Wykolejanie historii

Wykolejanie historii

Darek Arest

W „Sztuce znikania” twórcy fundują swoim widzom hipnotyzującą przejażdżkę pociągiem w nie do końca określonym kierunku

Jeszcze 1 minuta czytania

Haitański kapłan vodou Amon Frémon przybył do Polski w 1980 roku za namową Jerzego Grotowskiego, szybko jednak rozczarowały go teatralne eksperymenty i zaczął w PRL szukać własnej drogi. Niewiele o tych poszukiwaniach wiadomo. Frémon, w odróżnieniu od wielu mniej barwnych postaci, nie ma nawet własnej notki na Wikipedii, tym cenniejszy wydaje się więc niemal godzinny film dokumentalny, którego jest głównym bohaterem. No właśnie – jest i nie jest; twórcy używają go raczej w charakterze filtra, magicznego zwierciadła, w którym odbija się ukryte oblicze najnowszej historii Polski. Postać potomka jednego z polskich żołnierzy, którzy w czasie rewolucji haitańskiej zbuntowali się przeciw Napoleonowi, stając po stronie rdzennej ludności wyspy, pozwala spojrzeć na smutny kraj oczami przybysza, dla którego magia i klątwy nie są jedynie artystyczną metaforą; zobaczyć to, co zwykle przesłaniają nam schematy postrzegania rzeczywistości. A potem – przy odrobinie szczęścia – trochę się tym widokiem przerazić.

Dokument Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego to trochę sequel nominowanego do Oscara „Królika po berlińsku”, ale jednocześnie film całkowicie inny. Dokumentalne materiały znowu posłużyły skonstruowaniu baśni zapisanej na marginesie podręcznika wielkiej historii. Ale ważniejsze od wyciągnięcia z kapelusza nieznanego epizodu jest właśnie odczarowywanie tego, co niebezpiecznie opatrzone. „Odzniknięcie” – wydobycie ze sfery niewidzialności, w jaką zapędza rzeczy znudzone, leniwe spojrzenie. Twórcy używają mocno wyeksploatowanej ikonografii: fragmentów kronik i przekazów telewizyjnych, które zdążyły porosnąć mchem wyrozumiałości, ciepłą nostalgią, patyną retro, albo przykleić się do martyrologicznego schematu. Ale dzięki towarzyszącemu obrazom głosowi bohatera zamieniają się one w coś na kształt szamańskiego snu, narkotycznej wizji. Ktoś rzucił zły czar na ludzi, królewna drzemie w wysokiej wieży, księcia nie widać na horyzoncie. Witamy w przeklętym królestwie – polskich latach 80.

To sztuka zmusić znany obraz, by powiedział widzowi coś nowego. W filmie nie ma pustych półek sklepowych, zgnilizny rozpadającego się systemu, oporu dzielnych jednostek. Żadnych płaczących matek, ciepłego wiatru ze Wschodu i krwawiącej Historii. Do głosu dochodzą za to miarowo kołyszące się drzewa, niepokojąca pogoda i opresyjna architektura. Na tym na nowo ujrzanym tle smutni ludzie stojący w kilometrowych kolejkach wydają się uczestnikami jakiegoś obłąkańczego obrzędu. Odczuwalna na każdym kroku wrogość to oczywisty skutek zbiorowej hipnozy. Politycznie ufryzowane dożynki odzyskują pogańską dzikość. Nie obędzie się bez przywołania duchów przodków. Zatruta ziemia czeka na ceremonię vodou.

„Sztuka znikania”, reż. Bartek Konopka, Piotr Rosołowski.
Polska 2013, w kinach od 19 lipca 2013
Ktoś może powiedzieć, że poprzez dodaną narrację i optyczne filtry materiał dokumentalny został w filmie zmanipulowany, że zmieniono jego pierwotne znaczenie. Co jednak bardziej pierwotnego niż kategorie, do których odwołuje się podróżujący przez PRL czarnoskóry kapłan? Przywykliśmy do upartego upychania historii w czytelnie podpisanych szufladach. Jej najbardziej szalone epizody upudrowaliśmy przekonującymi argumentami, które pozwoliły nam wpisać je w racjonalny przebieg dziejów. Na każde zbiorowe szaleństwo znalazła się rozsądna nazwa. Czy manipulacją nie jest właśnie historia przejrzyście spisana w szkolnych podręcznikach? W filmie Konopki i Rosołowskiego Amon Frémon nie jest turystą odwiedzającym egzotyczny kraj, ale wędrowcem powracającym na ziemię przodków, jest więc szansa, że odprawiane przez niego obrzędy przechowują w czystej postaci coś, co zdążyliśmy utracić. Jego słowa rymują się trochę z wrażliwością polskiego romantyzmu, ale niespłaszczonego ramami literackiej konwencji.

„Sztuka znikania” nie stanowi tak spójnej i przejrzystej konstrukcji, jak „Królik po berlińsku”. Nie ma tu równie czytelnej konwencji i tak oczywistej metafory. Film wydaje się bardziej szkicem, nagromadzeniem nastroju, a Amon Frémon raczej duchem opowieści niż jej pełnokrwistym bohaterem. W tym niedokończeniu film jest paradoksalnie dziełem bardziej radykalnym, skuteczniej wykolejającym historię z torów tradycyjnej narracji. Twórcy fundują swoim widzom hipnotyzującą przejażdżkę pociągiem w nie do końca określonym kierunku. Kto jednak troszczyłby się o cel podróży, gdy z okna rozciąga się tak niesamowity widok?