Superbohaterka
„Podbić Kongres”, mat. prasowe

13 minut czytania

/ Film

Superbohaterka

Jakub Majmurek

W dokumencie „Podbić Kongres” Ocasio-Cortez odkrywa w sobie siłę do politycznego działania. Uczy się donośnym głosem przemawiać w sprawie ludzi takich jak ona – ciężko pracujących Amerykanów

Jeszcze 3 minuty czytania

Współczesne demokracje liberalne są rozdarte między dwoma sprzecznymi wyobrażeniami na swój temat. Gdy mówimy demokratyczna polityka, często pierwszym skojarzeniem jest oderwana od problemów zwykłego człowieka gra elit – zazwyczaj drapieżna, mroczna i brudna. Tej odczarowanej wizji przepełnionej cyniczną rezygnacją towarzyszy inna: demokracji jako ustroju, gdzie lud i reprezentujący go uczciwy polityk mają, przynajmniej raz na jakiś czas, szansę na to, by upomnieć się o sprawiedliwość i wygrać. Z jednej strony „House of Cards”, z drugiej Frank Capra i jego „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu”.

Te dwa bieguny politycznej wyobraźni można też przedstawić za pomocą dwóch dokumentów dostępnych także na polskim Netflixie: „Podbić Kongres” Rachel Lears oraz „Potrzebny mi Roger Stone” Daniela DiMauro, Dylana Banka i Morgana Pehme.

Kobiety przeciw establishmentowi

Pierwszy dokumentuje walkę czterech kobiet, które decydują się rzucić wyzwanie establishmentowi Partii Demokratycznej i wystartować w prawyborach w okręgach, które w amerykańskim Kongresie od dawna reprezentują politycy doskonale ustawieni we władzach partii. Wszystkie cztery mają poczucie, że ich reprezentanci utracili kontakt z ludźmi, których powinni reprezentować. Starzy waszyngtońscy wyjadacze żyją w równoległym wszechświecie władzy, bogactwa i przywileju, skąd nie widać problemów Ameryki prostego człowieka.

Afroamerykanka Cori Bush walczy o nominację Partii Demokratycznej w wyborach do Izby Reprezentantów w okręgu obejmującym St. Louis i północne przedmieścia tego miasta w stanie Missouri. Od 2001 roku nieprzerwanie reprezentuje go jeden polityk – Lacy Clay. Clay zastąpił w tej funkcji swojego ojca, który reprezentował okręg od 1969 roku. „Wiadomo, że zawsze głosowało się na Clayów” – mówią Bush spotykani na ulicy potencjalni wyborcy.

Kobieta nie godzi się jednak na to „wiadomo”. W granicach okręgu, jaki chce reprezentować, znajduje się miasteczko Ferguson. W 2014 roku policja zastrzeliła tam czarnego nastolatka, Michaela Browna jr. Zabójstwo wywołało masowe protesty obywatelskie. Bush, z zawodu pielęgniarka, zaangażowała się w nie, pomagając aktywistom rannym w starciach z policją. Dziś pyta mieszkańców swojego okręgu: „Co z tego, że reprezentuje nas afroamerykańska dynastia, skoro w kwestii praw czarnych od zniesienia desegregacji zmieniło się tak niewiele? Skoro możliwe było to, co stało się w Ferguson? Mamy chyba prawo oczekiwać więcej”.

Wszystkie bohaterki dokumentu mówią: „Zwykli Amerykanie mają prawo, by reprezentowali ich ludzie tacy jak oni”. Atakują establishment demokratów nie tylko za to, że jest zasiedziały i oderwany, ale także za jego przesadny zwrot ku centrum. Obraz Lears dokumentuje przesunięcie na lewo, jakie na zapleczu Partii Demokratycznej dokonuje się od czasu kampanii Berniego Sandersa w prawyborach w 2016 roku. Kolejna bohaterka filmu, Amy Viela, ubiegająca się o partyjną nominację w Nevadzie, głównym tematem swojej kampanii czyni dostęp do opieki zdrowotnej dla każdego Amerykanina i Amerykanki. Temat jest dla niej osobisty. Nastoletnia córka Vieli zmarła po tym, jak szpital odmówił udzielenia jej niezbędnej pomocy – ze względu na brak dowodu ubezpieczenia. W jednej z najbardziej przejmujących scen Viela bierze do ręki swój smartfon i mówi: „To jest towar. Życie mojej córki nie powinno być towarem”.

