Nie wszystko jest równie ważne
Armenia, Goris / fot. Krzysztof Środa

Nie wszystko jest równie ważne

Rozmowa z Krzysztofem Środą

Czasem – szczególnie kiedy pisałem o ludziach – miałem taką satysfakcję, jakbym stworzył jakiś mały świat, albo przynajmniej zapasową kopię kawałka świata. Odwlekanie przemijania to właśnie to. Aż wstyd o tym mówić, takie to proste

Jeszcze 5 minut czytania

ZOFIA KRÓL: Właściwie dlaczego Armenia?
KRZYSZTOF ŚRODA
: To się wyjaśnia, kiedy się przeczyta wszystkie trzy moje książki. W pierwszej piszę o tym, jak poznaję pewnego człowieka z Suwałk, który jako biznesmen przez kilkanaście lat jeździł na Kaukaz. Opowiedział mi o Kaukazie, nie do końca prawdziwie, bo jako optymista twierdził, że wszystko jest tam fantastyczne. Pomyślałem, że pojadę, ale wybierałem się bardzo długo. Ożywiony myślą, że jestem człowiekiem, który właśnie wybiera się na Kaukaz, napisałem więc pierwszą książkę – o Kaukazie jako wielkim marzeniu. Drugą napisałem o kilku różnych rzeczach, ale również o tym, jak w końcu na ten Kaukaz pojechałem. Byłem tam trzy razy, za każdym razem po tygodniu – na północnym Kaukazie, który pod wieloma względami jest piękny, ale pod wieloma względami brzydki i przygnębiający. Pierwsza książka jest więc o wielkim marzeniu, druga o (może niewielkim) rozczarowaniu. A trzecia – „Podróże do Armenii” – zaczyna się od podejrzenia, że być może to rozczarowanie wzięło się stąd, że nie przejechałem na drugą stronę Kaukazu. W „Niejasnej sytuacji na kontynencie” pojawia się taka symboliczna figura, że trzeba się przeprawić na jakiś inny kontynent. Podróż na północny Kaukaz nie wystarczała, bo to jeszcze jest Europa, ale po stronie południowej to z pewnością jest już drugi kontynent. Więc trzeba było spróbować jeszcze raz.
Niewiele wiedząc o Zakaukaziu, wybrałem Armenię, chyba za sprawą Kapuścińskiego. On pięknie pisze o Ormianach jako o ludzie księgi, narodzie, który ma obsesję pisma i alfabetu. To mnie wzruszyło. Narody zwykle chlubią się mieczami, koronami królów, jeśli już czymś duchowym, to religią, świętymi, bohaterami – a Ormianie chlubią się pismem. Najważniejsze ich muzeum to muzeum rękopisów, co dla mnie, zajmującego się kiedyś filozofią, a teraz pisaniem, jest czymś szczególnym.

Krzysztof Środa

ur. 1959, pisarz, tłumacz, historyk filozofii. Pracował w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, obronił pracę doktorską o fenomenologii Edmunda Husserla, przełożył kilkanaście książek – większość na temat spekulacji giełdowej. Autor „Niejasnej sytuacji na kontynencie” (2003), „Projektu handlu kabardyńskimi końmi” (2006) oraz „Podróży do Armenii i innych krajów” (2012). Laureat Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii eseistyki.

Ale może, gdyby ktoś mnie skłonił do wyjazdu do Ameryki Południowej, gdybym znał hiszpański, to pisałbym książki o tamtym kontynencie? To trochę przypadek, że trafiłem do Armenii. Ale to mi odpowiada, bo nie jest za daleko. Kaukaz nie jest światem zupełnie obcym, składa się z rzeczy mi bliskich – orient, komunizm, trochę chrześcijaństwa, trochę islamu, trochę pięknego krajobrazu, trochę śródziemnomorskiej kuchni i tradycji picia wina. A tam, gdzie dojrzewają winogrona, od razu jest związek – faktyczny, historyczny czy kulinarny – z Grecją. Trudno byłoby mi znaleźć inne miejsce, gdzie tak wiele rzeczy mnie ciekawi i tak wiele rzeczy byłbym w stanie zrozumieć. Gdzie czułbym się jak w innym kraju, a jednocześnie trochę jakby u siebie.

