Obecność
Wołodymyr Kuzniecow podczas malowania fresku „Tranzyt”, fot. Michał Algebra

21 minut czytania

/ Obyczaje

Obecność

Aleksandra Boćkowska

To dziś najważniejsze zadanie instytucji kultury i pracujących w nich osób: żeby robiąc kulturę, nie tracić z oczu wojny, a myśląc o wojnie, nie zaniedbać kultury

Jeszcze 5 minut czytania

Anna Łazar nad ranem wróciła z Ukrainy. Uczestniczyła w zorganizowanym przez stowarzyszenie Pogoń Ruska konwoju humanitarnym do Kramatorska. Prowadziła samochód, przekazywała dary. Zdążyła wrzucić na Facebooka kilka zdjęć z trasy. Zameldowała się w podwarszawskim Wołominie, gdzie mieszka, i po południu była już w Gdańsku, gdzie pracuje. W Lwim Zamku przy Długiej 35 prowadziła spotkanie wokół książki Pawła Kowala i Agnieszki Lichnerowicz „Spokojnie już było”. Autorów pytała o przyszłość, zaproszone osoby z doświadczeniem migranckim – o przeszłość. Tak mniej więcej od prawie półtora roku wygląda jej teraźniejszość. – Dzielę czas między pracę na polu kultury i próby działania wobec wojny – mówi.

Wydaje się, że to dziś najważniejsze zadanie instytucji kultury i pracujących w nich osób: żeby robiąc kulturę, nie tracić z oczu wojny, a myśląc o wojnie, nie zaniedbać kultury. Bo ona, jak podkreśla Sebastian Cichocki z warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej, jest dobrze naostrzonym toporem, którym sporo można wyrąbać w ciemnym lesie. Muzea, jego zdaniem, powinny być narzędziem propagandy, w pozytywnym sensie, rozumianej jako krzewienie idei – w tym przypadku narracji o historii i suwerenności Ukrainy.

Czy są? Nie wszystkie i nie wszędzie, ale w wielu z nich pospolite ruszenie z marca 2022 w naturalny sposób przekształciło się lub przekształca w stałe, strukturalne działania.

Tranzyt

W Lwim Zamku, gdzie dziś mieści się biuro projektu Gdańsk Miasto Literatury i księgarnia Tajne Komplety, w latach 50. i 60., zaraz po odbudowie kamienicy, mieściła się siedziba Miastoprojektu, a potem – aż do marca 2022 – stacjonowali Rosjanie. Najpierw Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, a po 1989 roku Rosyjskie Centrum Kultury. Kiedy 24 lutego 2022 Rosjanie zaczęli pełnoskalową inwazję w Ukrainie, gdański samorząd wypowiedział umowę Federacji Rosyjskiej i przekazał budynek Miastu Literatury. Wkrótce do zespołu dołączyła Anna Łazar, która została kuratorką programu Wolne Słowo. – W programie chodzi o głęboką refleksję nad kondycją kultury ukraińskiej. Przyglądamy się temu, co z nami, Polakami i Ukraińcami, zrobiło imperium radzieckie – z naszą psychiką, z życiem codziennym, zachowaniami, reakcjami. Szukamy języka dla opowieści o kulturze ukraińskiej, który pozwoli opisać ją jako refleksję na temat społeczeństwa, a nie bohaterkę albo ofiarę wojny – mówi.

Anna Łazar, z wykształcenia filolożka i historyczka sztuki, przez siedem lat pracowała w Instytucie Polskim w Kijowie, a potem jeszcze prawie cztery jako p.o. dyrektora Instytutu w Sankt Petersburgu. Ukraińską kulturę rozumie i zwyczajnie czuje, a twórców zna osobiście. Na początku 2022 roku była kuratorką w Muzeum Sztuki w Łodzi. Gdy wybuchła wojna, pojechała na granicę i przywiozła do domu przyjaciółkę Ladę Nakonechną z małym synem. Razem wymyśliły organizowaną w Berlinie przez Instytut Adama Mickiewicza wystawę „Zabójstwo do przyjęcia”. Prace tworzyli wspólnie artyści z Polski i Ukrainy. W lecie zaczęła współpracę z Miastem Literatury.

