Codziennie

Codziennie

Zofia Król

Każda przerwa w „ościach” umożliwia Karpowiczowi zdystansowanie się do fabuły, która stanowi jedynie wierzchołek tego, co chce czytelnikowi pokazać

Jeszcze 2 minuty czytania

„Autobus wolno stał w korku”, „W pociągu zajęła miejsce przy oknie”, „W ogóle się nie bawiła, choć nikt by na to nie wpadł”, „Był w toalecie sam, mimo to wydawało mu się, że ktoś przytrzymywał go za włosy”, „Nie korzystał z taksówek, chyba że w stanie najwyższej konieczności” – wiele spośród 39 rozdziałów liczących prawie 500 stron „ości” zaczyna się podobnym zdaniem. Koniecznie w trzeciej osobie, z podaniem okoliczności, ale nie kontekstu. Imię bohatera pojawia się często dopiero w drugim lub trzecim akapicie. Na początek dowiadujemy się tylko, że znajduje się w ruchu (autobus, pociąg, taksówka) lub szczególnej sytuacji (impreza, rzyganie w toalecie, depresja, stan po rozmowie). Każdy rozdział jest nowym początkiem historii, budowaniem – czy odbudowywaniem – świata od nowa, osobnym wysiłkiem ustawienia sceny. Fabularny tok – pod innymi względami w nowej powieści Karpowicza budowany zupełnie tradycyjnie – jest miarowo i systematycznie przerywany narracyjnymi interwencjami. Oto ktoś – za każdym razem jakby ktoś inny, choć bohaterów jest w „ościach” garstka – przebudzony w środku swojego życia, wrzucony w nie za każdym razem od nowa, przeciera oczy i próbuje być. Do niezrozumiałego żywiołu, który Karpowicz próbuje tu rozpoznać, zbliżyć się można jedynie za pomocą nagłych wtargnięć.

Interwencją w fabularny tok są także liczne motta oraz wtrącane co i raz cytaty – zwykle bez oczywistego związku z danym fragmentem, oderwane, a przez to tym bardziej wyraziste. I tak na przykład w rozmowę Mai z matką na temat jej siostry Faustyny, matki czworga dzieci, którą opuścił mąż, w odpowiedniej dynamice wmontowane są dwa fragmenty z książki Krzysztofa Środy o Armenii; a niedługo po tym, kiedy Norbert wzrusza się, że Ninel dla niego się wygoliła, następują brzmiące tu niemal metafizycznie zdania z elementarza Mariana Falskiego: „Tu stoją. A tam lecą. To jest kącik Ali. Tu są jej lalki. Jak tu milutko”. Podobieństw pomiędzy historią Faustyny a Armenią, Norbertem i Ninel a Alą można by szukać tylko na siłę. To właśnie zestawienia elementów niepodobnych wydobywają z nich nieoczekiwane przekazy – zarówno w przypadku samych „ości”, jak i cytowanych fragmentów, które zyskują nową moc. Każda przerwa w opowieści, każdy krok w innym kierunku, umożliwia autorowi zdystansowanie się do fabuły, która – choć tu ważna i w lekturze niezwykle przyjemna – stanowi jedynie wierzchołek tego, co Karpowicz chce czytelnikowi pokazać.

Ignacy Karpowicz, „ości”. Wydawnictwo Literackie,
Kraków, 468 stron, w księgarniach od czerwca 2013
Każdy taki początek – rozdziału, chwili – każdy powrót po przerwie musi być także z konieczności heroicznym wskrzeszeniem międzyludzkich stosunków. Rozmów, myśli, skomplikowanej sieci życia, która powstaje pomiędzy monologującymi w światach własnych poranków postaciami. W „ościach” ludzie lubią ze sobą być i rozmawiać, choć nie ma złudzeń co do możliwości porozumienia. Podobno zresztą za pierwowzory bohaterów posłużyły prawdziwe osoby, postaci warszawskiej lewicy: Kinga Dunin, Kaja Malanowska a także drag queen Kim Lee i Krzysztof Tomasik, autor książki o mniejszościach seksualnych w PRL-u. Ich prawdziwe życiorysy nie mają dla interpretacji książki większego znaczenia, choć to właśnie życie bez fałszywych nalotów religijności i moralności daje bohaterom Karpowicza pewną wolność, możliwość pełnego bycia. A czytelnik, mimo uporczywej depresji widocznej w każdej prawie scenie (że aż, mówi Mai jej przyjaciel, fretka, chce się „nasrać na środku kuchni z rozpaczy”), ma wrażenie, że jakoś są przecież szczęśliwi. Jeśli szczęście może oznaczać po prostu pewną zgodność z gmatwaniną pleniącego się żywiołu.  

Choć większość zdań dotyczy bezpośrednio myśli i odczuć bohaterów, daleko im do rwanego strumienia świadomości. Przemyślenia i spostrzeżenia, zwłaszcza w przypadku kobiet, Mai i Ninel, są natomiast niezwykle subtelne, dowcipne. Do tego stopnia, że same postaci stają się zbyt inteligentne, żeby pozostać w pełni realistyczne – mimo że świat, w którym funkcjonują, bardzo przypomina nasz. Oto na przykład Maja w depresji „wstydziła się wstać, dopóki nie wyjdą. Zobaczyliby, jaka jest beznadziejna i wybrakowana. Że ma skórę, a w niej pory o rozmiarze XXL. Że ma dłonie, a z nich wyrastają palce przypalające kotlety. Że ma chude nogi, do tego jedynie dwie, jak uboga krewna pająka. Że czasem boi się, że jej matka naprawdę istnieje codziennie (…)”. Podobnie błyskotliwymi potokami myśli wypełniona jest większość książki. Być może zatem ten właśnie poziom subtelności naturalnie osiągają niezwerbalizowane strumienie myśli, dopiero na styku z językiem kiełkuje głupota, czyli ogólność? Praca literatury byłaby w tej wersji swoistym tłumaczeniem tego, co niewerbalne, na trafne tory słów, wystarczająco giętkich, żeby pomieścić w nich choć kawałek z całego skomplikowania, w którym tkwią zarówno Maja, Ninel, Szymon, Norbert, Maria czy Kuan, jak i ci, którzy wodzą wzrokiem po czarnych szeregach liter, określających ich stany i przypadki.

Czterdziesty rozdział „ości” to epilog. Małą czcionką fragmenty dopowiedzeń losów bohaterów, w tym końcowa myśl Ninel, podsumowująca na pewnym poziomie całą książkę: „Gdy skończyła się religia, nie ma z kim targować się o siebie. I tak jest dobrze. Bardzo dobrze”. Duża czcionka jednak wprowadza zupełnie inne, poważniejsze zakończenie, rozdzielając toki fabularne funkcjonującymi znów na prawach cytatu prawie-telewizyjnymi newsami na temat białej czapy na Oceanie Arktycznym (4,10 mln km²), Srebrenicy (8000 zamordowanych bośniackich muzułmanów) oraz sztucznego serca pewnego Czecha (dwie pompy zamiast pulsu). A zaczyna się od prognozy pogody na dziś: „średnia temperatura w ciągu dnia 7 stopni Celsjusza, opady deszczu ze śniegiem 0,4 mm, ciśnienie 1014 hPa i spada, wiatr w porywach do 20 km/h”. Interwencja w fabularny tok znów jest udana. A następnego dnia znów ktoś się przebudzi w swoim poranku, wszystko zacznie się od nowa. „Dziś na obiad była potrawka z kury”.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).