Jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o literaturę

Jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o literaturę

Zofia Król

W „Drugim dzienniku” Pilch dąży do precyzji, interesuje go „dokładne uchwycenie momentu zapaści”, ogląda siebie jak zamknięty w słoiku chory okaz, z odpowiednim – językowym – dystansem, aż do znudzenia. Własnego, bo czytelnikowi do niego daleko

Jeszcze 2 minuty czytania

„Drugi dziennik” (21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013) bardziej jeszcze niż dziennik pierwszy staje się dla Pilcha „kroniką własnego zaniku”, „dochodzenia do bezwładu”. Publikowane pierwotnie w odcinkach w „Tygodniku Powszechnym” zapiski podobno niewiele zostały zmienione, każda zmiana nabiera tu jednak zasadniczego znaczenia, bo to właśnie w przejściu od świetnych, ale odrębnych fragmentów do spójności książkowego „Dziennika” – który nie byłby przecież prostą sumą felietonów, nawet gdyby ani jedno słowo nie zostało w nich odjęte ani dodane – formuje się to, co najbardziej w Pilchu Pilchowe. Pytanie o to, co tę spójność tworzy, co spina jednolitość tekstu, staje się pytaniem o rdzeń tego pisania, esencję zdań i dni.

Autor dąży do precyzji, interesuje go „dokładne uchwycenie momentu zapaści”, ogląda siebie jak zamknięty w słoiku chory okaz, z odpowiednim – językowym – dystansem, aż do znudzenia. Własnego, bo czytelnikowi do niego daleko. „Generalnie ludzie umierają w ten sposób, że są, a potem ich nie ma”. W najdalszym punkcie cynicznego dystansu pojawia się myśl: a jeśli nastąpił błąd w diagnozie i opiewana uporczywie choroba była tylko egotycznym narzędziem, dającym łatwą wymówkę, żeby wciąż mówić o sobie? Na drugim jednak biegunie cynizm – jak to bywa – graniczy z rozpaczą, także precyzyjną, wyważoną w odpowiednich proporcjach, dostosowaną do możliwości słów, bez histerii i bez znużenia – w pojemnych, ale skończonych granicach polszczyzny. Aż do ostatniego zdania, które daje wreszcie bezpośredni wyraz emocji, choć na tle szeregu zrównoważonych akapitów jest jedynie pomrukiem, pogłosem spoza przyjętego idiomu, dlatego tym bardziej przejmującym: „Boże, koniec...”.

Czytelnikowi jako porównanie nasuwa się inna, niedawno dyskutowana, wydana w tym samym wydawnictwie kronika, Gombrowiczowski „Kronos”, w którym kroki na drodze do końca czasu odliczane są równie nieubłaganie, choć – w przeciwieństwie do autora „Drugiego dziennika” – Gombrowicz prowadził raczej „kronikę dymania” niż „kronikę zdychania”. Miejscami przypomina się także „Dziennik” Białoszewskiego, zwłaszcza w jego fragmentach szpitalnych – choć Pilch technicznych okoliczności choroby nie opisuje bezpośrednio, a poprzez cytaty z innych autorów, z „Poczucia kresu” Barnesa, czy Jeana Améry.

Jerzy Pilch, „Drugi dziennik”.
Wydawnictwo Literackie, 360 stron,
w księgarniach od grudnia 2013
Po wypisach z „Upojonego chorobą” Anatole’a Broyarda, przyprawionych kilka dni później (mamy styczeń roku 2013) wyjątkami z książki Tazbira o torturach, następuje wyznanie: autor wcale nie sporządza bibliografii tematu „choroba” i nie zbiera książek, ale „biblioteka samorzutnie się profiluje”. Czytelnik właśnie chciał zadać pytanie, ale czuje się lekko wyprowadzony w pole. Prowadzi Pilch, czy nie prowadzi kroniki, która ma odnotować proces własnego umierania? Pozwala literaturze iść za życiem równolegle, czy opędza się od niej, ile sił mu starcza? Raczej opędza się od obmierzłego życio-umierania, a literaturę chce sobie – sobie właśnie – zachować. Już 11 dni po tamtym wyznaniu, w końcu stycznia – a w czytelniczym rytmie 9 stron dalej – dowiadujemy się znów oniemiali, że Pilch chciał niby z „Dziennika” słowo „choroba” wykluczyć, ale mu się nie udało. A jego marzeniem byłoby nie tyle opisanie choroby, ile cykl jadowitych pamfletów, żeby ją pognębić. Słowem pokonać. Choroba nie ma przypominać – jak mówił jeszcze w lipcu – dobrze opowiedzianej historii, nie ma być bohaterką literatury, ale jej wrogiem, polemicznym obiektem. Słowo przeciwko śmierci? Być może. Ale jesteśmy niezmiernie daleko od wszelkich dyskursów o języku, który mógłby przynieść wytchnienie od losu – tym bardziej ocalenie.