Dziś na ścianach w przedsionku Lwiego Zamku wisi instalacja „Yes, we came to take your tolstoys away” Andrija Dostlijewa, mieszkającego w Polsce artysty z Ukrainy, który zajmuje się między innymi praktykami dekolonizacyjnymi w Europie Wschodniej. „Nie wyobrażam sobie nowych zagranicznych wydań powieści Tołstoja bez zdjęć z ukraińskiej wojny na co drugiej stronie. Mamy rok 2022, a zdjęcie odciętej głowy ukraińskiego jeńca wojennego na kiju jest teraz tak samo ważne dla zrozumienia «tajemniczej rosyjskiej duszy», jak wszystkie te dziewiętnastowieczne powieści” – pisze Dostlijew w eseju stanowiącym clue instalacji. W Tajnych Kompletach artysta i aktywista Wołodymyr Kuzniecow namalował utrzymany w konwencji ilustracji fresk „Tranzyt”, w którym pokazuje wojenną codzienność – od pomocy po traumy. W rolach ludzi występują zwierzęta, niektóre zresztą nikogo nie udają – pies Patron pojawia się we własnej osobie.

Wołodymyr Kuzniecow na tle fresku Tranzyt, fot. Michał AlgebraWołodymyr Kuzniecow na tle fresku „Tranzyt”, fot. Michał Algebra

Krótko mówiąc, gdański program Wolne Słowo nowego języka dla opowieści o kulturze ukraińskiej szuka wspólnie z ukraińskimi artystami i artystkami.

Język

Język, jak wiadomo, jest dla porozumienia kluczowy.

Ten, o którym mówi Anna Łazar, układając program Wolnego Słowa – rozumiany szerzej niż dosłownie. „Sto lat naszej samotności – naszego kulturowego nieistnienia w oczach zewnętrznego świata – odbiło się na moim pokoleniu pisarzy nieodżałowaną stratą – pisała w eseju «Ukraina – własnym głosem» Oksana Zabużko („Planeta Piołun”, tłum. Katarzyna Kotyńska) – nawet kiedy pojawiamy się teraz na arenie międzynarodowej, jesteśmy skazani w najlepszym przypadku na bycie na wpół tylko zrozumiałymi, jak jąkały z wadą wymowy, ponieważ kontekst kulturowy, do którego należymy, dla nieukraińskiej publiczności nadal pozostaje niewidzialny”.

Ten rozumiany dosłownie, bo zwyczajnie ułatwia codzienność.

Z tym ostatnim poszło najłatwiej. Tłumaczenia na ukraiński stron internetowych i opisów dzieł na wystawach są już standardem. Coraz częściej słychać, że ktoś z Polski uczy się ukraińskiego. Waldemar Tatarczuk, dyrektor lubelskiej galerii Labirynt – jednego z kluczowych miejsc dla tej współpracy, właśnie się przełamuje. – Zacząłem jeździć do Ukrainy w 2006 roku i od tego czasu bywam tam bardzo często. Uczestniczyłem w różnych wydarzeniach, ale też prowadziłem warsztaty. Coraz więcej rozumiałem, ale ciągle korzystałem z pomocy tłumacza. Oczywiście, coraz bardziej się wstydziłem, że nie mówię po ukraińsku – opowiada. – W końcu uznałem, że dość. W tym roku we Lwowie robiłem wystawę, a przy okazji performance „Як навчити польського зайчика української мови”, czyli „Jak nauczyć polskiego zajączka języka ukraińskiego”. Siedziałem w ciasnej wnęce i zapraszałem tam osoby, które przyszły na wystawę. Zadaniem każdej z nich było nauczyć mnie jednego zdania po ukraińsku. Od tego czasu mówię coraz lepiej. Ten performance mnie odblokował.

Najistotniejszy wydaje się język rozumiany szerzej niż w dosłownym znaczeniu. To w nim mieszczą się takie pojęcia jak sprawczość, dostępność, obecność; on może przyczynić się do tego, by ukraińscy twórcy pisali dalej swoją historię i opowiadali ją wraz z kontekstem, a kto wie – może też do tego, by ów kontekst stał się globalnie rozpoznawalny?