„Zdrowie i życie Amerykanów nie powinno zależeć od firm ubezpieczeniowych, troszczących się głównie o zyski akcjonariuszy” – powtarza polityczka. Do niedawna pogląd taki pozostawał w Stanach marginalny. Dokument Lears pokazuje, jak przebija się on do głównego nurtu debaty publicznej. I z jak wielkim trudem. Lewicowa fala napotyka na liczne przeszkody, często się o nie rozbija. Z czterech bohaterek filmu prawybory, a potem wybory do Kongresu udaje się wygrać tylko jednej – Alexandrii Ocasio-Cortez.

Gdy Lears zaczynała pracę nad dokumentem, nie miała pojęcia, jak skończy się przygoda jej bohaterek, czy choć jedna wygra. Nie mogła się spodziewać, że zaraz po wygranych prawyborach w swoim okręgu Ocasio-Cortez stanie się polityczną gwiazdą o globalnej rozpoznawalności. Dziś jest nie tylko najmłodszą kobietą wybraną kiedykolwiek do amerykańskiego Kongresu, lecz także symbolem zwrotu na lewo pokolenia amerykańskich millenialsów. Polityczka utożsamia się bowiem – jako jedna z niewielu osób w głównym nurcie amerykańskiej polityki – z demokratyczną socjalistką. Pragnie działać na rzecz gruntownej przebudowy amerykańskiego systemu w ten sposób, by faktycznie służył on wszystkim, nie tylko grupie najbogatszych.

Dla amerykańskiej lewicy jest kimś w rodzaju superbohaterki bez peleryny, która zamiast z komiksowymi złoczyńcami walczy z wpływem wielkich pieniędzy na politykę, z niesprawiedliwością społeczną, z wyzyskiem i obojętnym wobec tego wszystkiego establishmentem swojej własnej partii. Poświęcony Ocasio-Cortez wątek dokumentu Lears ogląda się jak historię z komiksu. AOC przechodzi podobną drogę co Carol Danvers w „Kapitan Marvel” czy Rey w „Przebudzeniu mocy”. Zamiast nadprzyrodzonych zdolności odkrywa w sobie siłę do politycznego działania. Uczy się donośnym głosem przemawiać w sprawie ludzi takich jak ona – zwykłych, ciężko pracujących Amerykanów, którzy z rozwoju amerykańskiej gospodarki w ostatnich dekadach zobaczyli bardzo niewiele.

Droga AOC nie jest łatwa. Walczy o nominację w okręgu reprezentowanym w Kongresie od 19 lat przez tego samego polityka, w dodatku zajmującego prominentną pozycję w partii. Młoda polityczka wie, że będzie miała pod górkę. Że jej wiek, praca barmanki, brak doświadczenia, płeć, wygląd, pochodzenie będą wykorzystywane przeciw niej. Że sama musi pokonać uwewnętrzniony syndrom oszusta, przekonać samą siebie, że może skutecznie zajmować się polityką, oduczyć ciała wpojonych mu przez kulturę reakcji – w jednej ze scen mówi, jak walczy z tym, by w stresowych sytuacjach jej głos nie podnosił się o oktawę.

