Lazurowa solidarność
Daniel Rycharski, La Goutte creuse la pierre, 2019, fot. François Fernandez-Villa Arson

21 minut czytania

/ Sztuka

Lazurowa solidarność

Stach Szabłowski

Wydawałoby się, że w starej Europie Rycharski jest skazany na rolę artysty egzotycznego, opowiadającego historie z odległej krainy. Nic podobnego

Jeszcze 5 minut czytania

Jak daleko jest ze wsi Kurówko na Lazurowe Wybrzeże? Może być blisko, pod warunkiem że jest się Danielem Rycharskim, artystą, który potrafi dostrzec miejsca spotkania tych dwóch światów. Na swojej pierwszej francuskiej wystawie Rycharski pozostaje sobą, czyli twórcą postkatolickim, chrześcijańskim, ale nie religijnym. Jest także artystą peryferyjnym i prowincjonalnym – właśnie dlatego trafia w punkt. Kwestia prowincji – polskiej, francuskiej, europejskiej, globalnej – paradoksalnie staje się zagadnieniem uniwersalnym, jednym z najbardziej palących problemów współczesności.

Głowa Daniela Rycharskiego stoi na podłodze. Jest wyrzeźbiona z karraryjskiego marmuru. W takim materiale każde oblicze nabiera senatorsko-klasycznej powagi. Czy Rycharskiemu do głowy z krwi i kości uderzyła woda sodowa, że każe już wykuwać swoje oblicze w marmurze?

Coś jest na rzeczy, tyle że chodzi o wodę nie sodową, lecz święconą. Nad rzeźbą umieszczone jest małe domowe aspersorium z krucyfiksem. Miseczka na wodę święconą przepełnia się, ciecz się przelewa i kropla po kropli kapie na marmurowe czoło Rycharskiego. Kap, kap. Podobno była taka chińska tortura. Dręczonemu kapano na głowę wodą w regularnym rytmie; to nie boli, ale doprowadza do obłędu. Zresztą nawet marmur ustąpi przecież w końcu pod upartym kapaniem; twarz Rycharskiego, tak kunsztownie oddana w pięknym kamieniu, wypaczy się i zamaże.

Rycharski jest wyautowanym gejem – i jest Polakiem. Pochodzi z kraju, gdzie rzeczywiście można zwariować od święconej wody i krucjat przeciw „ideologii LGBT”, do których wzywa Kościół ustami swoich najwyższych hierarchów. Mowa nienawiści leje się strumieniami, miarka dawno się przebrała i jad kapie teraz, ryjąc polski beret. Kap, kap.

Pracę Rycharskiego można jednak również odczytać inaczej. „Kropla drąży skałę” – tak nazywa się rzeźba i cała wystawa artysty.

Jesteśmy w Villi Arson; imponujące miejsce, choć jednocześnie zaprojektowane na ludzką miarę. To szkoła artystyczna, centrum sztuki współczesnej i ośrodek artists-in-residence w jednym kompleksie rozciągającym się na dwóch hektarach terenu. Świetna, brutalistyczna architektura z surowego betonu i kamienia przeplata się z zielenią. Villa położona jest na wzgórzu; z jej tarasów można podziwiać panoramę Zatoki Aniołów i rozłożonej nad nią Nicei. Bajeczna miejscówka; za taką działkę każdy developer oddałby duszę.

– Dziś już nie tworzy się we Francji takich instytucji – słyszę podczas kolacji po otwarciu wystawy Rycharskiego. Villa Arson powstała w latach 60., pod osobistym patronatem legendarnego, potężnego ministra kultury André Malraux. Dzieło architekta Michela Marota figuruje na liście francuskiego dziedzictwa XX wieku. Villa jest jednym z instytucjonalnych dzieci Les Trente Glorieuses – chwalebnej trzydziestki. Tak Francuzi nazywają trzy powojenne dekady. Okres 1945–1975 w zbiorowej pamięci zapisał się jako złoty wiek, coś w rodzaju naszej dekady Gierka, tylko trzy razy dłuższej i oczywiście dużo lepszej. Cudowne lata „Mikołajka i innych chłopaków”, stare dobre czasy! Gaulliści trzymali wówczas kapitał w ryzach, zaprzęgali go do służby dobru wspólnemu. Rosła nie tylko gospodarka, ale również płace, konsumpcja też, państwo było silne i opiekuńcze. Silne państwo ma oczywiście swoje surowe oblicze i ciemne strony. Potrafi na przykład przywalić solidnie pałą, o czym w 1968 roku przekonał się na ulicach Paryża niejeden student. A nawet jeszcze gorzej, umie urządzać krwawe kolonialne wojny; Wietnam i Algieria zdarzyły się przecież właśnie w czasie tej chwalebnej trzydziestki. Ludzie sztuki pamiętają jednak hojną politykę kulturalną, inwestycje w infrastrukturę oraz budżety, które rosły, zamiast być, jak obecnie, przedmiotem ciągłych cięć. Mamy XXI wiek, państwo osłabło, silny jest teraz kapitał i społeczne frustracje, które znajdują różne ujścia, od głosowania na antysystemową prawicę po protesty żółtych kamizelek.

