Chaos i kosmos

Chaos i kosmos

Jakub Bożek

Najnowszy album duetu Kapital ma w sobie coś z przytłaczających wizji science fiction. To dźwiękowa opowieść katastroficzna o współczesnym świecie. Projektowi Ziołka i Iwańskiego daleko jednak do politycznej agitacji

Jeszcze 4 minuty czytania

Kapital, bydgosko-toruński duet Rafała Iwańskiego i Kuby Ziołka, gra rasowego kosmicznego rocka. Bezkresną, wypełnioną tylko pustką przestrzeń eksplorowali przecież już na udanym, choć właściwie rozbiegowym, debiucie „No New Age”, albumie zdominowanym przez amorficzną czerń i dojmujący chłód. Kosmos jest też tematem przewodnim ich kolejnego albumu „Chaos to Chaos”, ale to już nie to samo miejsce, co poprzednio. To barwny, nieco chaotyczny, a nieco ustrukturyzowany kosmos wewnętrzny – przestrzeń w głowie, w której musi pomieścić się cały świat.

Tę zmianę słychać już od samego początku, choćby w bezkresnym „Paradis Électronique”, w którym na tle szumów, mlaśnięć, nerwowych tonalnych drgań pojawia się stąpający mocno groove, zasysający powietrze ciśnieniem pulsującego basu. Ta mroczna klaustrofobiczna przestrzeń otwiera się za sprawą egzotycznych, wschodnich riffów gitary Ziołka, medytacyjnych tremolo zestawionych z atmosferycznymi hipnotycznymi brzmieniami o barwach karminu, indygo i żółcieni. Nieustające zamieszanie na drugim planie brudzi tę idyllę, wprowadza w nią syntetyczne życie z jego chaosem, hałasem, zawieruchą nieprzystających oczekiwań i przebiegów. Otwierający płytę mistyczny „Kap-Eh-Thaal” brzmi zaś jak jakaś ezoteryczna ceremonia zarejestrowana na taśmie odważnego antropologa. Najpierw na tle rytmicznego pulsowania usłyszeć można gardłowy wyziew lub niemy krzyk. Może to ostatni oddech jakiejś bestii, może – wręcz przeciwnie – pierwszy? Z czasem puls staje się bardziej natarczywy i mniej linearny. Łamią go basowe odgłosy gongów i głuchy, krótki pisk dwojnicy – ludowego instrumentu dętego ślizgającego się między mikrotonami. Przetworzone elektronicznie brzmienia gitary są skrystalizowane i jakby zatrzymane w czasie. Zdaje się, że fale dźwiękowe wytwarzane przez toruńsko-bydgoski duet Kapital nie wprawiają powietrza w drgania, tylko zgęszczają je, unieruchamiają wibrujące cząstki i atomy.

Kapital razem z Richardem Pinhasem na festiwalu Unsound w Krakowie, 2014, fot. Kapital i Richard Pinhas (w środku) na festiwalu Unsound w Krakowie, 2014, fot. Anna Spysz

A co to za ceremonia? Może to celebracja mocy kapitału, może inicjacja jego wojowniczych wrogów? Każdy słuchacz musi sobie to dopowiedzieć, bo Rafał Iwański i Kuba Ziołek nie dają odpowiedzi, ale w zamian zostawiają mnóstwo poszlak i tropów, z których można sobie uszyć swoją opowieść o ich muzyce i o tym, co za nią stoi. „W samej nazwie i w zawartości ideologicznej naszego projektu jest zawarta jakaś dwuznaczność. Ani ja, ani Rafał nie jesteśmy antykapitalistami, ale też uważamy, że obecna postać kapitalizmu jest zła. Staramy się więc poprzez muzykę wyrażać możliwe alternatywy” – mówi Ziołek. Z pewnością nie jest to jednak żadna agitacja, polityczność ich muzyki jest bliższa polityczności postpunku – to nie krzyk i wielki transparent, raczej dyskretne skinięcie w stronę półki z książkami. „Nie nawołujemy do bojkotu Billa Gatesa, agitowanie się przeżyło, ludzie nie idą ku tak prostym komunikatom. Nie wiem, w jaki sposób bylibyśmy w stanie wyrazić sprzeciw. Nie ma przepisu na pisanie muzyki poszerzającej ludziom świadomość, to nie są rzeczy dyskursywne. Nie da się tego opowiedzieć. Słuchacz może po prostu usłyszeć, że zespół chce mu otworzyć jakąś alternatywę w głowie, albo tego nie czuje”. Nawet pozbawiona liternictwa okładka „Chaos to Chaos”, na której widnieje tylko połyskujący brylant, jest właśnie takim zaproszeniem do snucia historii. Brylant skojarzy się z krystaliczną urodą takich kompozycji, jak „Paradis”. Dla innych szlachetny kamień będzie estetycznym kontrastem dla dźwiękowego szlamu, w którym muzycy zatopili utwory z debiutanckiego „No New Age”.