W pana książkach podróż jest jednak raczej pretekstem do pisania o świecie.
Inaczej nie notowałbym swoich spostrzeżeń w pierwszej osobie. Bo dlaczego ktoś miałby czytać to, co chodzi mi po głowie? Nie mogę tego od nikogo wymagać, więc żeby było uczciwie, muszę dać ludziom coś, co ich interesuje. A ludzi najbardziej interesują historie miłosne i kryminalne. I podróże. Pomyślałem, że pojadę na Kaukaz i opowiem o podroży, a przy okazji też o innych rzeczach – to będzie uczciwsze. Poza tym, jak się podróżuje – zwłaszcza w takie miejsca, gdzie nie ma wyraźnego powodu, żeby pojechać – człowiek trochę się odrywa od świata, przygląda się temu, co dookoła, bo to jest nowe. Jeżdżę sam i często się zastanawiam, co właściwie mam tu do roboty, po co przyjechałem – przecież nikogo nie znam, nie będę tu żył. Kiedy się nie ma żadnych bieżących związków ze światem, to się trochę inaczej myśli.

Krzysztof ŚrodaJacek Migasiński, który zajmuje się fenomenologią, powiedział mi kiedyś, że kiedy wyjeżdżam gdzieś, to jest takie epoché, redukcja fenomenologiczna, a kiedy gdzieś siadam i czekam, aż świat mi się odsłoni, aż pokaże coś istotnego, to jest to redukcja ejdetyczna. Trochę pewnie żartował. Ale chodzi o to, że nigdy nie przestałem być filozofem. Coś w tym jest, to pewnie kwestia usposobienia. Kiedy przeczytałem Husserla, chyba na czwartym roku studiów – choć to dziwna lektura, nie od razu wiadomo, o co chodzi – coś mi się w nim strasznie spodobało. Chyba właśnie to – sposoby zachowywania uwagi w patrzeniu na to, co się jawi, uwagi, którą na co dzień się traci.

Husserl pisał w „Kryzysie kultury europejskiej”, że „trzeba szczególnych motywów, by ten, kto żyje w takim świecie dokonał przestawienia i doszedł do tego, by tematem uczynić jakoś sam świat”. I że ciekawość rodzi się, kiedy „miną godziny pracy”. 
Pisałem doktorat właśnie o redukcji fenomenologicznej. To, co mówili starożytni Grecy – że początkiem filozofii jest zdziwienie – pojawia się chyba u Husserla, a w każdym razie u jego asystenta, Finka. U niego redukcja fenomenologiczna staje się aktem przemiany niemalże mistycznej, nie tylko wzięciem w nawias tezy, ale przekształceniem osobowości. Przekształceniem dość dramatycznym. Dlatego nie można cały czas być w nastawieniu fenomenologicznym – jest zbyt trudne, zbyt przeciwne naszej naturze. A z drugiej strony, właściwie już nigdy nie można go całkiem porzucić. Nie ma powrotu do nastawienia naturalnego – jak raz się zdarzy to zdziwienie, to potem już nie można żyć normalnie. Po redukcji podmiot po raz pierwszy zdaje sobie sprawę z tego, kim jest – czystą transcendentalną subiektywnością, która jakby nie ma nic wspólnego ze światem. I uświadamiając to sobie, rzeczywiście staje się kimś innym. Pojawia się zagadka – jak to możliwe, że ja nie jestem bytem psychofizycznym, ale tę psychofizyczność konstytuuję. Jak, nie mając nic wspólnego ze światem, mogę żyć w świecie? I tak dalej, i tak dalej. Na koniec pracy zacytowałem taki fragment z „Ennead” Plotyna, który opisuje coś bardzo podobnego. Opisuje tę samą podwójność – człowieka jako byt psychofizyczny (Krokiewicz, który lubił neologizmy, przetłumaczył to jako „dwusprzęg”) i czystą duszę, która w akcie filozoficznego olśnienia odkrywa siebie samą. Analogia z Husserlem jest uderzająca. A właściwie z Finkiem, który pisał właśnie poetycko, patetycznie, czasem też ładnie – że filozofia zaczyna się od tego momentu zdziwienia, który wytrąca z rzeczywistości. Tak samo jest z podróżą. Tu, w Warszawie, chodzę zwykle ulicą w naturalnym nastawieniu, a jak idę na przykład ulicą Stawropola czy Erewania, naturalne nastawienie słabnie. Podczas pisania o tym nie myślę. Właściwie w ogóle o tym nie myślałem, ale kiedy pani pyta o fenomenologię, widzę związki między tym, jak piszę, a tym, co mnie kiedyś zainteresowało w Husserlu.

