POP-CORE: Cukierek albo psikus!

10 minut czytania

/ Film

POP-CORE: Cukierek albo psikus!

Michał Walkiewicz

Nowe „Halloween” to w dużej mierze opowieść o przekazywaniu sobie traumy niczym rodzinnej pamiątki. No i o ludziach, którzy byli na tyle głupi, by w halloweenową noc zostawić otwarte drzwi

Jeszcze 3 minuty czytania

Nawiedzający nasze sny Freddy Krueger potrafił wypruć swojej ofierze żyły i poprowadzić ją niczym upiorną marionetkę na skraj przepaści. Strzegący dobrych obyczajów Jason Vorhees był przekonany, że rozwiązłą dziewczynę należy najpierw zawinąć w śpiwór, a następnie spiec ją w ognisku na skwarek. Umazany krwią Leatherface kręcił takie piruety z piłą mechaniczną, że gdyby nie lubował się w rozczłonkowywaniu wyzwolonej młodzieży, zrobiłby zapewne karierę jako ogrodnik. Z bohaterem serii „Halloween”, Michaelem Myersem, pozornie łączy ich sporo – dawno nie byli u manicurzystki, ich twarze nie nadawałyby się na okładkę „Vouge”, wszyscy też wyznają zasadę, że dobry nastolatek to martwy nastolatek. A jednak diabeł tkwi w szczegółach, choćby w modus operandi. „Polot” i „finezja” to słowa, które nie mieszczą się w słowniku Michaela, zazwyczaj wystarczy mu pchnięcie nożem, uderzenie młotkiem, ewentualnie błyskawiczny cios w grdykę. Entuzjaści ekranowej makabry mogą narzekać, lecz fani serii „Halloween” – której najnowsza odsłona weszła właśnie do polskich kin – chętnie przehandlują Kruegera i spółkę za beznamiętnego Myersa. Na jego białą jak papier maskę można bowiem zaprojektować dowolny lęk.

Człowiek bez twarzy

Papież niezależnego kina grozy i twórca filmowego „Halloween” z 1978 roku, John Carpenter, znalazł inspirację dla postaci Myersa w pokerowej twarzy Yula Brynnera, który w „Westworld” wcielał się w postać zafiksowanego na zabijaniu androida. W wywiadach autor lubił wspominać również licealną wycieczkę do zakładu psychiatrycznego w Kentucky (ciekawa alternatywa dla półkolonii oraz zwiedzania muzeów, nie ma co), gdzie zobaczył chłopaka z oczami ziejącymi pustką oraz duszą czarną jak smoła. Było to spotkanie na tyle traumatyczne, że kilkanaście lat później reżyser włożył jego wspomnienie w usta filmowego psychiatry, doktora Loomisa: Zobaczyłem sześcioletnie dziecko z nieprzeniknioną, bladą i pozbawioną jakichkolwiek emocji twarzą. Z najczarniejszymi oczami, jakie widziałem. Z oczami diabła. Spędziłem siedem lat, próbując to dziecko zrozumieć. I kolejne siedem, próbując utrzymać je za kratami. Uświadomiłem sobie, że tym, co żyło za oczami tego chłopca, było czyste, pierwotne zło. I jeśli wierzyć Carpenterowi, właśnie tak narodził się Michael – gość, który w dzieciństwie zamordował swoją rodzinę, by po latach uciec ze szpitala dla obłąkanych i w noc Halloween zebrać krwawe żniwo w miasteczku Haddonfield.

„Halloween”„Halloween”

