Miłość jak za Gierka
Ogrodzieniec, 1973 / fot. Zofia Rydet, © Zofia Augustyńska-Martyniak, CC BY-NC-ND 3.0 PL

14 minut czytania

/ Obyczaje

Miłość jak za Gierka

Aleksandra Boćkowska

Reportaże zebrane w książce „Kto dzisiaj kocha” nie przynoszą odpowiedzi na pytanie, jak kochali za Gierka, ale sporo mówią o tym gdzie. O codzienności, marzeniach i postawach. Ciekawie poczytać o tym, co – chcąc nie chcąc – wchłonęliśmy z zupą mleczną

Jeszcze 4 minuty czytania

Już spis treści robi wrażenie. Hanna Krall, Małgorzata Szejnert, Barbara N. Łopieńska, Teresa Torańska, Ewa Szymańska, Ewa Berberyusz plus jeszcze kilka dziś już nie tak dobrze pamiętanych nazwisk. W sumie 22 reportaże o, powiedzmy, miłości. Atrakcyjnie złożone – zbiór otwiera tekst o dziewczynach z hotelu robotniczego, zamyka opowieść o ślubie w domu rencisty, a pomiędzy jest cała reszta: szczęśliwe małżeństwa, samotne kobiety, dzieci pozamałżeńskie, liczne rodziny, trochę o wsi, coś o szpitalu psychiatrycznym – wiadomo, reportaż najsmaczniej karmi się smutkiem. Wreszcie po prostu seks.

Wysłużony tom „Kto dzisiaj kocha” znalazłam w łódzkim antykwariacie na półce z napisem „Gierek”. Wydana w 1981 roku przez KiW książka okazała się znakomitym przewodnikiem po życiu osobistym lat 70. – tej złotej dekadzie PRL, z której jedni zapamiętali dobrobyt, inni – dojrzewanie buntu. Dekadzie, w której przyszli na świat obecny prezydent i co najmniej połowa kandydatów na jego następców, premier, Borys Budka, ważne twórczynie i istotni twórcy kultury, zastępy kluczowych dla dzisiejszej debaty publicystek i publicystów ze wszystkich stron. Prawdę mówiąc, ja też.

Książka nie przynosi odpowiedzi na pytanie, jak kochali nasi starzy, ale sporo mówi o tym gdzie. Mówi o codzienności, nadziejach, marzeniach i postawach. Bohaterka jednego z reportaży dorastała w miasteczku, w którym „ciągle wyglądano nadchodzącej nowoczesności, a ona jakoś nie nadeszła”. Mówi, że trzeba było tam mieszkać, żeby zrozumieć rozbieżność między marzeniami i rzeczywistością. Lata 70., o czym nie tak często się pamięta, dzieli od II wojny światowej mniej więcej tyle czasu co współczesność od przełomu 1989 roku. Oni wtedy mówili, że żyją w Polsce wciąż odbudowującej się. Konfrontowali marzenia z rzeczywistością bez przesadnych nadziei. My, choć może to towarzyskie złudzenie, chyba więcej się awanturujemy. Ciekawie poczytać o tym, co – chcąc nie chcąc – wchłonęliśmy z zupą mleczną.

Marzenia

„Kto dzisiaj kocha”, wybór i redakcja Helena Madany, Książka i Wiedza 1981„Kto dzisiaj kocha”, wybór i redakcja Helena Madany, Książka i Wiedza 1981Mietek z tekstu Ewy Szymańskiej marzy o nowej teczce. Gotów jest dla niej zrezygnować ze spodni na zimę. Jego żona Ewa marzy, by na serio wziąć się do lekcji śpiewu. Na razie, gdy o drugiej w nocy kończy pranie, włącza płytę do nauki angielskiego. W sumie luksusowo. Bo normalnie chodzi raczej o męża i mieszkanie.

