Szafa na plecach
„Armat”

12 minut czytania

/ Film

Szafa na plecach

Darek Arest

Duży festiwal animacji, taki jak Animator w Poznaniu, stoi przed niezmiennym dylematem: ukryć się w enklawie odrębności gatunkowej czy zaryzykować bycie pożartym przez mainstream?

Jeszcze 3 minuty czytania

„Kiedy byłam mała, u dziadka stała ogromna szafa, której naprawdę się bałam. Dziadek mówił, że to nasze dziedzictwo, ormiańskie rzemiosło, że jest bardzo cenna i pewnego dnia będzie należała do mnie”. To słowa Élodie Dermange, autorki i zarazem bohaterki szwajcarskiego filmu „Armat”, zwycięzcy międzynarodowego konkursu krótkich metraży tegorocznego festiwalu Animator w Poznaniu. Blondwłosa dziewczynka spogląda na ponure oblicze dziadka, na swoje przyszłe „dziedzictwo” i wcale nie jest zachwycona. „Ale ona jest strasznie brzydka!” – mówi. I dodaje rezolutnie: „Jak już będzie moja, to ją sprzedam!”.

Filmy tegorocznego Animatora przekonują niemal jednomyślnie, że taka postawa to dziecięcy hurraoptymizm. Szafa, która jest centralną metaforą opowieści, dźwigana na plecach przez kolejne pokolenia, mogłaby być jednocześnie metametaforą całego festiwalu. Porzućcie nadzieje o animowanym eskapizmie, ucieczce przed wojną, kryzysie uchodźczym i pełzającą katastrofą ekologiczną. Szafa na plecy!

Zagrożone gatunki

Samemu Animatorowi też nie wypada uciekać przed rzeczywistością. Ambicją największego festiwalu animacji w Polsce jest prezentować pełny przekrój funkcjonowania medium we współczesnej kulturze. A animowane są przecież serialowe przeboje Netflixa, narracyjne gry z PlayStation oraz tak zwane efekty specjalne w filmach Marvela, wypełniające nierzadko większość ekranu i seansu. Ukryć się w enklawie własnej odrębności gatunkowej czy przytulić do mainstreamu, ryzykując bycie pożartym? W programie festiwalu można znaleźć filmy pełnometrażowe, japońskie anime, konkurs seriali i prezentację możliwości silnika graficznego Unreal Engine 5. Sercem i chlubą Animatora pozostaje jednak międzynarodowy konkurs filmów krótkometrażowych, ułatwiający zwycięzcy wejście na drogę do zdobycia oscarowej nominacji.

Jeśli ktoś chciałby sobie zdefiniować animację jako gatunek, tu powinno być najłatwiej, choć przy okazji odkryć można, że wiele z tych malowanych, rysowanych i lepionych z plasteliny filmów to po trosze kino dokumentalne. Oparty na osobistych doświadczeniach film Szymona Ruczyńskiego „W lesie są ludzie” skutecznie korzysta z uproszczonej kreski, by stworzyć efekt niezaangażowanej obserwacji uchodźczego dramatu na polsko-białoruskiej granicy. „A Guerra Finita” Simone Massiego przetwarza archiwalne zdjęcia wojenne. Hipnotyzujący „Mariupol. A Hundred Nights” (reż. Sofiia Melnyk, z fantastyczną muzyką Volodymyra Rudenki) korzysta z rysunków 9-letniego chłopca, by pokazać koszmar rosyjskiej inwazji na Ukrainę. „Armat” i liczne podobne mu introspektywne opowieści zbudowane są wokół „dokumentalnej” wypowiedzi reżysera albo zarejestrowanych przez niego rozmów z bliskimi. Purysta zapyta: czy to wciąż dokument, jeśli świat wewnętrzny autora jest ważniejszy od rzeczywistości, która go otacza? Skrajnie osobiste medium animacji nie zadaje takich pytań.

Werdykt

 Międzynarodowy Konkurs Filmów Krótkometrażowych
GRAND PRIX – ZŁOTY PEGAZ: „Armat”, reż. Élodie Dermange, Szwajcaria, 2022
II NAGRODA – SREBRNY PEGAZ: „Ice Merchants”, reż. João Gonzalez, Portugalia, 2022
III NAGRODA – BRĄZOWY PEGAZ: „Dog – Apartment”, reż. Priit Tender, Estonia, 2022 Międzynarodowy Konkurs Filmów Pełnometrażowych
Nagroda za Najlepszy Film Pełnometrażowy: „PERLIMPS”, reż. Alê Abreu, Brazylia, 2022 Wyróżnienie:
„NO DOGS OR ITALIANS ALLOWED”, reż. Alain Ughetto, Francja, 2022

