Małe historie

Małe historie

Marceli Szpak

Bohaterowie komiksu, rodzice Briggsa, żyją w idyllicznej krainie, w której pokojówkę i mleczarza stać na kupno domu, a telewizja nadaje tylko przez półtorej godziny dziennie

Jeszcze 2 minuty czytania

W kraju, gdzie prawie każdy powyżej czterdziestego roku życia czuje się kombatantem jakiejś wojny, walki lub sprawy, a literatura martyrologiczna stanowi codzienną strawę uczniów na każdym poziomie edukacji, bardzo łatwo zapomnieć, że w życiu zwykłego człowieka historia nie ma właściwie żadnego znaczenia. Można przetrwać dwie wojny światowe, kilka rewolucji technologicznych oraz gwałtowne zmiany rządów i obyczajów i nadal prowadzić zwyczajne, pozbawione jakichkolwiek przygód życie, wypełnione prostymi obowiązkami i przyjemnościami. Można – samotnie lub w parze – zbudować sobie własny, niezwykle szczelny wszechświat, do którego historia przenika jedynie pod postacią omiatanych wzrokiem nagłówków prasowych, nielicznych programów telewizyjnych i jeszcze rzadszych wypadków losowych.

Raymond Briggs, „Ethel i Ernest. Prawdziwa
historia”.
Przeł. Grzegorz Ciecieląg i Wojciech Szot,
Wydawnictwo Komiksowe, 104 strony,
w księgarniach od sierpnia 2014
A raczej można było. Nie tak dawno temu – jeszcze w ubiegłym stuleciu, w idyllicznej krainie, w której pokojówka i mleczarz zarabiali tyle, by stać ich było na kupno domu na kredyt, gdzie telewizja nadawała tylko przez półtorej godziny dziennie, gdzie gazety istniały, by podawać informacje, a nie kreować „fakty”. To właśnie w tych czasach przyszło żyć rodzicom Raymonda Briggsa, jednego z najbardziej cenionych brytyjskich ilustratorów i autorów książek dla dzieci, który w wieku 64 lat postanowił stworzyć komiks poświęcony ich pamięci. Nie jest to pierwsza opowieść, w której zatrudnił swoich rodziców – postacie wzorowane na nich pojawiają się zarówno w „Gentelmanie Jimie”, jego pierwszym komiksie dla dorosłych, jak i w „When the Wind Blows”, przejmującej historii o wybuchu nuklearnym, która w 1986 roku doczekała się znakomitej ekranizacji z muzyką Davida Bowie i Rogera Watersa – ale to dopiero w „Ethel i Ernest” poznajemy ich prawdziwe losy.

Opowieść, rozpoczynająca się od kilku mistrzowskich kadrów, obrazujących pierwsze przypadkowe spotkanie przyszłych małżonków w 1928 roku, bardzo odstaje od tego, do czego przyzwyczajały nas popularne w ostatnich latach komiksy auto- i biograficzne. Nie ma w niej żadnej drapieżności, żadnego szukania wypartych traum i tragedii, jest za to mnóstwo wzajemnego oddania i miłości, które pomagają Ethel i Ernestowi w przetrwaniu wszystkich wydarzeń, jakie przynosi rzeczywistość. Ona – trzydziestokilkuletnia pokojówka, później pracownica fabryki, wreszcie urzędniczka i on – mleczarz, który przez trzydzieści siedem lat każdego dnia wyruszał o świcie, by wykonać swoją robotę, stanowią prawdziwe ucieleśnienie przeciętnych ludzi, zamieszkujących chylące się ku upadkowi Imperium Brytyjskie. To za ich życia kraj musiał się zmierzyć z nazistowskim Blitzem, przetrwać powojenne niedobory gospodarcze i pozbyć się ostatnich kolonii; w ciągu tych pięćdziesięciu lat, jakie spędzili razem, technologia zmieniła świat nie do poznania, a przemiany społeczno-obyczajowe naruszyły nietykalny do tej pory system podziału klasowego, oni jednak wciąż pozostają tacy sami. Bańki miłości, którą wokół siebie wybudowali, nie są w stanie naruszyć ani bomby, ani pogłębiająca się recesja i pomimo dzielącego ich od samego początku konfliktu ideologicznego na tle klasowym – on, dumny robotnik, ona kobieta z pretensjami, marząca o „awansie” do klasy średniej – każdy wieczór spędzają razem, komentując bieżące informacje (najpierw z radia i gazet, później z telewizji) i umacniając się w przekonaniu, że pomimo wszystkich nieszczęść oraz zaskakujących przemian dotykających świat, im dwojgu udało się stworzyć normalną, kochająca rodzinę i że tylko to się tak naprawdę liczy w życiu.

Syn portretuje ich z niezwykłą czułością. Choć jest to komiks pozbawiony wizualnych fajerwerków, to właściwie w każdą planszę można wpatrywać się przez długie minuty, doceniając kolorystyczne mistrzostwo Briggsa, który delikatnymi pastelami potrafi nadać idealną atmosferę każdej scenie i rozmowie. Kolory służą mu też do podkreślania upływu czasu – dom, kupiony w 1930 roku, pełen jaskrawych, wesołych barw, z upływem lat zaczyna szarzeć, tracić dawny blask, by pod koniec, w latach 70., z przestronnego wielopokojowego mieszkania zamienić się w zakurzoną rupieciarnię, zamieszkaną przez parę coraz bardziej niedołężnych staruszków, odwiedzanych coraz rzadziej przez jedynego syna, który wbrew ich obopólnemu sprzeciwowi postanowił się poświęcić karierze artystycznej i został nauczycielem plastyki. Wraz z wiekiem twarze Ethel i Ernesta tracą barwy, stają się za to coraz bardziej wyraziste – w scenach z dzieciństwa rysuje ich niczym postacie z bajek, kilka plam kolorów, kropki i kreski, a w miarę rozwoju opowieści pokazuje także swój rozwój jako grafika, dodając postaciom rodziców kolejnych szczegółów, które pozwalają na przekazanie ogromu informacji w sposób niewerbalny. Co oczywiście nie oznacza, że dialogi są w „Ethel i Erneście” pozbawione znaczenia – wręcz przeciwnie, to rozmowy są tym, co napędza ich związek, ciągłe zasięganie opinii u drugiej osoby, ciągłe oglądanie się na siebie wzajem i próby znalezienia porozumienia ponad podziałami.

Choć Briggs dociera do Polski z dużym opóźnieniem i od dość nietypowej strony – jego podstawowym powodem do chwały są jednak opowieści dla dzieci, takie jak wielbiony od lat „Father Christmas”, którego ekranizacja pełni w brytyjskiej telewizji taką samą funkcję jak „Kevin sam w domu” i „Szklana pułapka” w polskich telewizjach, stanowiąc podstawę bożonarodzeniowej ramówki – warto sięgnąć po ten komiks, nim wydawcy zdecydują się opublikować kolejne Briggsowskie historie dla dorosłych. Mając wiedzę z „Ethel i Ernesta”, tym łatwiej identyfikujemy się z postaciami z „Gentelmana Jima” i „When the Wind Blows”, tym bardziej kibicujemy im w nierównym starciu ze światem, który próbuje odebrać im święty spokój. Komiks Briggsa uczy, że zachowanie spokoju i własnego osobistego systemu wartości jest możliwe bez względu na to, co się dzieje na świecie, na dodatek robi to w rewelacyjny sposób, bez żadnej łopatologii i wpychania tez na siłę. Ot, prosta historia o parze przeciętniaków, z której można całymi garściami czerpać optymizm. Co jesienią przyda się każdemu.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.