Nieprzypadkowo w napisach końcowych pierwszej części filmu Myers nie figuruje pod własnym nazwiskiem, lecz jako „Kształt” – zło o rozmytych konturach, niejasnej tożsamości, wymykające się łatwej kategoryzacji. W nieodłącznym roboczym kombinezonie oraz trupiobladej masce (wzorowanej podobno na twarzy Williama Shatnera z serialowego „Star Treka”), Myers był oczywiście dzieckiem swoich czasów; potworem wychowanym na łonie konserwatywnej amerykańskiej rodziny, która w posthippisowskich horrorach ówczesnego okresu przypominała kuźnię wszelkich patologii – za białymi firankami, niedaleko dmuchanego basenu i ozdobionej na święta werandy dorastali następcy Charlesa Mansona i Teda Bundy’ego. Carpenter, ale też Wes Craven, Tobe Hopper i kilku innych speców od kina grozy, zbudowali całą konwencję w oparciu o kilka nośnych symboli. Dlatego obok figury niezniszczalnego i nieprzebłaganego mordercy musiało pojawić się jego całkowite przeciwieństwo, tzw. final girl – inteligentna, stroniąca od używek i seksualnie niedoświadczona pragmatyczka, która w obliczu zagrożenia odnajdywała w sobie nieustraszoną amazonkę. W „Halloween” jest nią Laurie Strode, grana przez Jamie Lee Curtis nastolatka, która odziedziczyła nazwisko po byłej dziewczynie reżysera. Jej zapisany w annałach popkultury pojedynek z Myersem to klasyczny paradoks omnipotencji w wersji na noże, siekiery i sprzęty gospodarstwa domowego – niepohamowana siła kontra nieprzesuwalny obiekt.

 

Sprawy rodzinne

Po nieco odtwórczym, napisanym również przez Carpentera „Halloween II”, producenci cyklu zaczęli taśmowo realizować sequele i kreślić alternatywne linie narracyjne. Michael Myers powracał wówczas jak zły sen (ominął tylko „Halloween III”, obraz pozostający częścią serii na dobre słowo, planowany pierwotnie jako zupełnie inny projekt) i były to spotkania rozczarowujące zarówno dla fanów, jak i dla krytyków – ponieważ w tytułach znalazły się takie słowa jak „Powrót”, „Klątwa” czy „Zemsta”, żaden z filmów nie miał prawa się udać. Drugi oddech – pomijając moment chwały w latach 90, gdy „Halloween: 20 lat później” popłynęło na fali popularności autotematycznych horrorów – bohater złapał dopiero w nowym stuleciu. Reboot serii autorstwa Roba Zombiego rzucił światło na pełne trosk, rozczarowań oraz martwych zwierząt dzieciństwo bohatera.

 

Zombie, człowiek renesansu, wokalista heavymetalowy, projektant okładek pism pornograficznych, a także reżyser filmów o tak znamiennych tytułach jak „Bękarty diabła” i „Dom 1000 trupów”, nigdy nie należał do subtelnych poetów kamery. Nic więc dziwnego, że jego wersja „Halloween” rozpoczyna się sceną kuchennej rozmowy, w której problemy z podstawową komórką społeczną zostają zasygnalizowane za pomocą megafonu: okazuje się, że pan domu nie żyje, matka trudni się striptizem, a zapijaczony ojczym Michaela molestuje seksualnie jego siostrę. Pytanie, dlaczego dziesięcioletni Myers czekał tak długo, by sięgnąć po nóż, wydawałoby się bardziej na miejscu niż próby wiwisekcji jego zwichrowanej psychiki, a jednak Zombie ryzykuje i ponad połowę filmu wypełnia pocztówkami z wieku pacholęcego. Lekcja, która płynie z jego dzieła, jest raczej rozczarowująca: choćby milion atletów zjadło milion kotletów, Myers zawsze będzie najbardziej intrygujący z maską nasuniętą na twarz – jako personifikacja nieuchronnej śmierci, esencja zła z ludzkiej natury, albo po prostu ostro przegięty psychol, niepotrzebne skreślić. W końcu największym paradoksem całego cyklu pozostaje fakt, że to właśnie człowiek ze szkiełkiem i okiem, psychiatra Loomis, niesie nowinę o metafizycznej tajemnicy otaczającej zbrodnie Michaela.

„Halloween”„Halloween”

Film Zombiego, choć niespełniony w warstwie fabularnej, pozostaje kolejną ciekawą egzemplifikacją stylu reżysera. Przynosi również intrygującą, fizyczną ewolucję bohatera – Myersa gra w nim profesjonalny wrestler Tyler Mane, zaś w jego ruchach pojawia się ten rodzaj dzikości, której wypada się bać. I choć produkcja odniosła na tyle duży sukces, by zlecono realizację sequela, ostatecznie Myers trafił do pawlacza, gdzie spędził kolejną dekadę.

