„Moneyball”, reż. Bennett Miller

Darek Arest

Miller stara się unikać uwodzenia widzów patosem tryumfu Davida nad Goliatami, nie ma więc zrywów w połowie meczu i mobilizujących pogadanek w szatni

Jeszcze 1 minuta czytania


Wszyscy patrzą na boisko, ale każdy widzi co innego. Taktyczne rozgrywki, albo chaotyczny ciąg przypadków. Heroiczne zmagania gladiatorów, albo zgraję facetów w obcisłych portkach. Ktoś widzi sport, ktoś biznes.

„Moneyball” mógłby być klasycznym filmem sportowym o tym, jak wbrew przeciwnościom dochodzi się do wielkiego sukcesu, bo materiał o takie ujęcie aż się prosi. Film jest adaptacją książki Michaela Lewisa, która co prawda traktuje o dziedzinie tak mało porywającej, jak statystyka, ale opiera się na wydarzeniu spektakularnym. W roku 2002 drużyna Oakland Athletics, dysponując jednym z najniższych budżetów w amerykańskiej lidze baseballa, rozegrała fantastyczny sezon i ustaliła rekord 20 zwycięstw z rzędu. A wszystko dzięki swojemu menagerowi, który zakwestionował tradycyjne metody wyceny zawodników i zbudował drużynę, stawiając na graczy, na których nikt rozsądny nawet by poważnie nie spojrzał.

Ktoś zobaczyłby w tej historii schemat „Rocky’ego” (kopciuszek wspina się na szczyt dzięki determinacji). Ktoś inny – dowód na rozstrzygającą rolę przypadku, który ośmiesza precyzyjne wyliczenia i oceny słono opłacanych ekspertów. Ktoś jeszcze inny zobaczyłby tryumf statystyki nad intuicją – Billy Beane (Brad Pitt) oparł bowiem swoją strategię na wyliczeniach komputerowych młodego ekonomisty, który nigdy w życiu nie grał w baseball (Jonah Hill).

Scenarzyści: Steven Zaillian („Sokół i koka”, „Gangi Nowego Jorku”) i Aaron Sorkin („Social Network”) zobaczyli przede wszystkim historię faceta, który oddał baseballowi życie i wcale nie jest przekonany, czy zrobił dobry interes. Beane od jakiegoś czasu nie ogląda już meczów, bo chyba nie jest już pewien, co widzi. Reżyser Bennett Miller stara się unikać uwodzenia widzów patosem tryumfu Davida nad Goliatami, nie ma więc zrywów w połowie meczu i mobilizujących pogadanek w szatni. Perspektywa widza odpowiada perspektywie menagera, dla którego mecz kończy się z chwilą wybiegnięcia graczy na boisko i zapozowania do oficjalnej fotografii. W filmie Millera to, co następuje potem, rzadko pojawia się na ekranie. Trener nie jest tu generałem wojsk, a raczej kolejnym ciężarem na plecach. Wszystkie klasyczne zagrywki z filmów sportowych – osobiste relacje z zawodnikami, sesje terapeutyczne, dodawanie otuchy – zostają wykpione. Zawodnicy to dla menagera statystyki, które trzeba osądzać bez emocji, okazje, które trzeba chwytać, bądź kłopoty, których wypada się pozbywać. Poustawiani we właściwych miejscach powinni dać jeden tylko właściwy wynik – zwycięstwo w ostatnim meczu w sezonie. Nic innego się nie liczy, wszystko inne jest porażką.

Bo jedni widzą dobrą grę („niewiele brakowało”, „mieliśmy pecha”, „jak na te warunki…”), a inni widzą po prostu kolejną porażkę.

„Moneyball”, reż. Bennett Miller.
USA 2011. W kinach od 9 grudnia 2011
Wszystko, co robi bohater Pitta jest motywowane głodem zwycięstwa. Jako narzędzie wybiera co prawda statystykę kosztem intuicji, ale ostatecznie mieści się w romantycznym paradygmacie, bo jego postawa bierze się z buntu. A jest się przeciw czemu buntować w profesjonalnym sporcie, zwłaszcza jeśli oddało mu się życie. Athletics mają za sobą dobry sezon, co dla biednego klubu oznacza katastrofę. Najlepsi gracze przejdą do bogatszych klubów, średni zażyczą sobie horrendalnych podwyżek, a zespół będzie trzeba budować od zera. Beane jako chłopiec wybrał baseball, bo grupa poważnie wyglądających panów wywróżyła mu wielką przyszłość na boisku. Takie prognozy czasem się sprawdzają, a czasem – jak w jego przypadku – nie. Oto sport: kalkulacje, targi, przeczucia, motywacje, a wynik końcowy nie zawsze chce być sumą poszczególnych składników. W oknie transferowym bogaci wybierają się na zakupy i kupują: graczy, menadżerów, pomysły. Jak smutne jest postawienie swojego życia na coś takiego?

Brad Pitt gra faceta, który czuje to wszystko, ale zamiast wygłaszać soczyste przemowy, wyraża się rzucając krzesłami, spalając się na siłowni i analizując statystyki – nie traci nadziei, że jeszcze uda mu się wygrać ten najważniejszy, ostatni mecz w sezonie. Tu pojawia się w filmie to sportowe zacięcie, które sprawdza się też w filmach o biznesie – znaleźć sposób na silniejszego, obejść system, wywrócić go do góry nogami. Nawet jeśli metoda, którą uda się wypracować, zostanie przez ten system wchłonięta w nowym oknie transferowym.