Mieszkanie, bo bohaterowie żyją w sublokatorskich pokojach, barakach, czasem M-3, ale bez wygód, czasem z wygodami, ale – jak w klasycznym już reportażu Hanny Krall „Portret rodziny Z. we wnętrzu” – w sześć osób na dwudziestu metrach.
Mąż, bo jak mówią studentki pytane przez Ewę Szemplińską: „Człowiek nic niewart bez żony, ale kobieta bez chłopa, strach”; „Razem łatwiej. Łatwiej, bezpieczniej, cieplej”; „Jeśli dziewczyna mówi, że chce być wolna, to albo kłamie, znaczy poddała się, albo szpanuje, albo jest głupia”; „Niby jest emancypacja, ale spróbuj pójść gdzieś sama. Potem sama zdobądź mieszkanie. Nawet pomijając aspekt finansowy, zawsze ktoś ma dzieci i trudne warunki, to znaczy ma pierwszeństwo. Spróbuj się utrzymać za ileś tam po dyplomie. To się zdarza – samodzielność, wolność, równouprawnienie, ale najlepiej, jeśli zdarzy się małżeństwo”. Lekarka, którą opisuje Anna Grigo, sama wychowuje dziecko nieżyjącego partnera. Mówi: „Wszystkie przywileje są dla młodych małżeństw. I kredyty na meble, i prędzej dostają mieszkania”.

Słowem, z mężem łatwiej o mieszkanie. Dla włókniarek z bielskich zakładów Rytex długo urządzano w hotelu robotniczym zabawy, na które przychodzili górnicy. Później hotel przeniesiono, jest lepszy, na osiedlu całym w kwiatach, ale bez świetlicy – skończyły się potańcówki. Kiedyś ślubów było w roku nawet i sto, po przeprowadzce ledwie czterdzieści. Przeważnie z żołnierzami. „Wojskowy to żaden kandydat na męża, nieopierzony, bez mieszkania, bez pieniędzy. Co innego górnik, ten zarabia na ścianie ze czternaście tysięcy, mieszkanie dostać to dla niego nic nie znaczy, no i górnik to poważny człowiek, solidny” – przekonuje Michała Mońko tkaczka z Ryteksu.

Dziewczyny marzą, choć słyszały już od mężatek, że „czekanie jest nawet lepsze, szczęśliwsze”. Barbara N. Łopieńska opisuje życie chemiczki z Warszawy: „Powrzuca garnki do zlewu, jest już dziewiętnasta, mąż wyżera z lodówki kiełbasę, a pani Kozłowska nie czuje się wolna”.

Kobiety i (zwłaszcza) mężczyźni

Pan Kołpak miał dwie żony. Trzecią poznał w domu rencisty i mówi o niej tak: „Spokojna, szlachetna, schludna. Ważne też, że była panną i do 76 roku życia zachowała cnotę! Spodobało mi się to bardzo – kobietka skromna, porządna, niewulgarna, można z nią śmiało życie związać, razem zamieszkać i mieć na starość spokój”. Ona w rozmowie z Joanną Siedlecką chwali męża, że czysty i do niedawna miał prawie wszystkie zęby.

Dysproporcja między mężczyznami i kobietami, w relacji wzajemnej i – być może wyraźniej – w konfrontacji z otoczeniem wybrzmiewa w tych reportażach bardzo mocno. Samodzielność pojawia się w tle, ale na pierwszym planie jest kobieca zaradność, przeważnie skrzyżowana z męskim rozmemłaniem. Bohaterki raczej pracują, miewają aspiracje, ale, gdy przychodzi co do czego, „od gadania zza biurek chce się wyjść z siebie albo za mąż, żeby się upodobnić” (Szemplińska).

Mężczyźni są przedmiotem zalotów, kobiety – raczej podmiotem. „Któregoś dnia do ADM przyszła czarnowłosa dziewczyna w czerwonej obcisłej sukience. Co tu dużo kręcić: jakby piorun we mnie strzelił. To była Basia. Pobraliśmy się w kilka miesięcy potem” – mówi Natalii Iwaszkiewicz inspektor techniczny ds. remontów. W wielkim skrócie opisuje to, co dziewczynom z akademików i hoteli robotniczych zajmuje stronice.

Zawsze to jego teczka wygrywa w hierarchii wydatków z jej lekcjami muzyki, niekoniecznie tylko dlatego, że jej przypadło w podziale obowiązków oporządzanie piątki małych dzieci, a jemu radość z dużej rodziny. On rządzi w domu, nawet jeśli ona zarządza budżetem, wydziela mu drobne na papierosy i piwo i mówi dziennikarce, że mężczyźni mają słaby charakter, rozpuściliby pensję jednego dnia.

Kiedy on i ona – jak w tekście Ewy Szymańskiej – dogadają się po partnersku, zaraz wkraczają sąsiedzi. Jej powiedzą: „Czy ja mam takie szczęście, czy też ja ciebie, Ela, nigdy uderzonej nie widziałam?”. Jemu ślą anonimy z sugestiami, że ona – podczas kiedy on jest w biurze – fatalnie się prowadzi. Aż stłucze ją sznurem od żelazka.