Nowe czasy, stare nawyki

W najnowszej części, zatytułowanej po prostu „Halloween”, David Gordon Green przekreśla czterdzieści lat tradycji – w geście fanowskiej rebelii kręci bezpośredni sequel pierwszego filmu Carpentera. Tym razem z Michaelem walczą trzy pokolenia rodziny Strode – straumatyzowana wydarzeniami z przeszłości Laurie (Jamie Lee Curtis), skłócona z nią córka Karen (Judy Greer) oraz nastoletnia wnuczka Allyson (Andi Matichak).
Film powraca do korzeni zarówno, jeśli idzie o estetykę, przywodzącą na myśl obrazy przełomu lat 70. i 80., jak i warstwę metaforyczną. Z jednej strony mamy więc popisową sekwencję zrealizowaną w jednym ujęciu, kiedy Michael, jak za starych dobrych czasów, rusza na morderczy spacer po Haddonfield; jest oryginalna partytura Carpentera, dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych motywów muzycznych w historii kina; wreszcie – kilka mniejszych ukłonów w stronę oryginału, w tym zastępstwo za Loomisa, obsesyjnie zafascynowany mordercą doktor Sartein (grany, co ciekawe, przez Haluka Bilignera z „Zimowego snu” Nuriego Bilgego Ceylana). Z drugiej strony, cała psychologiczna nadbudówka na powrót ląduje w koszu. Już w pierwszej scenie, rozegranej na spacerniaku zakładu psychiatrycznego, Michael daje jasno do zrozumienia, że na kozetce psychoanalityka czuje się niezbyt wygodnie, a nie mogąc zabijać z zimną krwią, wyłącza funkcje umysłowe i wchodzi w tryb czuwania. I mimo że reżyser spędza sporo czasu na biciu pokłonów przed Carpenterem, daje też coś od siebie – to przykrojona do ery #metoo opowieść o kobiecej solidarności.


Rodzina Strode, sportretowana tu jako buzujące od emocji gniazdo os, przekazuje sobie wiedzę o Myersie z pokolenia na pokolenie. Laurie zamieniła swój dom w warownię i śpi z giwerą pod poduszką. Jej córka, choć została w dzieciństwie przeszkolona jak komandos, wciąż nie może zerwać pępowiny. Z kolei dla wnuczki konflikt babci z matką staje się powoli zadrą pod paznokciem. Otoczone przez słabych mężczyzn i zdane tylko na siebie bohaterki walczą z facetem w masce, ale też z demonami, które są w „Halloween” dziedziczone. W najlepszej scenie widzimy, jak jedna z bohaterek zanosi się szlochem i udaje bezwolną ofiarę, by dosłownie sekundę później obnażyć prawdziwe oblicze – kobiety gotowej do walki na śmierć i życie. Green, jeden z najciekawszych twórców amerykańskiego kina niezależnego, jest zbyt inteligentnym filmowcem, by zmarnować Myersa na byle „symbol patriarchatu”. Dlatego jego „Halloween” to w dużej mierze opowieść o przekazywaniu sobie traumy niczym rodzinnej pamiątki. No i o ludziach, którzy byli na tyle głupi, by w halloweenową noc zostawić otwarte drzwi.

Jest jeszcze jeden moment – taki, który chyba najlepiej oddaje geniusz pomysłu Carpentera i usprawiedliwia ciągły przemiał Myersa w trybach popkulturowej machiny. To niemal lustrzane odbicie sceny z oryginału, w której ciało pokonanego mordercy w magiczny sposób znikało z podwórka, ku przerażeniu Laurie. Tym razem to ona rozpływa się w powietrzu, lecz obserwujący wszystko Michael niewiele sobie z tego faktu robi – nie wzdycha, nie drży ze strachu, zapewne nie przeklina jej w myślach. Bez względu na filmowe mody, rozwijającą się technologię i otaczające go realia społeczne, cały czas pozostaje przerażającym monolitem. Wciąż powraca do Haddonfield, a 31 października obchodzi swoje święto. Najlepiej jak potrafi.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).