Sprawczość

W styczniu 2022 Yulia Krivich i Olena Apchel zaprosiły migrantów do ułożenia słownika, który – dzięki zaproponowanym przez nich wyrazom i zwrotom – pokaże, jak określają siebie, używając języka polskiego. Słowo „sprawczość” zgłosiła pochodząca z Białorusi kuratorka sztuki współczesnej Vera Zalutskaya, tłumacząc, że migracja daje poczucie sprawczości, możliwości pokonywania barier i osiągania celów. „Po 12 latach w Polsce czuję się bardziej sprawcza i jest to czasem nawet dziwne. Starając się udowodnić, że jestem kimś, weszłam na taki poziom, że kiedy widzę bariery, to wiem, że muszę je pokonać. Po prostu muszę załatwić, muszę znaleźć sposób, na przykład pójść do urzędu i stamtąd nie wyjść, dopóki ktoś mi nie odpowie na pytania. W pewnym momencie osiągasz taką sprawczość, że w zasadzie wydaje ci się, że ciężko jest wymyślić na poziomie biurokratycznym coś, czego nie możesz załatwić” – napisała w definicji opublikowanej w „Notesie na 6 Tygodni” (wydanie marzec–kwiecień 2022).

Odkąd trwa pełnoskalowa inwazja Rosji w Ukrainie, pojęcie sprawczości – przynajmniej w odniesieniu do uchodźców wojennych – ma szersze znaczenie. Oni, w większości, przyjechali tu nagle, zmuszeni przez okoliczności, bez planu na przyszłość. Znów Oksana Zabużko, tym razem z eseju w tłumaczeniu Anny Łazar „My, deportowani. Koda”: „To nie jest podróż: z podróży się wraca. Nie emigracja: emigrację się wybiera. W obu wypadkach jesteście podmiotem tego działania. A tu kluczowe jest słowo «transport», wy zaś jesteście bagażem, statystyczną jednostką w masowych przewozach (…). Teraz wasz dom jest tutaj, ukorzeniajcie się na nowo. Jeśli się nie ukorzenicie, uschniecie”. Chodzi więc o włączenie w społeczność, nadanie sensu pobytowi w Polsce, zbudowanie relacji partnerskiej – o to, by przestać pomagać, a pozwolić zapuścić korzenie. Możliwości (ale też zasługi) ludzi i instytucji kultury są tutaj olbrzymie.

Waldemar Tatarczuk z lubelskiej galerii Labirynt – drugiej po białostockim Arsenale „najbardziej ukraińskiej w Polsce” – od kilku lat nie planuje programu z dużym wyprzedzeniem. Stało się tak dlatego, że przestał dostawać dotacje z Ministerstwa Kultury, co niejako pozwoliło na zmianę myślenia o roli galerii. – Uświadomiłem sobie, że jesteśmy galerią sztuki współczesnej, a według mnie współczesność to jest to, co dzieje się teraz, a nie to, co zdarzyło się po 1945 roku – tłumaczy. – Reagowanie na wydarzenia okazało się dla mnie ważniejsze od myślenia typowo kuratorskiego. Nie zawsze potrzebuję przebadanego gruntownie konceptu artystycznego, reagowania na rzeczywistość jest dla mnie większą wartością.

Z końcem lutego 2022 Tatarczuk został zawieszony jako dyrektor Labiryntu i długo nie było jasne, czy wróci na stanowisko. Wrócił jesienią i zaraz zorganizował wystawę kuratorowaną przez Katerynę Iakovlenko i Halynę Hlebę „Śniły mi się bestie” – o wojnie, ale metaforycznie. Było to możliwe dzięki pustemu grafikowi i dotacjom z Funduszu Stabilizacyjnego na rzecz Kultury i Edukacji 2022 Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec oraz Goethe-Institut. Od tej pory w Labiryncie odbyło się kilkanaście wystaw z udziałem ukraińskich artystów lub kuratorów.

Warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej – poza tym, że wspiera finansowo i formalnie Społeczny Dom Kultury „Słonecznik” – odgrywa rolę nieformalnego rzecznika ukraińskiej sztuki w świecie. – Chodzi o wpływanie na program międzynarodowych festiwali, biennale, wystaw i wspieranie osób, które mówią zdecydowanym głosem o wojnie w Ukrainie – wyjaśnia Sebastian Cichocki, główny kurator MSN. Ostatnio był współkuratorem polskiego pawilonu na Biennale Sztuki w Gwangju. Zaprosił między innymi kolektyw Freefilmers z Mariupola. Pokazywali swoje filmy przez trzy miesiące, a dochód z licencji i dotacji zasilił konta grupy, która działa na rzecz społeczności queer czy romskich na wschodzie Ukrainy. Teraz przygotowuje program irlandzkiego biennale sztuki EVA International i zaprosił dużą grupę ukraińskich artystek i artystów. W październiku MSN będzie jedną z kilku instytucji goszczących piątą edycję kijowskiego Biennale Sztuki. Główne wystawy pokażą Berlin, Kijów i Wiedeń, ale wydarzenia towarzyszące rozproszą się po Europie. W Warszawie planowana jest konferencja o przyszłości muzeów w Ukrainie, a zaraz potem – na pożegnanie z siedzibą Muzeum nad Wisłą – wystawa malarki Marii Prymaczenko, której część spuścizny spłonęła podczas rosyjskich nalotów.

Instytucje to jedno, ale w nadawanie sprawczości ukraińskim osobom uchodźczym zaangażowali się też oddolnie ludzie kultury. W pustym lokalu Fundacji Rozwoju Kinematografii na warszawskim Mokotowie zorganizowali gigantyczny freeshop. Czterystu wolontariuszy, tysiące klientek i klientów w rozmaitych, nie tylko uchodźczych, kryzysach i tony rzeczy – ubrań, artykułów higienicznych, żywności. – Nie planując tego, zbudowaliśmy ogromne centrum połączeń międzyludzkich – wspomina pisarka Karolina Sulej, jedna z inicjatorek przedsięwzięcia. – Kiedy tłumaczyliśmy, że to jest centrum wymiany, a nie – jak w nazwie – pomocy, niektórzy płoszyli się, mówili, że nie mogą nic nam dać. Zachęcaliśmy więc, że nie chodzi o pieniądze czy drogie przedmioty, a na przykład o piosenkę, szarlotkę albo umycie podłogi. Zadziałało. Rzeczywiście ktoś przyniósł ciasto, ktoś zagrał na akordeonie, dwie panie sprzątnęły zaplecze. Zorientowaliśmy się, że ludzie, którzy do nas przychodzą, nie chcą jałmużny, a zbliżenia z sąsiadami, zadzierzgnięcia relacji.

Warsztaty w siedzibie Fundacji Kraina, fot. materiały Fundacji KrainaWarsztaty w siedzibie Fundacji Kraina, fot. materiały Fundacji Kraina

Centrum Pomocy Mokotów istniało kilka miesięcy i okazało się solidną lekcją o sprawczości. Dawały ją sobie obie strony – wolontariusze działali, zamiast martwić się w samotności, a osoby w kryzysach przekonały się, że są przydatne. Z tego wszystkiego wynikła Fundacja Kraina, która na dobre ruszy we wrześniu, ale już wiadomo, że zamierza sprawczość poszerzyć o kolejne pojęcie: dostępność.

Wojna

Waldemar Tatarczuk: – W czerwcu pojechałem na trzy dni do Lwowa spotkać się z Denisem – przyjacielem, artystą, który został powołany do wojska. Jesienią chciałem zaprosić do projektu, w ramach którego pokazuję sztukę obecnie powstającą w Ukrainie, performera Yaroslava. Powiedział, że teraz się nie jest w stanie się tym zajmować, tylko jeździ ze znajomymi do zbombardowanych przez Rosjan wiosek i odbudowuje domy, bo to jest dla niego ważniejsze. Myshko, graficiarz, anarchista od ponad pół roku jest na froncie. Kiedy miał malować samochody w ochronne barwy, robił na nich graffiti. Yurko zgłosił się na ochotnika w 2014 i po 24 lutego zrobił to ponownie. Doprowadza mnie do szału, gdy Polacy, Niemcy czy Francuzi mówią, że są już wojną zmęczeni.