Matkom stanu wolnego odmawiają godności rodziny, urzędnicy i nawet działaczki z Ligi Kobiet. „Nieślubne dziecko zupełnie inaczej charakteryzuje kobietę, inaczej mężczyznę – pisze Ewa Zadrzyńska. – On z dzieckiem nieślubnym to osoba uczciwa, szlachetna, godna współczucia, trochę fajtłapa, trzeba mu pomóc, zająć się nim. Ona w tej samej sytuacji to cwaniara, wiedziała, co robi, coś tam kombinowała i się przeliczyła, nieuczciwa, zepsuta, lepiej się z nią nie zadawać”.

Motto i tytuł „Kto dzisiaj kocha” zaczerpnięto z wiersza Haliny Poświatowskiej. Wstęp napisał socjolog Mikołaj Kozakiewicz. Zwrócił uwagę, że prawie wszystkie (oprócz jednego) teksty napisały kobiety, i tak to skomentował: „Nie jest to książka obiektywna, gdyż wszystkie autorki są stronnicze w tym, co piszą. Są stronnicze, bo nie są obojętne. Mężczyźni staraliby się zapewne uwzględniać wszystkie okoliczności i uznawać różne racje. Zwiększyłoby to obiektywizm ich relacji, ale pozbawiłoby je plastyczności i wbrew pozorom oddaliłoby od rzeczywistości”.

Warto tutaj dodać, że zwłaszcza w tekstach, które karmią się smutkiem, a więc najłatwiej w nich stanąć po stronie pokrzywdzonej – o matce, która próbuje wydostać syna z zakładu psychiatrycznego, o córce, której matka odeszła, a ojciec zmarł, czy o nieślubnych dzieciach – autorki pokazują szerokie spektrum okoliczności.

Seks

Mikołaj Kozakiewicz był jednym z dwóch posłów rządzącej koalicji, który w wyborach 4 czerwca 1989 roku dostał się do Sejmu z tzw. listy krajowej i pełnił potem funkcję marszałka. W książce pojawia się też jako jeden z ekspertów, których w reportażu „Seks heroiczny, czyli polski” Ewa Berberyusz prosi o odpowiedź na 17 pytań. Berberyusz wysyła ankietę pięciu osobom. Kozakiewicz, żeby nie było, wypada zazwyczaj progresywnie (jako jedyny na pytanie, czego winna tyczyć cenzura obyczajowa, mówi, że oczywiście by ją zniósł). Najgłębiej w mrokach kołtuna tkwi jedyna w tym zestawieniu kobieta – psychiatra i neurolożka Elżbieta Sujak ze Szpitala Psychiatrycznego w Lublińcu.

Poza tym tekstem mowa o seksie jest w zbiorze tylko raz – kiedy dekarz z Kępna skarży się na młodzież: „Jak syn mnie pytał, dlaczego dziewczynki dzieci rodzą, to ja mu tłumaczyłem na ikrze rybiej, a więcej dowiesz się w szkole, mówiłem. A dzisiaj oni chcą wszystko wiedzieć od razu. Dzisiaj się młodzieży moc narkotyzuje” (Krystyna Jagiełło). Tym bardziej reportaż Berberyusz wydaje się ważny, być może również dla zrozumienia dzisiejszych dyskusji.

Jeśli wierzyć autorce, seks w czasach Gierka to przede wszystkim sprawa mężczyzn. „Miłość” przed ślubem zaś to zagadnienie, o które warto pytać ekspertów (a oni mają podzielone zdania). Seks w małżeństwie – wiadomo już, że się nudzi i nie ma na to sposobu. Mężczyźni częściej niż kobiety oddzielają seks od uczucia, choć tutaj akurat godny zalecenia jest model kobiecy. Pornografia jest zakazana, a eksperci nie są zgodni, czy ten zakaz powinno się znieść („Dla naszej obyczajowości byłby to szok, którego szkodliwość mogłaby się stać większa od pożytku” – tłumaczy Kozakiewicz), a jeśli już, to z zastrzeżeniami. Bez zastrzeżeń zgadzają się, że młodym wolno się masturbować. Veto stawia tylko ekspertka: „Onanizm jest poniekąd tym, co wyjadanie samemu po kryjomu posiłku przygotowanego dla dwojga”.