Armenia, Aragac / fot. Krzysztof Środa

Jak w fenomenologii, chodzi o świat, o to, co wobec podmiotu zewnętrzne?
Tak, chodzi o świat zewnętrzny. Piszę o faktach, nie ujawniam swojej prywatności. Z tych trzech książek razem wziętych można się dużo o mnie dowiedzieć, ale zarazem nie mam wrażenia, żebym coś naprawdę opowiedział o sobie. Raczej o innych ludziach. I o świecie. Opowiadam o mojej sytuacji tylko wtedy, kiedy czuję, że jest w niej coś, co dotyczy wszystkich ludzi.

Czy wobec tego rzeczywistość jest pisarsko bardziej interesująca niż fabuła?
Tak. Traktuję moje książki poważnie. Pierwszą zacząłem pisać trochę dla żartu, ale szybko zobaczyłem, że to nie są żarty. Natomiast proza fabularna to zupełnie inny gatunek, chyba mniej poważny. Z mojego punktu widzenia. Mam nawet poukładane w głowie dwie książki, historie kryminalne, obie z wątkiem miłosnym – tak jak powinno być. Lubię takie historie – do kina nie chodzę nigdy na ambitne filmy, tylko na takie, w których dużo się dzieje – od „Łowcy jeleni” po „Szklaną pułapkę”.

Kryminał też mógłby być przecież dobrym pretekstem do opowiedzenia o świecie.
Na pewno. Te moje historie kryminalne są zresztą także inspirowane Kaukazem, Rosją, wschodnią granicą Polski. Nasłuchałem się różnych opowieści, poznałem dziwnych ludzi – i z tego ułożyła mi się książka, która mogłaby być fajnym kryminałem. Gdybym ją napisał. Ale nie mógłbym na poważnie pisać czegoś wymyślonego. Może nie potrafię. Nie potrafię wymyślać fabuł, wnętrz, których nie widziałem, ludzi, których nie znam.

Krzysztof Środa, „Podróże do Armenii
i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej
interesujących obserwacji przyrodniczych”
.
Czarne, Wołowiec, 160 stron,
w księgarniach od października 2012
W pisaniu o prawdziwym świecie jest też może ta prostota, której pan szuka. Choć konstrukcja pana najnowszej książki staje się wbrew pozorom dość skomplikowana: wykreślenie dat z poszczególnych wpisów, pisanie historii od końca. I sam pomysł, żeby do Armenii wrócić, jeszcze raz odwiedzić – i opisać – tych samych ludzi, jest przecież złożonym zabiegiem literackim.
Powrót do Armenii nie był zabiegiem literackim. Pierwszy raz pojechałem tam właściwie z podróżniczej ciekawości. I nie od razu wiedziałem, co chcę o tym napisać. Ale poznałem trzech ludzi. I kiedy wróciłem, po jakimś czasie poczułem, że winien im jestem co najmniej jeszcze jedną wizytę. Dziś wszyscy szukają w literaturze jakichś dziwactw, ja też staram się czasem być autoironiczny, ale tym razem pomyślałem: autoironia autoironią, ale zróbmy to tak, jakbym komuś to po prostu opowiadał. Jakbym opowiadał prostą historię o ludziach – o tych trzech facetach, którzy mnie wzruszyli, każdy na inny sposób. W ogóle uważam, że pisanie w sposób zaszyfrowany, niezrozumiały, wymagający od czytelnika jakiejś potwornej pracy czy erudycji jest nieskromne. To, co piszę, jest bardzo proste. Siedzę na przykład u sprzedawcy warzyw na zapleczu sklepu, popijamy tamtejszy destylat, rozmawiamy sobie i nagle, z takiej rozmowy o byle czym, zaczynamy rozmawiać o starożytnych historykach, których on czytywał w młodości. Teraz ma nawet nie sklep, tylko kilka skrzynek z warzywami, które wystawia przed dom. Opowiadam więc o tym, że spotkałem człowieka, który kiedyś studiował historię, był nauczycielem, a teraz jest biednym sprzedawcą warzyw. Zaprosił mnie na wódkę i się zakolegowaliśmy. A później, kiedy wróciłem do Polski, co jakiś czas przychodziła mi do głowy myśl: „Ciekawe, co może teraz robić Warudżan?”.
Pozostałe historie też są proste. Chociaż pewnie udało mi się z nich stworzyć dość skomplikowaną konstrukcję. Można doszukiwać się związków pomiędzy tymi historiami, znaczących analogii, zastanawiać się nad zmiennym rytmem opowiadania. I gdzieś w tym wszystkim pojawia się myśl, że nie ma sensu jechać dalej, do jakiegoś innego, zupełnie nieznanego kraju. Bo stan oderwania od rzeczywistości, który tak lubię w podroży, jest nietrwały i złudny. Jak się spotyka ludzi, ten stan znika, bo zaczyna się ich lubić, obawiać się o nich, mieć wobec nich zobowiązania. Także redukcja fenomenologiczna – podobnie jak mistyczne oderwanie od świata u Mistrza Eckharta – to stan być może miły i produktywny filozoficznie, ale na dłuższą metę nie ma sensu. Więc uznałem, że ważne jest to wzruszenie, które pojawia się nie wtedy, kiedy obserwuję plamy światła na ścianie, ale kiedy spotykam ludzi. W tym nie ma nic filozoficznego. Chciałem jakoś tym ludziom oddać sprawiedliwość, opowiedzieć o nich, nawet jeśli oni tego nie przeczytają. Oddać sprawiedliwość tak jakoś wobec wszechświata, metafizycznie. To też uważam za bardzo prosty projekt. Prosty w intencji, bo nie w wykonaniu.