Tak czy owak – na główny motyw, bo niekoniecznie zobiektywizowany temat „Dziennika” wyrasta nie choroba, ale polszczyzna. I to ona właśnie buduje spójność tej książki, która ze zbioru felietonów staje się najpełniejszym – bardziej nawet niż kolejne powieści – głosem pisarza. Tego roku nieco w porównaniu do poprzedniego przygaszonym, wymęczonym. Ale nie mniej wyrazistym. Utraty polszczyzny, tego „jedynego języka, jakim porozumiewa się ze światem”, autor boi się bardziej niż niemocy, bardziej niż choroby. Jego jedyna miłość, jak wyznaje, to „uczucie do nosówek”, ogonków, które dopełniają litery lokalnością, robią pozornie minimalną, ale znaczącą różnicę. W tym fragmencie „Dziennika” pobrzmiewa nuta patetyzmu, którego zwykle Pilch obsesyjnie prawie się wystrzega, słusznie upatrując w nim przeszkody na drodze do precyzyjnego połączenia języka i rozpaczy, do upragnionej bezlitosności słów. 

Moc polszczyzny wyraża się w jej punktach kulminacyjnych, węzłach najbardziej intensywnych – Pilchowych powiedzonkach. Ich powtarzalność, uporczywość, konsekwencja sprawiają, że nie sposób ich traktować tylko jako znamion stylu, charakterystycznych cech osobistego języka. Refreny, w jakich powracają, budując zdania i akapity, determinują konstrukcję nie tylko języka, ale i myśli. To, co pomyślane, nie zawsze leży tu u początku tego, co napisane, przeciwnie – trochę jak w poezji – właśnie z tego, co napisane, wynika. Pilch nie tylko jest zadowolony z takiego odwrócenia, ale i umiejętnie je wykorzystuje jako możliwość innego toru, po jakim może poprowadzić akapity swojego „Dziennika”.

Najczęstsze refreny powracają w formie dwóch powiedzonek intensyfikujących treść: „w sensie ścisłym” oraz najgęściej chyba w tym tomie używanego „powiedzieć, że..., to nic nie powiedzieć”. O ile pierwsze z nich na dość prostej zasadzie wzmacnia słowa, do których się odnosi, choćby „opętanie”, czy „dziecinada”, precyzując ich znaczenie jako zgodne z pierwotnym, słownikowym, niemetaforycznym; o tyle drugie stanowi twór znacznie bardziej skomplikowany. Oto mówi się tu, że to, co zostało właśnie wypowiedziane, nie wystarcza, że moc słów do opisywanego zjawiska nie tylko jest niewystarczająca, ale w ogóle do danej sytuacji ma się nijak. Chodzi jednak o coś więcej, niż narzekanie na nieadekwatność słów wobec rzeczy. To powiedzenie Pilcha – niezależnie już od konkretnego kontekstu – stawia pod znakiem zapytania sens mówienia jako takiego, a zarazem odnosi się z dystansem do wszystkiego tego, co dotąd zostało wypowiedziane. „Powiedzieć: wyzionął ducha, to nic nie powiedzieć”.

Inna grupa powiedzonek – z charakterystycznym „że powiem coś od siebie” na czele – odnosi się do pamięci zawartej w słowach, okoliczności, w których je wypowiadano, językowej przeszłości. „Że powiem coś od siebie” w wersji wzmocnionej „że palnę coś nieobliczalnego” towarzyszy olśniewającemu spostrzeżeniu z 16 listopada, że „czas biegł”. Pilch ze zjadliwą ironią traktuje w nim językowy banał, ale zarazem sprytnym wybiegiem pozwala na ucieczkę od niego. I w rezultacie na wypowiedzenie tego, czego wypowiedzieć – wydawałoby się – ze względu na zużycie słów pisarzowi już nie wolno. Czas biegł. Dzień jak każdy. Święta święta i po świętach.

Do przeszłości i kontekstu słów nawiązują też powiedzonka takie jak „i tam dalej” czy „wszystko dobrze, ale ...”, wzięte ze zwyczaju konkretnej osoby, przywołanej dzięki temu w tekście „Dziennika”. Duchy słów wywołują duchy ludzi, autor „i tam dalej”, Andrzej Wantuła, biskup Kościoła ewangelicko-augsburskiego, umarł w roku 1976. Powiedzonka wzięte z innego dialektu – osobistego, czy jak w przypadku słówka „toczno” narodowego – wprowadzają do zdań dodatkowe sensy w sposób niezwykle lakoniczny i wydajny. Jeden wyraz wciąga za sobą całe światy, sensy rozkładają się nie tylko wzdłuż, ale i w głąb słów.

„Jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o literaturę”, parafrazuje Pilch potoczną frazę o pieniądzach i znów – sprawnie przywołuje społeczny kontekst, naturalne środowisko tak a nie inaczej poskładanych w ciągi liter. Te językowe zabawy – śmiertelnie przecież poważne – nabierają pełnej mocy przy okazji przeprowadzonej na kilku kolejnych stronach analizy przywoływanego przez chorego znienawidzonego powiedzonka „jak się czujesz?”, które zastępuje „co słychać?” i z punktu stycznego języka i choroby wydobywa grozę.

Język, polszczyzna stanowi ujednolicającą tkankę „Dziennika”, jego główny motyw – a rzeczywista „kronika zanikania” polega tu nie tylko na snuciu ciężkich czy lekkich zdań o śmierci i chorobie, ale i na tym, że Pilchowych powiedzonek w drugim tomie jednak mimo wszystko już jakoś mniej.