Krótko mówiąc, seks to ciągle rzecz raczej wstydliwa. Jak mówi krytyk literatury Artur Sandauer: „Seks nabiera w Polsce bardziej niż gdziekolwiek indziej charakteru wstydliwie obleśnego. Na «te sprawy» reaguje się chamstwem albo wstydliwym rumieńcem. Nikt nie przyzna się publicznie nawet do tak niewinnego zboczenia jak homoseksualizm”. Sam na pytanie, czy fakt, że ktoś jest homoseksualistą, powinien wpływać na jego ocenę moralną, mówi, że nie. Gdyby homoseksualistą okazał się jego syn, „nie byłby zadowolony ze względu na brak potomstwa”. Mikołaj Kozakiewicz usiłowałby syna przeorientować seksualnie, by go „uchronić od wszystkiego, co mu życie utrudni”.

Polska

Gdy już dostała ankiety, Ewa Berberyusz zrobiła sondę uliczną. Przywołuje w tekście odpowiedzi trzydziestolatka z Warszawy. Mówi to, czego trochę się po nim spodziewamy. Że jest postępowy, ale wolałby się zabić niż mieć syna pedała, że mężczyzna musi sobie czasem skoczyć, a kobiecie nie wypada nawet o seksie rozmawiać, oglądać slajdy też jej nie pasuje, to męska rozrywka. Wiadomo.

I nagle, w pięciu zdaniach, streszcza całą tę książkę o miłości, podsumowuje obyczajowe zagubienie lat 70., a może w ogóle hipokryzję PRL. Te zdania brzmią tak: „Co do pornografii, to źle jest, jak celnik, dajmy na to, grzebie facetowi w bagażu, a jak co znajdzie, to prawi morały i konfiskuje, a sam się oblizuje. To jest bezprawie. W końcu albo jesteśmy dorośli, albo nie?! Ale żeby w kioskach «Ruchu» rozprowadzać jak w Szwecji, to zgorszenie dla dzieci. Cenzura obyczajowa powinna pilnować, żeby tego nie robić”. Pozornie to peerelowska wersja „Jak ktoś Kalemu zabrać krowy”, ale przecież coś dużo poważniejszego. Jest złowrogi celnik, dobroczynny przemyt, zgoda na cenzurę i postawa „można robić, co się chce, byle na zewnątrz wypadać porządnie”. To postawa wyuczona w PRL, z której potem skorzystał PR.   

Normy

Kobiety, mężczyźni, dzieci, samotność, seks, a nawet miłość – oczywiście, o tym wszystkim piszą reporterki i reporter w „Kto dzisiaj kocha”. Książka układa się jednak w opowieść o tym, że nie warto się wychylać, a każde odstępstwo od normy będzie piętnowane. Przy czym normy są wyśrubowane.

Dobrze jest mieć jedno albo dwoje dzieci. Gdy masz pięcioro, bliscy nie dadzą ci żyć. Można mieć jedno, ale z mężem. Jeśli wychowujesz sama – przepadłaś. Jeśli jesteś dzieckiem i zamiast na prawo, choć masz talent, ciągnie cię do zarządzania gospodarstwem dziadka – zapomnij. Co powiedzą sąsiedzi?  

Normalne jest podkradać. A przynajmniej załatwiać sobie coś na boku. Kiedy jedna z bohaterek realizuje się jako radna i co rusz forsuje przydziały na pustaki lub cement, sołtys wreszcie mówi, by pofolgowała. Dziennikarce wyjaśni: „Nie nadawała się do pracy społecznej. Zbyt była naiwna. Co ją ktoś o co prosił, to obiecywała. Na dodatek żadnej satysfakcji w kieszeni z tego nie miała”.

Są w tym zbiorze teksty bardzo dobre, dobre i średnie. Jeden jest wybitny. To reportaż Barbary N. Łopieńskiej o kobietach z porodówki, które obmyślają przyszłość dla swoich dzieci. „Będzie chodził do przedszkola i na pływalnię. Będzie grał w tenisa – jeśli moda się utrzyma. Potem pójdzie do szkoły, a pani na pewno będzie lubiła włocławki. Przyjdzie ze szkoły – odgrzeje sobie kartofelki. Skończy szkołę – zacznie się piąć. A potem? – A potem nic rewelacyjnego go nie spotka”.

Pytane o to, co przekażą dzieciom, mówią: „Dopasuj się do sytuacji. Nigdy nie planuj, bo i tak ci nie wyjdzie”; „Rób, co ci każą”; „Uczciwość? Nie pasuje do nikogo, kogo znam”; „Stosujemy różne chwyty ze smutkiem, ale martwię się, że syn już mojego smutku nie zrozumie”.

Swoją drogą, wszystkie chcą mieć syna.