Jeśli każda postać, każdy element scenografii i każda klatka filmu może nosić odbite w plastelinie odciski palców autora, to film pomieści też jego niefiltrowany głos. I mieści. Wspomnienie przyspawanej do kuchennego blatu matki, powracające po latach do gotującej córki w „Now I’m in the Kitchen” (reż. Yana Panka). Historię dramatycznej rodzinnej ucieczki z Wietnamu w „Boat People” (Thao Lam i Kjell Boersma). Zilustrowaną naiwną kreską rekonstrukcję publicznej egzekucji widzianej przed laty w Iranie w „Drawn from Memory” (Pouria Kazemi). „Zagadanie” obrazów może być równie dobrze aktem odwagi, co kapitulacji, braku wiary w ich siłę. Zwątpieniem we własny wpływ na rzeczywistość, jak w „Rosemary A.D. (After Dad)” Ethana Barretta – neurotycznym strumieniu świadomości młodego ojca. Albo zaklinaniem rzeczywistości, jak w „Stages of Freedom” Kamrana S. Rosena – zwierzeniach piszącego dziennik skazańca, który próbuje stworzyć siebie na nowo.


Wszystkie te osobiste filmy zostały podobnie skonstruowane: wychodzą od niepozornego dziecięcego wspomnienia, retrospektywnie rysują rodzinne relacje i kończą się – to już estetyczna klisza – fotografią prawdziwych bohaterów animowanej historii. Na swój dokumentalny sposób są poruszające, bo poszukują artystycznego wyrazu dla intymnego uczucia, które – nie zawsze wiadomo dlaczego – wierci dziurę w żołądku. Jeżeli „Armat” jest w tym gronie wyjątkowy, to dlatego, że udaje mu się ten wyraz znaleźć nie we wzruszeniu autora, ale jego tłumaczeniu na ruchomy obraz. W sposobie, w jaki bezradność dziecka odbija się w gniewie oceanu. I w tym, jak dramat niepotrafiącego wyrażać uczuć ojca zostaje zamknięty w drobnym geście dłoni.

Handlarze opowieści

Spośród filmów zachwycających warstwą plastyczną ogromne wrażenie robi portugalski „Garrano” (David Doutel i Vasco Sá), opowieść o zniewoleniu dzikiego konia i dzikiego chłopca, w której realizm animacji łączy się z malarską cudownością. Misterne efekty świetlne sprawiają wrażenie, jakby film namalowany był na kilku warstwach szkła, ale nie czarujmy się – w ruch poszły tu raczej algorytmy i procesory. Nie sprawdzam, by nie psuć sobie wrażenia technicznymi szczegółami. Niczego nie można sobie wmówić w przypadku wyprawy do krainy niesamowitości, jaką jest „Flite” Tima Webbera, zdobywcy Oscara za efekty wizualne do „Grawitacji”. Trudno tu nawet od razu zorientować się, że nie patrzymy na twarze aktorów. Obezwładniające detalem science fiction, z bohaterką wyjętą prosto z przebojowej gry akcji, korzysta z silnika graficznego Unreal Engine i kończy się listą płac godną hollywoodzkiego blockbustera. Dla odmiany „Epicenter” (Hee-yoon Hahm) oraz „Smell of the Ground” (Olivia Rosa) to ćwiczenia z narracyjnej ascezy. Oba filmy mają podobną estetykę, oba można potraktować jako opowieści o katastrofie (nadchodzącej i dokonanej). Opowiadają głównie brakiem i niedopowiedzeniem, obywając się bez bohaterów i dialogów, umiejętnie drażniąc potrzeby emocjonalne widza w stylu godnym wczesnego Michaela Haneke.


Z filmów skupionych na klasycznym opowiadaniu historii najdoskonalej oszlifowanym jest „Ice Merchants” – historia małej rodziny mieszkającej (duże niedopowiedzenie) na skraju urwiska. Oni parają się tytułowym handlem lodem, my zjawiamy się w ich kruchym świecie pośrodku codziennej rutyny, po jednej bolesnej tragedii i tuż przed nadejściem kolejnej. Film zbudowany jest z może 30 ujęć, a każde z nich wnosi coś kluczowego do historii, mówi coś konkretnego o bohaterach i ich świecie. Nie ma tu nic zbędnego, żadnego niepotrzebnego koloru kredki, żadnej nadmiarowej sceny, gestu czy efektu dźwiękowego. I oczywiście żadnego słowa – jeśli gdzieś przetrwała wielka tradycja opowiadającego obrazem kina niemego, to tylko w filmach takich jak ten. Wyróżnione drugą nagrodą dzieło João Gonzaleza trudno nazwać „odkryciem”, bo zdobyło już nagrodę w Cannes i było nominowane do Oscara. Nieczęsto ekscytuję się festiwalowymi werdyktami, ale muszę przyznać, że ten z tegorocznego Animatora sprawił mi dziwną satysfakcję.

