Przeszłość w ruchu
fot. Gordon Parks / © dzięki uprzejmości The Gordon Parks Foundation

8 minut czytania

/ Sztuka

Przeszłość w ruchu

Jakub Majmurek

Fotografie Gordona Parksa na pierwszy rzut oka mogą wydawać się obrazami z przeszłości Stanów Zjednoczonych. Jednak pokazywane na nich problemy ciągle nie zostały przepracowane

Jeszcze 2 minuty czytania

Afroamerykańska rodzina tłocząca się w obskurnym mieszkaniu, portret prezydenta Roosevelta na ścianie; aktywiści Czarnych Panter, nędza brazylijskich faweli; tłumy na pogrzebie słynnego gangstera w nowojorskim Harlemie; gwiazdy sportu i filmu; debiutantki i modelki przechadzające się swobodnie w wiosennym słońcu; amerykańscy ekspaci w kafejkach Paryża lat 50. Wszystkie te obrazy przesuwają się przed oczami odwiedzających na pokazywanej w Zachęcie wystawie „Aparat to moja broń”. Zebrane tam fotografie przedstawiają światy tak odmienne, że trudno uwierzyć, iż za kamerą stoi ta sama osoba. Autorem wszystkich zdjęć jest jeden fotograf, Gordon Parks – postać równie niezwykła, jak wykonywane przez niego fotografie.

Parks rodzi się w latach 20. w czarnej rodzinie w przestrzegającym wówczas ściśle zasad rasowej segregacji stanie Kansas. Wcześnie traci rodziców, trafia na ulice, ima się wszelkich możliwych prac. Za grosze kupuje w lombardzie używany aparat i uczy się fotografii. Zaczyna utrzymywać się ze zdjęć, aż w końcu znajduje zatrudnienie w Farm Security Administration – jednej z instytucji New Dealu powołanych przez administrację Roosevelta w celu walki z biedą na terenach wiejskich. FSA finansowała także prace fotografów i filmowców, mające uwidocznić amerykańskiej opinii publicznej problem deprywacji prowincji. Stworzone pod auspicjami agencji prace Parksa, Dorothei Lange czy Pare'a Lorentza stworzyły kanon wizualnej pamięci o epoce wielkiego kryzysu i wojny.

„Gordon Parks: Aparat to moja broń”

Kuratorka: Joanna Kinowska, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, do 21 maja 2017

Z FSA Parks trafia do „Vogue’a”, gdzie zajmuje się fotografią mody, a stamtąd do magazynu „Life” – najważniejszego pisma zajmującego się fotoreportażem w powojennych Stanach. Stamtąd wkracza w końcu do Hollywood jako jeden z pierwszych czarnych reżyserów, tworzy kilka filmów na przełomie lat 60. i 70., wśród nich kultowego „Shafta” – założycielski obraz kina blaxploitation.

Wystawa w Zachęcie skupia się przede wszystkim na zdjęciach Parksa, w ciekawy sposób zestawiając je z cytatami z jego autobiografii. Parks ma pełną świadomość własnego szczęścia i sukcesu, awansu, jakiego doświadczył dzięki rooseveltowskiemu państwu opiekuńczemu i komercyjnej, kolorowej prasie. Jego spojrzenie na Amerykę, w jakiej żyją inni czarni, pozostaje jednak gorzkie, naznaczone goryczą i buntem. „Traktuję aparat jako broń przeciw temu wszystkiemu, czego nienawidzę w Ameryce” – powtarza.

Ten społeczny, aktywistyczny wymiar fotografii Parksa szczególnie interesuje twórców wystawy. Jednym z najbardziej wyeksponowanych dzieł fotografa jest mocno publicystyczny „Amerykański gotyk” – portret zmęczonej, czarnej sprzątaczki nieruchomo stojącej przed amerykańską flagą z odwróconą do góry nogami miotłą w dłoni, w pozie przypominającej białego farmera z głośnego obrazu Granta Wooda. Zdjęcie to ma potężny ikoniczny potencjał, a przy tym wydaje się zbyt wykoncypowane, zbyt oczywiste jako metafora dość instrumentalnie traktująca przedstawioną na fotografii kobietę i jej historię.

O wiele lepiej sprawdzają się te fotografie Parksa, w których podąża on za swoimi bohaterami, obserwuje ich przez długi czas w ich otoczeniu, nie inscenizuje rzeczywistości, by dowieść politycznej tezy, ale chwyta ją w tych chwilach, gdy bez żadnego komentarza, bez żadnej metaforycznej podpórki, obraz staje się aktem oskarżenia rzuconym amerykańskiemu społeczeństwu w twarz.