Czy Francuzi nie mają dość własnych problemów, aby zajmować się Danielem Rycharskim i jego narracją płynącą z serca wschodnioeuropejskiej, posttransformacyjnej, a nawet postpańszczyźnianej wsi?

– Od czterech lat francuskie media intensywniej niż zwykle interesują się wydarzeniami w Polsce – odpowiada mi Agnieszka Żuk, która wraz z Klaudią Podsiadło kuratorowała projekt Rycharskiego w Nicei. Na początku 2019 roku pod redakcją Agnieszki ukazała się książka „Hourras et désarrois. Scènes d’une guerre culturelle en Pologne” („Hurra i groza. Sceny wojny kulturowej w Polsce”), zbiór siedemnastu esejów o konwulsjach polskiej tożsamości w dobie „dobrej zmiany”, widzianej przez pryzmat kultury i sztuki. Ta publikacja, wpisująca się w pełne niepokoju debaty na temat „co z tą Europą” (i to nie tylko Wschodnią), była bezpośrednią inspiracją projektu w Nicei.

– Do Francji docierają echa czarnych marszy, demonstracji w obronie niezależności sądów, homofobii podsycanej przez Kościół katolicki – mówi Agnieszka. – Myślę, że często dominuje zaskoczenie tym, że ten „prymus Unii Europejskiej”, jak zwykło się o Polsce mówić, chwalony za swoje postępy w integracji, nagle obrał kurs antyeuropejski i antydemokratyczny. Francuzi ciągle pamiętają Solidarność i protesty pod polską ambasadą w grudniu 1981 roku, a później nadzieje Polaków związane z Unią Europejską. Próbują zrozumieć, co się teraz dzieje. I takie było też założenie wystawy: wybrać jednego artystę i poprzez jego sztukę coś o Polsce opowiedzieć.

Daniel Rycharski może wydawać się posiadaczem dużego ego, kiedy rzeźbi swoje oblicze w marmurze – zwłaszcza że w Villi Arson podwaja jeszcze ten wizerunek, powtarzając go w formie wielkiej projekcji wideo, na całą ścianę galerii. Ale mówimy o artyście, który nie ma powodów do fałszywej skromności. Rycharski ma talent do bycia dokładnie tam, gdzie najbardziej potrzebny jest współczesny artysta, by znaleźć formę i język do wyartykułowania problemów, które wiszą w powietrzu, ale pozostają nieopowiedziane w publicznym dyskursie.

Daniel Rycharski

 La Goutte creuse la pierre / Kropla drąży skałę Villa Arson, Nicea, 15 listopada 2019 – 12 stycznia 2020
kuratorki: Agnieszka Żuk i Klaudia Podsiadło 
www.villa-arson.org  

Po studiach artystycznych Rycharski wrócił do rodzinnej wsi, by używać postkonceptualnego języka artystycznego do wyrażenia doświadczeń współczesnej, rolniczej społeczności. W idealnym momencie wpisał się ze swoją sztuką w debatę o wypartej chłopskości, długim trwaniu traumy pańszczyzny i postkolonialnych nerwicach dręczących polską tożsamość w XXI wieku. Jednocześnie poszedł w tej dyskusji o kilka kroków dalej, wprowadzając do niej kolejne zmienne: swoją nieheteronormatywną tożsamość performowaną w ramach tożsamości chłopskiej, pytanie o prawo nieheteronormatywnej osoby wychowanej w tradycji katolickiej do pozostawiania w kręgu chrześcijańskiej wyobraźni i symboliki, a także pytanie o możliwość pracy w poprzek frontów wojny kulturowej, szukanie jakiejś formy dialogu i mediacji między konserwatywnym i postępowym imaginarium.

A we Francji – tej laickiej republice, pierwszym kraju w historii Europy, który zalegalizował akty homoseksualne, czyniąc to już w 1791 roku? 
– W kontekście francuskim praktyka Rycharskiego jest ciekawa między innymi dlatego, że jako twórca związany z kulturą i tradycją katolicką, do tego pochodzący ze wsi, świetnie wpisuje się w obiegowe wyobrażenie o Polakach – tłumaczy Agnieszka Żuk. – Z jednej strony to kolejne wcielenie „polskiego hydraulika”, a z drugiej strony zaprzecza tym wyobrażeniom, bo łączy wątki z pozoru do siebie nieprzystające. Ze wsi, a progresywny. Katolik, a progresywny. Progresywny, a mówi, że jest ze wsi i że jest związany z konserwatywną kulturą wsi. Do tego gej. Zmiany, jakie w Polsce zaszły po 2015 roku, uwolniły we Francji negatywne stereotypy związane z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, zawsze podskórnie obecne. Że to kraje właśnie prowincjonalne, czyli cywilizacyjnie jednak nie do końca przystające, jakieś takie inne. Ciekawe więc było pokazać Polskę właśnie od strony prowincji, jakby wychodząc naprzeciw oczekiwaniom, a jednocześnie te oczekiwania poddając próbie.