Anna Łazar: – Nakładem lubelskiego wydawnictwa Warsztaty Kultury ukazał się właśnie tom poezji Ilyi Kaminsky’ego „Republika Głuchych”. Miałam zaszczyt i przyjemność ją przetłumaczyć, częściowo zresztą jeszcze przed inwazją. Kaminsky urodził się w Odessie, mieszka w Nowym Jorku, jest pochodzenia żydowskiego, nie słyszy. To jest przepiękna poezja, która nakłada obecną wojnę na doświadczenie rodziny Kaminsky’ego z czasów niemieckiej ludobójczej okupacji Odessy. On na obecną wojnę patrzy w perspektywie długiego trwania, ale wplata w swoje wiersze niezmienną od stuleci politykę imperialną Rosji. Ta polityka niesie śmierć. Śmierć nieustannie obecną w doświadczeniu ludzi, którzy tam mieszkają, i tych, którzy stamtąd wyjechali.

Taras Gembik ze Społecznego Domu Kultury „Słonecznik”: – Dla nas ta wojna cały czas jest tu i teraz. Mój tato walczy na froncie blisko Bachmutu. Kiedy słyszę, że ktoś mówi o negocjacjach z Rosjanami, o jakichś dysydentach, myślę, że to nie jest ten czas. To tematy zarezerwowane dla osób z Ukrainy.

W czasie, gdy pracowałam nad tym tekstem, informowano o napiętej sytuacji na froncie w Bachmucie, rosyjskie bomby kilkakrotnie spadły na Odessę, w ataku rakietowym na blok mieszkalny w Krzywym Rogu zginęło co najmniej 6 osób, ponad 80 zostało rannych, bombardowano Dniepr.

Przed Galerią Labirynt w Lublinie stoi żółty kiosk, w którym od jakiegoś czasu nic się nie dzieje. Zaprzyjaźniony z galerią DJ zaproponował, żeby na trawniku ustawić porządne nagłośnienie, a do budki wpuścić didżejów, żeby grali od rana do ciszy nocnej, cały dzień na full. Będzie dudniło, będzie się niosło i będzie przeszkadzać, ale o to właśnie chodzi, żeby przypomnieć, że są miasta, w których dudni od półtora roku i nikt nie mówi o zmęczeniu.

Taras Gembik: – Tej wojny po prostu nie da się wyłączyć.

Dostępność

Początek pełnoskalowej inwazji Rosji w Ukrainie pokazał, że trzeba zmienić sposób myślenia o muzeach, a może w ogóle instytucjach kultury. Wtedy stały się one punktami doraźnej pomocy – sortowniami ubrań, stołówkami, bywało, że noclegowniami. Na bok zeszła sztuka krytyczna, artyści i kuratorzy robili kanapki. To nie mogło trwać wiecznie, ale pozostawiło (być może) trwałe ślady. – Model działania muzeum jako ośrodka usług „postartystycznych”, jak robienie zdjęć do dokumentów dla osób w kryzysie uchodźczym, ma swoje momenty wzmożenia i uśpienia. Teraz powinniśmy się wykazać innymi kompetencjami, które są cenione w muzeach – spróbować działać jako think tanki, ośrodki miękkiej perswazji politycznej – mówi Sebastian Cichocki z MSN.

Jednocześnie instytucje otwierają, a przynajmniej uchylają drzwi przed osobami, które po prostu szukają społecznego wsparcia – ludzi z podobnym doświadczeniem. Temu między innymi służy Społeczny Dom Kultury „Słonecznik”, który rezyduje przy Pańskiej w Warszawie. Tu odbywają się wykłady i wydarzenia wspierające społeczność migrantów.

Temu służą samorządowe inicjatywy, jak tworzone dzięki wsparciu UNICEF-u punkty Spilno (ukr. Wspólnie), które istnieją w sześciu miastach. W Gdyni przystań znalazła artystka Anastaziya Spitsina – badaczka związku miast z czasem. W lipcu zaczęła cykl warsztatów kolażu. Dla uczestniczek to okazja do wymiany informacji o życiu w nowym miejscu, dla niej w sumie też. W marcu 2022 przyjechała do Trójmiasta z Czernihowa. Jej mąż Gennadij Jerszow mieszka i pracuje tutaj od 2001 roku: jest rzeźbiarzem, ma w dorobku kilkadziesiąt pomników, prowadzi fundację. Nie była więc w Polsce sama, a jednak długo dźwięk przejeżdżającej karetki przywoływał wspomnienie syren alarmowych. Prowadzenie zajęć z art terapii również jej pozwala w miarę normalnie żyć.

