadomym kierunku i wszelkie próby okiełznania go spełzają na niczym. Parę razy wiersz objawił mi, niemal dosłownie, zagadnienia dotyczące przyszłości. Patrzyłam później zdumiona, że oto ze sporym wyprzedzeniem ujawniły się sprawy, których w ogóle się nie spodziewałam. Ale po kilku tygodniach czy miesiącach dochodziłam do wniosku, że coś we mnie o tym wiedziało…

Czy słowo poetyckie i symbolika tarota są sobie bliskie?
Nie zastanawiałam się nad tym dotąd. A jakiego zdania jest pani, także poetka i tarocistka?
Odpowiedziałabym pewnie podobnie, jak pani przed chwilą. Czytanie tarota i czytanie poezji pozwala poznawać siebie, odkrywać ukryte aspekty własnych doświadczeń, także retrospektywnie (to akurat jest mniej możliwe w przypadku tarota, chyba że ktoś zapisuje). Tarot stanowi także świetną szkołę wieloznaczności, każda karta ma kilka możliwych odczytań, zależnych potem od konfiguracji kart w rozkładzie. Dostajemy więc jakieś rozsypane wieloznaczności, z których trzeba poskładać historię. To ten moment interpretacji przypomina czytanie literatury i uczy szacunku dla zmienności tych odczytań. Poza tym cenię archetypy tarota za mądrość psychologiczną i chciałabym, by poezja także łączyła w sobie myślenie figuratywne i wiedzę o świecie. Tarot przypomina mi, że niewiele jest zdarzeń i znaków ostatecznie dobrych lub złych. Każda właściwość działa inaczej w innym otoczeniu. Taki rodzaj otwartości wobec niejasności życia, przestrzeni, w której wstrzymujemy się od osądu, powinien mieć każdy z nas, ale pisarze i artyści potrzebują jej szczególnie. W tym sensie tarot wydaje się właściwie przeciwieństwem narzędzia do czytania przyszłości, nie jest żadną wyrocznią – nawet jeśli coś wskaże, życie i tak wypełni symbol własną treścią i pracę czytania trzeba będzie zacząć na nowo.

Czy mogłaby pani opowiedzieć więcej o wpływie przodkiń? Mówiła już pani o wizjonerkach w pani rodzinie.
To, co widziałam i słyszałam od matki i babci, niewątpliwie ukształtowało mnie jako tarocistkę. Nauczyło odwagi, odpowiedzialności za słowo i wiary w siebie, w podpowiedzi intuicji. Identyfikuję się z linią żeńską mojej rodziny, dzieje tych kobiet są dla mnie ważne. Przytoczę pani pewien epizod z życia prababki Emilii. Kobiety z mojej rodziny późno decydowały się na dzieci, więc jeśli sięgnąć trzy pokolenia wstecz, znajdziemy się w wieku XIX. W owych czasach dziedziczki z braku lekarzy często udzielały włościanom pomocy medycznej. Tamtego marcowego dnia prababcia opatrywała ranę miejscowego parobka, kiedy nadszedł gospodarz z sąsiedniej wsi. Trochę trwało, zanim odnalazł Emilię, bo najpierw skierował się do dworu, a dopiero tam powiedziano mu, gdzie jest pani. Opowiedział, że żona zaczęła rodzić, lecz poród nie przebiega normalnie. Prosił, żeby Emilia pomogła kobiecie. – To niedaleko, „aby przez most” – przekonywał. – Mostu nie ma – oznajmiła prababka. – Jak to: nie ma? – Wytrzeszczył oczy przybyły. – Woda zabrała – odparła lakonicznie Emilia, która przed chwilą doświadczyła takiej właśnie wizji. W niedługim czasie inni chłopi potwierdzili wiadomość. Gospodarz rozpaczał, że żona i dziecko umrą pozbawieni ratunku. Zatem moja wytworna prababka kazała wpędzić do wezbranej rzeki jałówkę i trzymając się krowiego ogona, przepłynęła na drugi brzeg.

Babcia Paulina również miewała widzenia. W okresie I i II wojny światowej udawało się jej kilkakrotnie uprzedzać ludzi o zbliżających się rewizjach lub aresztowaniach, a także – wbrew relacji „naocznych” świadków – niezłomnie wierzyć, że jej najstarsza, Stefania, przeżyje Ravensbrück. Potrafiła odczyniać uroki. Widywała aurę i na jej podstawie diagnozowała problemy zdrowotne. Wiedziała, kiedy umierał ktoś znajomy. Najmłodszą córkę, Marię, która później została moją matką, ciągnęło tylko do kart. Była znakomitą wróżką. Nie przypominam sobie, aby jakaś jej przepowiednia się nie sprawdziła. Ja też zajmuję się wyłącznie kartami, chirologią i numerologią. Babcia, popatrując na nas, konstatowała z westchnieniem, że wraz z „rozrzedzaniem się krwi” zmniejsza się dar. Pewnie to prawda.