Rosja, Salskie Stepy / fot. Krzysztof Środa

A jak pan się odnosi do książek Andrzeja Stasiuka? To bliskie pisarskie tony, choć u Stasiuka sama podróż, przemierzanie przestrzeni bywa czasem ważniejsze od świata.
Obaj jesteśmy z Grochowa, z dwóch stron ulicy Grochowskiej. Zanim zacząłem pisać pierwszą książkę, ogarnęła mnie dziwna gorączka podróżnicza – kupowałem mapy, chciałem gdzieś wyjechać, Mongolia, Chiny, nie wiadomo. A po miesiącu oglądania tych map, w wyniku pewnego zbiegu okoliczności i właściwie wbrew własnej woli, pojechałem do Egiptu. Na zwykły pobyt kupiony w biurze podróży. W kontekście tego podniecenia podróżniczego wydało mi się śmieszne, że trafiłem do hotelu z basenem w Egipcie. Zacząłem więc pisać obrazki z Egiptu w konwencji idiotycznego przewodnika. Trochę melancholijnego, trochę śmiesznego. Z Egiptu, potem z Mazur. I zaczęła się z tego, trochę niespodziewanie, układać książka. Potem była zima i chyba ktoś mi dał czy pożyczył – bo rzadko kupuję książki – „Zimę” Stasiuka. Zachwyciłem się. Napisałem do niego list, tradycyjny, na papierze. Pierwszy raz w życiu zrobiłem coś takiego. Ale mówię o tym, bo kiedy przeczytałem „Zimę” zrozumiałem, że książki można pisać nie dla żartu, nie dla wygłupu. Moja książka przez tę lekturę spoważniała. Więc jeśli pani pyta, to rzeczywiście – niektóre fragmenty Stasiuka, takie porcje po kilka stron, po kilka zdań, wydają mi się bliskie. Nie chodzi o to, że mi się podobają bardziej niż inne, ale o dziwną bliskość. I nie da się tego wyjaśnić tylko tym, że obaj jesteśmy z Grochowa.

I pojechał pan do Babadag. Nie trzeba raczej omijać Babadag, jeśli się jest pisarzem?
To trochę taki żart. Chciałem pojechać do Armenii przez Turcję, więc musiałem przejechać przez Rumunię. I, jak piszę w książce, przejeżdżałem przez Rumunię tak, jak się przechodzi przez cudzą łąkę. Babadag było po drodze. Powiedziałem sobie: łąka cudza, ale muszę tam pojechać. I pojechałem. I napisałem o tym. To żart. Takie pozdrowienie dla Andrzeja.

Stasiuk pisze na tylnej okładce pańskiej książki o „uważności istnienia”, „czułości dla świata”. I o tym, że opowieść „odwleka, odsuwa, może nawet na jakiś czas unieważnia” tragedię człowieka. Czyli uważność i odwlekanie?
Tak. Nie ma co tego dekonstruować i ubierać w ironiczne figury. To prosta myśl i strasznie stara – że pisanie jest ratowaniem świata. Pisałem tę książkę sześć lat.