Ocasio-Cortez udaje się. Trudno nie wzruszyć się ostatnią sceną filmu, gdy razem ze swoim partnerem młoda kobieta przyjeżdża pod Kapitol. Wspomina swoją podróż w to miejsce ze zmarłym ojcem i jego słowa: jesteś Amerykanką, to wszystko jest twoje. Ta wiara, że Ameryka należy do wszystkich obywateli, że tytułu do niej nie mają miliarderzy i zawodowi politycy, jest może i naiwna jak filmy Capry, ale tkwi w niej też wielka kulturowa i polityczna siła. Historie takie jak ta pokazują, że mimo wszystkich problemów, mimo Watergate, Trumpa, historii instytucjonalnego rasizmu, pieniędzy oligarchów amerykańska demokracja ciągle pozostaje mogącą się kiedyś naprawdę spełnić obietnicą.

Polit-technolog populizmu

„Podbić Kongres” kończy się, zanim Ocasio-Cortez debiutuje w Izbie Reprezentantów. Nie pokazuje, jak idealizm młodej aktywistki radzi sobie z realiami waszyngtońskiej polityki. Z lobbystami, grupami interesu, układami w obu izbach Kongresu. Ze światem, gdzie jak ryba w wodzie czuje się bohater innego dokumentu, który warto obejrzeć sobie w zestawie z filmem Lears – Roger Stone.

Polityczny konsultant aktywny na scenie politycznej od czasów Nixona jest przeciwieństwem AOC nie tylko dlatego, iż jest konserwatywnym republikaninem. Ocasio-Cortez to polityczka stawiająca na oddolną organizację, ruch społeczny, ciągłą rozmowę z własnymi wyborcami. Stone czuje się najlepiej na zapleczu. Tam, gdzie ustala się strategie, pozyskuje sponsorów, zbiera kompromitujące informacje na temat przeciwników, preparuje medialne wrzutki, urabia dziennikarzy i wydawców. Jest mistrzem takiej brudnej gry. Prawdziwym geniuszem niecnoty amerykańskiej polityki.

Stone, nawet bez zmieniania codziennych stylizacji, spokojnie mógłby zagrać złoczyńcę w Bondzie albo adaptacji komiksu z uniwersum DC lub Marvela. Przy Stonie nawet Jacek Kurski wydaje się naiwnym idealistą. Jako figura prawicowego złoczyńcy wypada fascynująco. Połączenie reakcyjnych poglądów, braku skrupułów, gangsterskich metod, ekstrawaganckiego dandyzmu i nieoczywistych wyborów ideologicznych (Stone bardzo aktywnie popiera na przykład prawa społeczności LGBT) tworzy dziwnie uwodzącą mieszankę. Czujemy oburzenie sposobem uprawiania przez Stone’a polityki, lecz mimo to myślimy: „A gdyby ktoś taki był po naszej stronie…”.

Roger Stone „Dajcie mi Rogera Stone’a”, mat. prasowe

Zwłaszcza że Stone ma wybitny słuch społeczny. Jest wirtuozem politycznego populizmu, polit-technologiem, przechwytującym autentyczne emocje ludzi tak, by zaangażować je w projekt klienta, któremu właśnie służy. Jego polityka – podobnie jak ta bohaterek dokumentu Lears – wyrasta ze zmęczenia elitami. Wszyscy politycy, na jakich stawiał – od Nixona, przez Reagana, po Trumpa – potrafili zbudować wokół siebie zaskakujące wyborcze koalicje, sięgając po wyborców z klas pracujących, wcześniej głosujących na demokratów. I Stone i AOC zgodziliby się, że coś jest nie tak z Ameryką. Że elity zawiodły i zwykli ludzie mają prawo być wkurzeni. Historia Stone’a i jego ostatniego klienta, Trumpa, pokazuje jednak, że gniew ten niekoniecznie muszą kanalizować takie polityczki jak AOC. Przy odpowiednim doradcy u boku może to też być ktoś taki jak Trump – narcystyczny miliarder, nieznający niczego, co przypominałoby życie choćby klasy średniej, o pracującej nie wspominając.