Wolność narracji, poglądów i muzyki jest dla Iwańskiego i Ziołka szczególną wartością. W końcu ta radykalna wolność grania ponad podziałami i scenami to najważniejsza cecha toruńsko-bydgoskiej sceny (i po trosze poznańskiej, jak dodaje Iwański), z której wywodzi się Kapital. Członkowie zespołu poznali się już w 2009 roku podczas wspólnej sesji nagraniowej HATI – akustycznej grupy Iwańskiego i Rafała Kołackiego – i rockowego Tin Pan Alley, w którym grał Ziołek. „To był dla mnie zupełnie obcy świat, rzecz, od której odszedłem prawie 20 lat wcześniej, by kroczyć ścieżką muzyki rytualnej i industrialnej, dokonań Z’EVa, :zoviet*france:, Rapoona czy Psychic TV” – mówi Iwański. Ale to pierwsze spotkanie stało się podwalinami dla kolejnego projektu, Innercity Ensemble. „Dzięki niemu runęły wszystkie mury” – twierdzi. „Już nie pytaliśmy: «Co ty robisz? Jesteś rock’n’ rollowcem? A ty jazzmanem?». Kuba nie grał wcześniej z Wojtkiem Jachną czy Arturem Maćkowiakiem, mi kojarzył się tylko z duetem Ed Wood (który tworzył wraz z Tomkiem Popowskim – także członkiem Innercity Ensemble), no i z Tin Pan Alley. Wszyscy spotkaliśmy się na sesji latem 2011 roku w bydgoskim Mózgu i zaczęliśmy działać wspólnie: HATI, Ed Wood, Radek Dziubek, Wojtek Jachna, Artur Maćkowiak – cała siódemka. To było ciekawe zdarzenie, bo te różne światy – wydawałoby się już ukształtowane – zaczęły ze sobą współgrać. Kapital jest w pewnym sensie jego pokłosiem”.

I może właśnie dlatego ta grupa jest tak fascynująca, bo Kapital to spotkanie dwóch osób, które wniosły weń swoje odmienne doświadczenia i światopoglądy, i wcale nie mają zamiaru się ich wyrzekać. „Różnice są fajne, nie chciałbym być w zespole z ludźmi, którzy tylko sobie potakują. Różnorodność jest produktywna i inspirująca” – mówi Ziołek. W czym to się przejawia? Choćby w stosunku do muzyki, wyczuleniu na jej mroczne okultystyczne energie. Iwański jest na nie zdecydowanie wrażliwszy, czemu zresztą dawał wyraz w tytułach płyt HATI. Jedna z nich, „Recycled Magick Emission” bezpośrednio odsyłała do praktycznej magii Aleistera Crowleya. „Kiedyś czytałem dużo powieści dwudziestowiecznych outsiderów, ale też literatury naukowej, także tej odnoszącej się do muzyki i dźwięku czy choćby pozycji wydawanych przez Okulturę. Przekładałem tę wiedzę na tworzenie, gra na instrumentach stawała się dla mnie rytuałem wywołującym stany transowe” – mówi Iwański. Jednym z jego mistrzów był legendarny Z’EV. Spotkanie z nim – podczas wspólnej trasy po Polsce w 2006 roku – przekształciło praktykę Iwańskiego, uwrażliwiło go „na dźwięk, rytm i przestrzeń czy akustykę danego pomieszczenia. Na wszystkie energie, jakie skumulowały się w danym miejscu czy czasie. Słuchanie”. Praktyki u „industrialnego szamana” ostatecznie potwierdziły też jego intuicje. „Granie było dla mnie zawsze czymś wyjątkowym i rytualnym. Muzyka przekształca i grających, i ludzi, którzy biorą udział w tym wszystkim z nią związanym, chociażby w koncercie. Cała moja historia – eksplorowanie industrialu, muzyki etnicznej, tajskiej, koreańskiej, mongolskiej, kultów afroamerykańskich jak santería, voodoo czy candomblé – mnie w tym upewnia”.