Gordon Parks, Bez tytułu, Phoenix, Arizona, 1963 © Dzięki uprzejmości The Gordon Parks FoundationGordon Parks, Bez tytułu, Watts, Kalifornia, 1967 © Dzięki uprzejmości The Gordon Parks Foundation
© Dzięki uprzejmości The Gordon Parks Foundation

Parksowi udaje się to osiągnąć w obrazach z czarnych gett wielkich, amerykańskich miast czy w reportażu z ciągle podlegającego rasowej segregacji Kansas. Fotograf wrócił tam w latach 60., by sfotografować świat, z którego udało się mu wyrwać. Jego obecność z aparatem wywoływała agresję białych, wielokrotnie musiał uciekać i ukrywać się, a „Life” ostatecznie nie opublikowało materiału.

Parks nie przedstawia jednak czarnych wyłącznie jako ofiar opresji, portretuje ruch praw obywatelskich, jego aktywistów i przywódców, czarnych podnoszących głowy i upominających się o swoje prawa. Jak sam mówił, pragnienie służby sprawie przy pomocy aparatu walczy w nim z etosem fotoreportera zobowiązanego do zachowania obiektywizmu. Prace Parksa z pewnością pomagały sprawie czarnych, umieszczały ją w centrum widoczności białej amerykańskiej opinii publicznej, zmieniały granice tego, co widoczne. Z purystyczno-rewolucyjnego, ikonoklastycznego punktu widzenia można by im pewnie zarzucić, że nędzę i polityczną walkę zmieniały przy okazji w obiekt spektakularnej konsumpcji w kolorowym magazynie dla znudzonej klasy średniej – ale sprzężone z dynamiką ruchów społecznych działały w swoim medium na rzecz zmiany społecznej.

Większość zdjęć na wystawie to fragmenty fotoreportaży. Widać wyraźnie, że prasowy edytorial jest podstawową jednostką myślenia Parksa o fotografii. Układa i komponuje swoje zdjęcia pod kątem oglądanej przez czytelnika serii rozwijającej pewną narrację. Zdjęcia z reportaży Parksa wyglądają często jak klatki z filmowego dokumentu. Wystarczyłoby puścić je w ruch i udźwiękowić, by zmieniły się interesujący film.

Pod tym względem fotografia Parksa przypomina zdjęcia młodego Stanleya Kubricka. Głośny reżyser był niewiele młodszy i zaczynał karierę jako fotograf w podobnym momencie. Gdy Parks fotografował afroamerykańskie rodziny w mieszkaniach z obowiązkowym portretem Roosevelta, Kubrick debiutował zdjęciem załamanego nowojorskiego kioskarza sprzedającego gazety informujące o śmierci prezydenta. W latach 40. i 50. Kubrick pracował dla magazynu „Look”. Jego zdjęcia z tego okresu można było zobaczyć trzy lata temu na wystawie w wiedeńskim Kunstforum. Widać w nich podobne „filmowe” myślenie o prasowym reportażu i pokrewne Parksowi tematy: życie miejskie, boks, gwiazdy.

Gordon Parks, Ingrid Bergman na Stromboli, Włochy, 1949  © Dzięki uprzejmości The Gordon Parks FoundationGordon Parks, Ondria Tanner z babcią oglądają witryny sklepowe, Mobile, Alabama, 1956 © Dzięki uprzejmości The Gordon Parks Foundation
© Dzięki uprzejmości The Gordon Parks Foundation

Różnica polega na tym, że świat ze zdjęć Kubricka jest prawie wyłącznie biały, Parks porusza się między białą a czarną Ameryką, między szczytami towarzyskiej hierarchii a nędzą. Dużo później trafia też do kina, wydaje się mu ono barierą, do której pokonania nie może nawet aspirować. Gdy przyjaciele przekonują go, że powinien sfilmować swoją autobiografię wydaną pod koniec lat 60., gorzko odpowiada, że „nie ma przecież czarnych reżyserów w Hollywood”. Szkoda, że ten filmowy wymiar fotografii Parksa i relacje między jego zdjęciami a kinem zostały w dużej mierze pominięte na warszawskiej wystawie.

Fotografie Parksa na pierwszy rzut oka mogą wydawać się obrazami z przeszłości. Jednak pokazywane na nich problemy ciągle nie zostały przepracowane. W trakcie ostatnich dni wystawy warto skonfrontować ją z pokazywanym na festiwalu Millenium Docs Against Gravity filmem „Nie jestem twoim murzynem”. Reżyser Raoul Peck zestawia w nim narrację afroamerykańskiego pisarza Jamesa Baldwina z obrazami czarnych w popkulturze, wizualnymi świadectwami aktywności ruchu praw obywatelskich i współczesnymi obrazami walki o prawa czarnych Amerykanów skupionej w ruchu Black Lives Matter. W ten sposób film Pecka nie tylko „ożywia” obrazy z wystawy Parksa, nie tylko dopełnia je wyrafinowanym intelektualnym dyskursem Baldwina, ale zmusza do zadania sobie pytania, czy to, co widzimy na zebranych w Zachęcie fotografiach, na pewno jest już tylko przeszłością.