Sześć lat i 160 stron. Ścisła selekcja materiału. Ratowanie świata musi być wybiórcze?
Czasem – szczególnie kiedy pisałem o ludziach – miałem taką satysfakcję, jakbym stworzył jakiś mały świat, albo przynajmniej zapasową kopię kawałka świata. Odwlekanie przemijania, o czym Andrzej pisał – to właśnie to. Aż wstyd o tym mówić, takie to proste.

Egipt, Hurghada / fot. Krzysztof Środa

A w fotografii też chodzi o odwlekanie?
W fotografii to właściwie nie wiem o co chodzi. Moje fotografie były kiedyś pokazywane w galerii w Paryżu. Do katalogu musiałem napisać mały wstęp. I pisałem o tym, dlaczego moje zdjęcia są płaskie. Przyznałem się, że jestem po prostu za słaby jako fotograf, żeby zapanować nad wszystkimi kierunkami, nad głębią, ale że mam maniakalną potrzebę, żeby różne rzeczy fotografować. Właśnie nie wiem, dlaczego. Postanowiłem więc sobie uprościć problem fotograficzny. Czyli żadnej przestrzeni, głębi, a najlepiej, żeby linie zdjęcia były równoległe do krawędzi kadru.
A może to obciążenie po studiach filozoficznych i doktoracie. Na filozofii uczą, że było wielu ludzi, którzy podejrzewali, że jak się przyjrzeć dokładnie temu światu, to można dojść do jakiejś prawdy, wydrzeć światu tajemnicę. I ja miałem filozoficzną teorię, że jeżeli rzeczywiście jest taka prawda, to powinna być dostępna z każdego miejsca. I można jej poszukiwać na poziomie języka, teorii, opowieści, ale także na poziomie obrazu. Więc teoretycznie, gdziekolwiek siedzę z aparatem fotograficznym, mogę sobie zadać ćwiczenie – znaleźć taki kadr, w którym ona będzie przynajmniej prześwitywać. Bo musi być jakiś sposób uchwycenia miejsca, fragmentu świata, gdzie linie, światło, kolory, faktury, cały ten wzór odsłonią kawałek z tego, o co w tym wszystkim chodzi. Chociaż na moich zdjęciach widać, że coś jest na przykład oknem albo linią na jezdni – powstają z tego geometryczne abstrakcje. Z rzeczywistymi elementami, które może coś znaczą, a może nie znaczą. To też ćwiczenia z uważności.

Znów jak w fenomenologii – prawdą o świecie jest sam świat, to, co się jawi.
Tak, tyle że w wersji Husserlowskiej nie wystarczy opowiedzieć o świecie ciurkiem, jak leci. Husserlowi chodzi o to, żeby wydobywać prawdy, struktury, nawet nie świata, ale świadomości, która go ogląda. Ale może gdybym usiadł i zaczął zapisywać wszystko jak leci, co słyszę, co widzę, co ktoś powiedział – i w ogóle nie sterował tym procesem, tylko rejestrował – to też wyszłaby z tego jakaś fenomenologia.

1481


Wówczas wszystko byłoby tak naprawdę równie ważne. Czyli to tylko kwestia wzięcia czegoś w kadr – fotografii albo literatury?

Nie. Właśnie nie wszystko jest równie ważne. Jeśli teraz zamknę oczy i pstryknę zdjęcie w którąkolwiek stronę, to może przypadkiem na zdjęciu zobaczę coś ciekawego. Zakładam jednak, że kiedy robię zdjęcia, albo piszę, to wybieram pewien kawałek świata. Przyznaję sobie aktywną rolę decydowania, że o tym warto napisać, a o tym nie, to warto sfotografować, ale w takim ujęciu, a nie innym. Z bliska albo daleka. A koncepcja, że warto pisać o wszystkim, że warto oglądać wszystko, kojarzy mi się raczej z doskonałym stanem mistycznego urzeczywistnienia.

I wtedy to się przestaje nadawać do literatury.
Tak. Wszystkie projekty mistyczne mają przecież taki cel, żeby mogła się skończyć literatura, filozofia, żeby skończył się ból, żeby skończył się strach. Słowa przestają być potrzebne. Ale tylko nieliczni osiągają taki stan. Dla mnie jest on niedostępny, więc jednak różnicuję ten materiał i z niego wybieram.