– Kultura i sztuka dostępna bez wysokiego progu wejścia to jedno z marzeń Krainy – mówi Karolina Sulej. – Sformatowanych instytucji kultury jest dużo, ale brakuje pielęgnowania kreatywności, wiary, że każdy jest artystą, i przekonania, że twórcze życie jest potrzebne dla zdrowia społecznego i psychicznego. Dlatego planujemy w Krainie warsztaty haftowania, wokalne, kulinarne. Chcemy być miejscem, gdzie naprawdę każdy może wejść i bez skrępowania opowiedzieć swoją historię.

Obecność

W piątek, 28 lipca w Labiryncie otwarto wystawę mieszkającego w Lublinie ukraińskiego artysty znanego jako KNYAZCOTIC pod tytułem „Obecny”. Zaprezentował prace, które są świadectwem jego pobytu za granicą, a o ustne świadectwa poprosił artystów z lubelskich rezydencji – ich opowieści zarejestrował na wideo. „Obecność” to kolejne słowo konieczne w pisaniu nowego języka opowieści o migrantach, czy też uchodźcach z Ukrainy.

– Najważniejsze, żeby migranci byli absolutnie podmiotowi. Żeby przestali być gośćmi w polskich instytucjach, a mogli prowadzić niezależną politykę – mówi Anna Łazar. – Socjologowie, socjolożki, historyczki, historyczki literatury, tłumaczki – oni wszyscy tu są, niektórzy od 30 lat intensywnie pracują na rzecz pokazania ukraińskiej kultury współczesnej. Wystarczy ich posłuchać.

Taras Gembik: – Chciałbym zaprosić wszystkich do śledzenia Słonecznika w social mediach, przyjścia, zbicia piątki, pogadania. Obecność daje nadzieję. Obecność daje siłę.

Przyszłość

To ważne, bo sił nie starcza. Taras Gembik na pytanie, czego brakuje, odpowiada: – Czasem brakuje odpoczynku.

Czego jeszcze? Pieniędzy. Stypendiów. Tolerancji. Miejsc, gdzie artyści mogliby mieszkać. W Labiryncie czeka na rozpatrzenie 200 podań o rezydencję. Do dyspozycji jest jedno dwupokojowe mieszkanie. Chcą przyjmować po dwie osoby na miesiąc. Jak by nie liczyć – to 24 osoby przez rok. W innych miastach jest podobnie. Jakieś mieszkanie dla kilku osób, a potrzeby gigantyczne. Brakuje więc systemu, który sprawiłby, że Polska nie będzie dla ukraińskich artystów krajem tranzytowym, a pozwolił im godnie żyć. Teraz, jak policzył Taras Gembik, wśród zatrudnionych na stałych umowach we wszystkich polskich instytucjach kultury osoby niepochodzące z Polski stanowią cztery czy pięć procent. Najdotkliwiej brakuje wspierającego państwa.  

– Ludzie kultury i środowiska, które obserwuję, bardzo się starają. Dzięki nim zachodzą procesy, które wpływają na pracę instytucji – mówi Anna Łazar. – Ale brakuje państwa. Państwa, które nie będzie wchłaniać do instytucji kultury strategii rosyjskiego miru, nie będzie uprawiało ręcznych nominacji na stanowiskach dyrektorskich, w którym prokuratura będzie rzeczywiście niezależnym organem, samorządy nie będą podduszane, a ludzie, którzy zajmują się pomocą, dostaną wsparcie. 

Pomarzyć zawsze miło, więc pytam moich rozmówców o to, jak widzą przyszłość. Waldemar Tatarczuk w ciemnych barwach. Sebastian Cichocki uważa, że być może już toczy się pierwsza klimatyczna wojna światowa. Anna Łazar: – Krótko? Federacja Rosyjska się rozpadnie. Bez dwóch zdań.

Tekst powstał w ramach cyklu „Państwo na granicy” przygotowywanego we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie.

logo

Tekst na licencji Uznanie autorstwa. Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe (CC BY-SA 4.0).