Wydaje się, że stosunkowo mało było w tegorocznym konkursie udanych błahostek: filmów impresji (erotyczny „Tongue” Kaho Yoshidy), filmów dowcipów (pastiszowa „Phonorama” Alexa Reya, czarna komedia „Pobre antonio” duetu Mariana Guerreiro Ferreira i Eudald Rojas Lluís), rzeczy skupionych na formie (wycinankowy „Shuffle” Quity Felix, agresywny muzyczny „Amok” Balázsa Turai, precyzyjna „Koniunkcja” Marty Magnuskiej). Ale może mniej mówi to o konkursie niż o tej niczym nieuzasadnionej pretensji, że animacja powinna być odskocznią od rzeczywistości, podczas gdy w wydaniu krótkometrażowym ma ona raczej inklinacje przeciwne. Z papieru, plasteliny i poligonów lubi tworzyć nowe światy tylko po to, by mocniej wbić nas w beton pod stopami.

I nie chodzi mi o pełne czułości miniaturowe kino społeczne („Dance My Doll” Jasmijn Kooijman czy „Davey’s Lullaby” Adama Deyoe). Raczej o egzystencjalne filmy, które zdają się opowiadać o walce twórcy z animowaną przez niego materią, o konflikcie ducha i ciała. The medium is the message. Jak w historii dziewczynki bez kości i cudownie ożywionych kapliczkowych figurach z „Takie cuda się zdarzają” Barbary Rupik. Jak w opowieści o demonach wczesnego rodzicielstwa w „My Dear Son” (Lilian Fu), gdzie okrutny proces konstruowania osobowości społecznej przedstawiony jest w brutalnej estetyce kolażu. Jak w mrocznym estońskim „Dog – Apartment” Priita Tendera (3. nagroda w konkursie) – historii dawnego baletmistrza, który walczy o przetrwanie w surrealistycznej rzeczywistości ponurego kołchozu.

Piękne okolice

xAnimator.
Międzynarodowy Festiwal
Filmów Animowanych
21–25.06.2023, Poznań
26–30.06.2023, online
Jakby dla zachowania równowagi konkurs pełnometrażowy wygrała barwna opowieść o mieszkańcach czarodziejskiego lasu – „Perlimps” w reżyserii Alê Abreu. To nie całkiem eskapistyczny film, ale jednak oferujący odpoczynek od rzeczywistości. Konkurs pokazuje imponujące spektrum gatunkowe pełnometrażowej animacji spoza mainstreamu. Od kina, które miałoby pewne szanse w segmencie familijnym (obok „Perlimps” – „Four Souls of Coyote” Arona Gaudera), przez dorosłe science fiction („White Plastic Sky” duetu Tibor Bánóczki i Sarolta Szabó oraz „Mars Express” Jeremiego Perina), nostalgicznie undergroundowy horror „Attack of the Demons” Erica Powera), surrealistyczny dramat na podstawie prozy Murakamiego („Blind Willow, Sleeping Woman” Pierre’a Földesa), nieco męczący eksperyment z rotoskopią („Quantum Cowboys” Geoffa Marsletta) po pełnometrażową adaptację youtubowego mockumentu o dzielnej muszelce z fabryki arthousowych przebojów – studia A24 („Marcel Muszelka w różowych bucikach” Deana Fleischera-Campa).


Jeśli najważniejszym wyróżnikiem animacji miałby być skrajnie indywidualny charakter kreacji, to – choćby ze względu na samą skalę produkcji – w pełnych metrażach mocno się on rozmywa. W niektórych przypadkach powraca też pytanie: po co to właściwie jest animowane, skoro i tak wcześniej musiało zostać nakręcone na planie filmowym z udziałem aktorów (jak we wszystkich technikach rotoskopowych i przechwytujących ruch w 3D)? Gdy w proces dodatkowo zaangażowane są złożone algorytmy i sztuczna inteligencja, należałoby pewnie mówić nie tyle o animacji, ile o stylizacji i symulacji.

Pewne wybawienie od natrętnych myśli przynosi poklatkowy „No Dogs or Italians Allowed” Alaina Ughetto o życiu robotników na surowej włoskiej północy w początkach XX wieku. Tylko pozornie przypomina on pełne slapsticku filmy Nika Parka, humor służy tu jedynie maskowaniu smutku, tak by dało się w ogóle opowiedzieć o egzystencji, której rytm wyznaczają głodowe posiłki, zbyt ciężka praca i przedwczesne zgony kolejnych dzieci. To film o przodkach, ale też o robieniu filmu o swoich przodkach – o ludzkim, fizycznym aspekcie jego tworzenia. Pod pewnymi względami nie różni się wcale od „Armat”. „Nie pochodzimy z jakiegoś kraju, tylko z naszego dzieciństwa” – mówi główna bohaterka i narratorka filmu, ustami wykonanej przez swojego wnuka lalki. Chwilę potem widzimy jej prawdziwą twarz na czarno-białej fotografii.