Kapital, Chaos to Chaos, Instant Classic 2015Kapital, „Chaos to Chaos”,
Instant Classic 2015
Ziołek jest o wiele chłodniejszy, wszelkie magiczno-rytualne energie muzyki przepisuje na racjonalny język analizy funkcjonalnej. „Kto chce doświadczyć transu w postaci czystej, niech odpali telewizję” – puentuje. „Dźwięk od zarania czasu był czymś więcej niż dźwiękiem, gdyż spełniał ważną funkcję społeczną. Jeśli dźwięk praktykowany był jako część rytuału i magii, to dlatego, że rytuał i magia miały decydujące znaczenie dla spójności, tożsamości plemiennej i stanowienia praw w rzeczywistości społecznej. Wprowadzanie ludzi w trans może służyć zarówno uwolnieniu, jak i zniewoleniu świadomości”. Równie podejrzliwy jest w stosunku do „rytualności”. „W ogóle nie chcę używać tego określenia w odniesieniu do mojej muzyki, z tego prostego powodu, że jestem po prostu normalnym muzykiem z Bydgoszczy i chcę tworzyć, a nie udawać szamana”.

Ale, ale… nie jest też tak, że Iwański to Scully, a Ziołek – Mulder. Nie da się ich wtłoczyć w tak proste ramy, zwyczajową opozycję tego, co racjonalne i irracjonalne. Gdy pytam Iwańskiego, gdzie umiejscowiłby się na osi prowadzącej od ezoteryzmu do nauki, ten odpowiada, że widzi się jako agnostyka. Może i to dobra pozycja dla kogoś, kto tworzy? „Muzyka jest dla mnie czymś pomiędzy, i całe szczęście. Przecież z jednej strony jej esencją jest kształcenie, poznawanie i wdrażanie nowych rytmów, zapamiętywanie różnych metrów czy też obcowanie ze skomplikowanymi urządzeniami, z których można wydobyć rozmaite konfiguracje brzmień. Trzeba nieźle wyginać mózg (śmiech). Z drugiej strony, z tej całej matematycznej i technicznej wiedzy bierze się ogrom psychodelicznych dźwięków i energii, które trudno nieraz okiełznać i opisać”. Tymczasem filozoficzne dociekania Ziołka doprowadziły do studiowania mistycyzmu żydowskiego. „Okazuje się, że mnóstwo intuicji mędrców żydowskich zostało przetłumaczone na język współczesnej nauki. To nie są precyzyjne analogie, raczej metafory, ale jakoś tam dobrze ujmujące stan rzeczy, być może zupełnym przypadkiem. Weźmy pierwszy przykład z brzegu. Na płytach Alamedy i T’ien Lai mamy utwory nazywające się «Tzimtzum». To jedna z doktryn mistycyzmu żydowskiego, która pojawiła się u Izaaka Lurii, mówiąca o tym, że stworzenie świata zasadniczo było poprzedzone wycofaniem się Boga. Wedle Lurii Bóg nie stworzył świata z niczego, ale z pustki stworzonej z kolei przez swoje własne usunięcie się ze świata. Bóg musiał zniknąć, aby powstał świat. Można by powiedzieć, że to doskonały opis życia w ogóle, zarówno w aspekcie ontogenezy, jak i rozwoju całych gatunków. Dla przykładu, poszczególne komórki muszą umierać i znikać po to, by robić miejsce na powstanie nowych form życia – ten proces nazywa się apoptoza, czyli planowane samobójstwo komórek. Na płaszczyźnie gatunku również wszyscy uczestniczymy w jednym wielkim wycofywaniu się ze świata, by życie mogło dalej się rozwijać”.

Z pewnością łączy ich fascynacja techniką. To ukryty motyw przewodni „Chaosu”, który przejawia się choćby w takich tytułach, jak „Cyborg Interchaos” czy „M.I.T.”. Choć tak naprawdę ten ostatni jest raczej wsobnym żartem. „Tytuł powstał przypadkowo, bo gdy słuchaliśmy tego utworu, Rafał stwierdził, że dla niego to jest mit. A że nie wiedziałem, jaki to jest mit, wstawiłem tam kropki” – śmieje się Ziołek. Iwański mówi mi, że faktycznie dopiero potem zorientował się, że to przecież skrótowiec od nazwy jednej z lepszych politechnik na świecie, Massachusetts Institute of Technology.