Fascynującą lekturą uzupełniającą do „Dajcie mi Rogera Stone’a” jest także dostępny na Netflixie serial dokumentalny „Trump: Amerykański sen” Barnaby’ego Peela. Pokazuje on Trumpa przed polityczną karierą, śledzi jego romans z amerykańskimi mediami i opinią publiczną, ciągnący się od lat 80. Widzimy tu, że wbrew kreowanej przez siebie mitologii Trump wcale nie jest sprawnym przedsiębiorcą – ciągną się za nim długi, bankructwa, nieudane projekty. Ma za to absolutnie genialny talent autopromocji. Od lat 80. używa masowych mediów do budowania swojej marki – najpierw jako młodego przedsiębiorcy, człowieka z socjety, następnie tytana biznesu i polityka. W latach 80. ulubionym medium Trumpa były tabloidy, w poprzedniej dekadzie reality tv, w tej Twitter. Tylko cel pozostaje ten sam – promocja marki Trump.

Zanim teoretycy w akademickich wieżach z kości słoniowej zaczęli pisać o neoliberalnym projekcie człowieka marki, Trump na własnym przykładzie wcielił go w życie na tyleż karykaturalną, co globalną skalę. To, jak przy pomocy takich postaci jak Stone, autentyczny i często usprawiedliwiony gniew może skleić się z narcystyczną pustką takiej osobowości jak Donald Trump, jest jednym z najbardziej przerażających zjawisk we współczesnych demokracjach.

Doładowanie nad Wisłą

„Podbić Kongres” i „Dajcie mi Rogera Stone’a” stanowią fascynujące, pogłębione portrety współczesnej amerykańskiej polityki. Oglądając oba te tytuły nad Wisłą, mamy jednak poczucie, że odnoszą się także do naszych problemów.

Gdy obserwujemy starcia bohaterek dokumentu Lears z demokratycznym establishmentem, trudno czasem oprzeć się skojarzeniu z naszymi sporami między centrową, skupioną w Koalicji Europejskiej częścią opozycji, a jej – na ogół też młodszą – bardziej lewicową częścią. AOC ciągle powtarza: „Nie możemy liczyć, że ludzie, którzy doprowadzili do rządów Trumpa, nas przed nimi uratują” – odpowiednio zmodyfikowane do lokalnego kontekstu podobne słowa mógłby przecież wypowiedzieć Robert Biedroń albo Adrian Zandberg. Ocasio-Cortes ma za złe demokratom, że nie potrafią nic poza zapewnianiem wyborców, że są przeciw Trumpowi. W jednej z najzabawniejszych scen filmu młoda polityczka analizuje ulotkę wyborczą swojego kontrkandydata. Zwraca uwagę, że nie ma na niej daty prawyborów, kilka razy pojawia się w niej Trump, natomiast ani jedno konkretne zobowiązanie wobec wyborców. „Trump trzy razy, konkrety zero” – mówi AOC, patrząc prosto w kamerę, jakby grała w sitcomie typu „The Office”. Znów dla wielu widzów z Polski ten fragment będzie brzmiał dziwnie znajomo.

W Polsce fenomen AOC nie powtórzy się oczywiście w skali 1 : 1. Ale także widzowie z Polski – niezależnie od partyjnej afiliacji – poczują się naładowani pozytywną energią po obejrzeniu „Podbić Kongres”. Choć wiemy, że na każdą AOC – konserwatywną i liberalną, socjalistyczną i libertariańską – czeka dziesięciu Rogerów Stone’ów, to bez bijącej z dokumentu Lears wiary w to, że w demokracji państwo, Rzeczpospolita, należy ostatecznie do nas wszystkich, że niezależnie od dochodu, płci, wykształcenia, miejsca pracy mamy prawo do bycia reprezentowanym i reprezentowania ludzi takich jak my, każda demokracja obumrze, osuwając się w cynizm. „Podbić Kongres” jest świetnym, nawet jeśli krótkotrwałym, lekiem na obywatelski marazm. Idealny na długi wyborczy sezon w Polsce.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).