Kiedy została pani laureatką Nagrody Literackiej miasta stołecznego Warszawy, nie mogła pani wziąć udziału w rozmowie o pani twórczości; reprezentował panią wówczas mąż Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki. Opowiadał między innymi, że czyta pani głównie książki o Kresach. Pani rodzina pochodzi, zdaje się, ze Lwowa. A jednak pasje i traumy historyczne nie pojawiają się w pani wierszach, pojawiają się za to u pana Eugeniusza. Wybiera pani egzystencjalne i mądrościowe poszukiwania.
Tak powiedział? Zaskakujące, bo to właśnie on z ogromnym zainteresowaniem zgłębia historię Kresów Wschodnich i bada przeszłe stosunki polsko-ukraińskie. Zrozumiałe, zważywszy powikłane dzieje jego rodziny. Natomiast jeśli chodzi o moich bliskich, to zamieszkiwali we Lwowie między 1937 a 1945 rokiem. Przez trzydzieści lat naszego związku przeczytałam wiele pozycji, po jakie raczej bym nie sięgnęła, gdyby nie rekomendacje Eugeniusza. Jednak teraz czytam i dyskutuję mniej chętnie. Chcę odseparować się od opisów zbrodni, cierpień i wzajemnych sporów ludzi z pogranicza, dramatów zsyłek i łagrów. On tym żyje, ja towarzyszę, ale te zagadnienia stanowią ledwie część moich lektur.

Moje teksty są przeważnie zapisem chwili, momentu, który – mam nadzieję – mówi coś o mnie czytelnikowi, pozostawiając jednocześnie pole dla wyobraźni. W książkach starałam się zawrzeć emocje i przemyślenia kobiet, począwszy od wczesnej młodości, a na zdecydowanej dojrzałości kończąc. Owa „ona”, wielokrotnie pojawiająca się w „Wołam cię po imieniu”, skonfrontowana zostaje zarówno z miłością, jak i starzeniem się, żałobą i śmiercią. Temat znam nie tylko z autopsji; przez ostatnie dwadzieścia kilka lat przeczytałam setki adresowanych do mnie listów z prośbą o radę oraz przeprowadziłam mnóstwo rozmów z klientkami, które znalazły się w kryzysie. Zatem wątek „damszczyźniany” jest mi wyjątkowo bliski.

Interesują mnie ludzkie historie, dziwność życia, jego niemożność, ostateczność, sytuacje graniczne. Stosunek do nicości, do śmierci. Także kobieca seksualność. Pamiętam, jak w latach 90. Andrzej Stasiuk zganił mnie na łamach „Nowych Książek” za poruszanie tej kwestii w poezji. Wiadomo, o seksie mogli pisać wyłącznie faceci, ze szczególnym uwzględnieniem peregrynacji penisa. Na szczęście to się obecnie zmieniło.

Właśnie, tarocistka musi być także znawczynią psychik i losów, dziś powiedzielibyśmy: psychoterapeutką. Pani książka o tarocie pokazuje świetne zrozumienie psychologicznego aspektu kart i wrażliwość na subtelne oblicza przemocy w damsko-męskich relacjach. Czy dzięki tak rozwiniętej empatii przepuszcza pani przez siebie obce życia i daje im miejsce w wierszach?
Staram się wspierać kobiety. Ujmuję się za kobietami. Lubię z nimi przebywać i pracować. Bo poetką bywam, a feministką jestem zawsze, każdego dnia.
Miło mi, że sięgnęła pani po „Bezpieczny tarot”. Książka miała już trzy wydania, zakładam więc, że mimo nasycenia rynku poradnikami wróżbiarskimi przydaje się zainteresowanym „jogą Zachodu”. I słusznie pani zauważyła, że niełatwo odseparować się od spraw, o których człowiek dowiaduje się podczas sesji. I istotnie niektóre moje wiersze odpowiadają konkretnym sytuacjom międzyludzkim, są strzępami dialogu lub symbolicznym aktem porozumienia między mną – tarocistką, autorką – a kobietą, z którą zetknął mnie los. Ale nawet jeśli piszę o innych, piszę w jakimś sensie o sobie – wyobrażonej, w innym życiu.

We wspomnianej rozmowie pan Eugeniusz twierdził też, że jest pani wielbicielką poezji Krystyny Miłobędzkiej, Urszuli Kozioł i Ewy Lipskiej, ale zwłaszcza Krystyny Miłobędzkiej. Zwrócił też uwagę, że obie macie skłonność do miniatury, form lapidarnych. Czy to przypadek, że pojawiły się tu poetki, nie poeci?
Przypadek, choć chętnie dodałabym na przykład nazwisko Aldy Merini. Natomiast z polskich poetów… Może Edwarda Pasewicza i Wojciecha Bonowicza? I naturalnie Eugeniusza. Zresztą najczęściej zachwyca mnie nie całokształt, ale pojedyncze teksty, jakiś obraz, fraza. Jest taki wiersz Julii Fiedorczuk, „cały dzień ładna pogoda”, gdzie znalazł się świetny opis otwieranej wieczorem lodówki „pełnej światła/ jak rozkrojony bursztyn”. Siedział mi w głowie tygodniami.

Najbardziej ceni pani w poezji lakoniczność?
Największym grzechem poety bywa przegadanie. Dlatego od początku staram się oczyszczać wiersze z każdego zbędnego słowa i sekunduję temu, co oświadczył niegdyś Ezra Pound: „Pewien Chińczyk stwierdził dawno temu: jeżeli człowiek nie potrafi powiedzieć tego, co ma do powiedzenia w dwunastu linijkach, niech lepiej milczy”.