Żarty żartami, ale „Chaos” naprawdę ma w sobie coś z przytłaczających wizji hard science fiction. W „Kolaps” rytmiczne grzechotanie i burdonowy dźwięk wiją się niczym jakaś zaklęta kobra. Trójwymiarowe, egzotyczne basowe pomruki wzmacniają tę hipnotyczną jakość, sugerują trans – stan zawieszenia między absolutną czujnością a rozluźnieniem kontroli, którą świadomość sprawuje nad ciałem i umysłem. Być może tak brzmiałaby muzyka dla Wężydeł, pozbawionych świadomości (bo to nakładka na umysł niepotrzebnie zajmująca moc obliczeniową) i równocześnie hiperinteligentnych istot z powieści „Ślepowidzenie” Petera Wattsa. W „Cyborg Interchaos” posępnie psychodeliczne wprowadzenie z pełznącym, składającym się hałasem nasuwa myśl o przemysłowej awarii o katastrofalnych skutkach. Komputery nie działają, zamiast powitalnych melodyjek krzyczą tylko coś o niebieskim ekranie. Obraz nadchodzącego chaosu i zagrożenia zestawiony jest z nastrojowym dźwiękiem o delikatnej, jakby flażoletowej, barwie. Co robi ten promyk nadziei w grawitacyjnej pustce awarii i beznadziei? Czy to radość z destrukcji czy zapowiedź odrodzenia?

Fot. Piotr Lewandowski, popupmusic.plFot. Piotr Lewandowski, popupmusic.pl

„Nie jesteśmy prorokami nadciągającej apokalipsy i nie wywołujemy naszą muzyką końca świata” – mówi Iwański. „Lęk przed technologią wymykającą się spod kontroli, katastrofami ekologicznymi, cyfryzacją i inwigilacją danych i wieloma innymi mrocznymi sprawami – są to niepokoje myślącego człowieka XXI wieku. Mój stosunek do technologii łączy fascynację z przerażeniem – chyba podobnie jak u pionierów muzyki industrialnej czy pisarzy science fiction”. Podobnie zdaje się myśleć Ziołek: „Nie sądzę, że powinniśmy potępiać technologię i technikę, powinniśmy raczej je ujarzmić, sprawić, by współdziałały z inteligencją człowieka. Oczywiście nie chodzi mi też o to, by mechaniczność zdominowała żywioł organiczny. Technika powinna udoskonalać człowieka, wchłonąć jego najlepsze cechy”.

W gruncie rzeczy „Chaos” jest właśnie realizacją tej myśli, syntezą dwóch czynników, maszynowego i organicznego. „To są rzeczy, które praktykuję od samego początku, w Starej Rzece czy T’ien Lai. Ta muzyka wynika z myślenia o technice i o tym, co może ona zmienić w świadomości ludzi. Do tej pory muzyka elektroniczna miała być przede wszystkim oryginalna, co skutkowało pewną dusznością, sztucznością. Mnie ciekawi muzyka elektroniczna, która maskuje swoje pochodzenie. Chodzi o to, żeby podczas odsłuchu nie myślało się o tym, że to bezduszne maszynowe rytmy czy abstrakcyjne plamy dźwiękowe. Nie chcę myśleć o muzyce w kategoriach technologii, ale życia, satysfakcji” – mówi Ziołek. Przez to Kapital kojarzą się nieco ze wczesnymi niemieckimi pionierami muzyki elektronicznej, którzy w syntezatorach i sekwenserach widzieli raczej biologiczno-technologiczne interfejsy służące do uwznioślenia człowieka.

Kiedy w 1972 roku jakiś brodaty student zapytał Karlheinza Stockhausena, czy muzyka elektroniczna aby nie jest dehumanizująca, ten odpowiedział: „Są też inne rodzaje ludzi. Żyjemy w czasach, gdy pierwszy tak zwany człowiek wyłonił się z królestwa nieludzi. Stoimy u progu nowej ziemskiej mutacji”. Ta sama myśl, choć chyba wyrażona jaśniej (Stockhausen był pod wpływem hinduskiego mistyka Sri Aurobindo), kierowała Florianem Frickem z Popol Vuh. Dla niego syntezator moog stał się środkiem łączności z podświadomością, narzędziem osiągania pełni potencjału możliwości umysłu. (Co prawda potem zmienił zdanie, bo „dźwięk elektroniczny jest niezgodny z naturalnym rytmem bicia serca”). „Podobnie było z Kraftwerk” – dopowiada Ziołek. „Mam wrażenie, że ludzie oceniają ich przez pryzmat okładek płyt i mechaniczności koncertów. Bardzo łatwo odczytać ich jako Jüngerowską fabrykę robotników, ale ich podejście do wtopienia technologii w psychologię i codzienność w istocie było czymś nowatorskim. Oni nie chcieli, żeby społeczeństwo stało się społeczeństwem maszyn. Odwrotnie, zależało im na tym, żeby pokazać, jak poetycko i pięknie można wtopić technologię w życie ludzkie”. Opowiadał o „Trans-Europe Express”, ale równie dobrze mógłby mówić o „Chaos to Chaos”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.