Polska, Warszawa / fot. Krzysztof Środa

I wybiera pan – na przykład ryby. A ornitologia, entomologia i ichtiologia mają pana zdaniem coś z teologii – kolor piersi przelatującego ptaka w świecie praktycznym nie ma żadnego znaczenia, więc zastanawianie się nad tym przenosi na poziom metafizyczny.
To trochę żart. Wbrew pozorom w tej książce jest warstwa żartu czy ironii – wobec siebie samego przede wszystkim. Ale to też próba zrozumienia. Kiedy miałem dziesięć, może dwanaście lat, spędzałem mnóstwo czasu nad przyrodniczymi atlasami ryb, motyli, chrząszczy. Na wakacjach nad Pilicą nauczyłem się łapać ryby. Na leszczynowy kij i kawałek żyłki. Potem łapałem nad Sanem. San normalnie jest płytki, płynie po kamieniach, ale tam było głęboko i woda przejrzysta. Miałem znów kij bez kołowrotka i krótką żyłkę, łapałem rybki i z bólem patrzyłem na to, że głębiej, dalej są te większe ryby. Jak się przechylały na bok, to łuska lśniła w słońcu, ale nie mogłem ich złapać. Potem przez wiele lat miałem obsesyjne, powtarzające się sny: jestem nad wodą, widzę ryby, ale nie mogę ich dosięgnąć. W różnych wariantach.
A kiedy pisałem ostatnią książkę, miałem też inne zajęcie, projekt wydawniczy, który wymagał powrotu do lektur przyrodniczych. I zobaczyłem, że mi ta cała chłopięca ciekawość wraca, znów się zaciekawiłem tym, jak żyją motyle, chrząszcze, a jak ryby, i czym się od siebie różnią. Zacząłem zauważać różne drobne stworzenia – w Armenii i nie tylko, gdziekolwiek byłem. Im mocniej te historie z życia zwierząt mnie wciągały, tym bardziej się zastanawiałem, po co właściwie pakuję je do książki. Ona jest cała przeplatana takimi historiami. Tu widziałem jakiegoś ptaka, tu usiadła ćma na ścianie. No i zaryzykowałem hipotezę, że ta fascynacja ptakami, owadami i rybami jest zakamuflowaną formą religijności. Zaryzykowałem – bo oczywiście sam w nią nie wierzę do końca.
Ponieważ wszystkie te zwierzęta są bardzo różne, a przy tym niewielkie, to stają się jak znaki, ikony, a może wręcz jak litery zaszyfrowanego alfabetu. I ciekawość tych ludzi, którzy zajmują się na przykład obserwowaniem ptaków, jeżdżą gdzieś nad brzegi rzek, kupują lunety, próbują fotografować, jest formą religijności również w tym sensie, że różnorodność kształtów i barw wśród ptaków czy motyli być może jest jakimś komunikatem zapisanym dziwnymi literkami.

Bo ta różnorodność jest z punktu widzenia świata niepotrzebna? 
Sprawa jest beznadziejna, bo wiadomo, że tego alfabetu nie da się odczytać. Ale tym bardziej jest to wyszukana forma religijności, bo wiadomo, że najważniejsze w religii jest nie to, co rozumiemy, ale to, czego nie rozumiemy. Świat jest wielką tajemnicą wiary. Tym bardziej tajemniczy, im bardziej irracjonalny, kolorowy. Przecież świat mógłby mieć na przykład formę sześciennej kostki – to by było proste i jakoś by się tłumaczyło. A tu nie. Mógłby być jeden motyl, jedna ryba – a jest ich tak dużo, czemuś to musi służyć, tylko nie wiemy czemu. Oczywiście znamy teorię ewolucji, ale to nie wyjaśnia wszystkiego. Dlatego jest tyle zwierzątek w tej książce.

Alfabet ormiański ma coś wspólnego z tym alfabetem ptaków i motyli?
Może tak. Zanim pojechałem pierwszy raz do Armenii, uczyłem się trochę ormiańskiego. Uczyła mnie pewna Ormianka mieszkająca w Warszawie. Nie chciała pieniędzy. Nauczyła mnie liczebników, nauczyła mówić dzień dobry. Mam notesik, gdzie sobie wszystko fonetycznie notowałem. Alfabetu zacząłem się uczyć za drugim razem, nauczyłem się tylko dwóch trzecich liter – wszystkich jest 36 – są dziwne, do niczego niepodobne. Więc kiedy pisałem o alfabecie kolorowych form ptasich i motylich, to oczywiście na myśli miałem również alfabet ormiański. Zrobiony jakby celowo tak, żeby się go za szybko nie nauczyć.