Na wiosnę Rycharski zrobił w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie „Strachy”, wielkie ekspozycyjne show i zarazem jedną z najważniejszych wystaw mijającego roku. To było coś w rodzaju „Wesela”, ale à rebours, takiego, które zamiast krakowskiego inteligenta napisałby jeden z bronowickich gospodarzy – projekt, w którym, jak u Wyspiańskiego, na jednej scenie splatały się wątki różnych polskich debat. Wystawa w Nicei nie jest tak epicka, ale za to wyrazista i skoncentrowana na jednym wątku: kwestii niereligijnego chrześcijaństwa. A także równie celnie wpisana we francuskie debaty, jak wcześniejsze prace wpisane były w polskie dyskusje.

Wydawałoby się, że na Lazurowym Wybrzeżu, w ogóle w starej Europie, Rycharski jest skazany na rolę artysty egzotycznego, opowiadającego historie z może i interesującej, ale odległej krainy, która z perspektywy Francji jawi się jako jakaś na wpół teokratyczna i postfeudalna obca ziemia, leżąca po ciemnej stronie europejskiego księżyca. Tymczasem nic podobnego; w Nicei autor „Strachów” przedstawia się jako artysta potrzebny, mediator, twórca zaangażowany w lokalne sprawy. Ciekawe, że włączenia we francuski dyskurs dokonuje, nie zmieniając poetyki, tematyki ani języka artystycznego, którym posługuje się w Polsce. Robi jedynie małe przesunięcie, czy raczej dokonuje „poszerzenia pola walki”: uniwersalizuje swój dyskurs, pokazując, że lokalne problemy w Kurówku albo na południu Francji nie są osobnymi kryzysami konkurującymi o naszą uwagę na giełdzie problemów tego świata, tylko częścią większej całości, elementami wspólnej sprawy.

Cóż to za sprawa? To spór peryferii i centrum, wykluczonych i uprzywilejowanych, tych, którzy zostają w tyle, i tych, którzy uciekają do przodu. Konflikt prowincji i metropolii inscenizowany w różnych scenografiach i w obsadzie coraz to innych aktorów, ale w gruncie rzeczy zawsze ten sam. We francuską odsłonę tego konfliktu Rycharski wszedł przez alpejskie przełęcze na położonej niedaleko Nicei granicy z Włochami. Przez te góry wiodą szlaki uchodźców wędrujących z globalnego Południa. Ci, którym udało się dopłynąć do brzegów Italii, przeprawiają się dalej na Północ. Podczas poprzedzającej wystawę rezydencji Rycharski spotkał w górach zarówno migrantów, jak i pomagających im aktywistów z ruchu tak zwanych Solidarnych, którego działalność jest we Francji przedmiotem kontrowersji i sporów toczonych zarówno w mediach, jak i w sądach.

Photo François Fernandez-Villa Arson

– Solidarni, których spotkał Daniel, to mieszkańcy doliny La Roya położonej w Alpach Francuskich przy granicy włoskiej – mówi Agnieszka Żuk. – To mieszanka miejscowych z dziada pradziada i przyjezdnych. Niektórzy mieszkają w górach od dawna, ale się tam nie urodzili. Z tego, co mówi Nat Masseglia, rdzenni mieszkańcy rzadziej pomagają migrantom. Nat jest clownem. Zawodowo interesuje się właśnie prowincją i jej problemami. Pracuje głównie w okolicznych wsiach i miasteczkach. To jej wybór. Jean-Noël Fessy jest artystą plastykiem. Suzel Prio, która działa w lokalnym stowarzyszeniu na rzecz migrantów Roya Citoyenne, na co dzień pracuje w informacji turystycznej. Ale inni Solidarni, o których słyszałam, zrzeszeni w Roya Citoyenne, to rolnicy, nauczyciele, przewodnicy górscy, prawniczka, pielęgniarka, ksiądz katolicki, hodowca owiec, fotograf, specjalista od etnobotaniki, wśród nich emeryci, i wielu innych.

W świetle francuskiego prawa ludzie pomagający migrantom przekraczać zieloną granicę i przebywać nielegalnie na terytorium kraju dopuszczają się tak zwanego délit de solidarite – „wykroczenia solidarnościowego”. Cédric Herrou, rolnik, który jest najbardziej znanym Solidarnym, zorganizował na swojej ziemi nieformalny obóz przejściowy. 
– Jest ciągle nękany przez policję, ma za sobą kilka procesów, inne w toku. Od 2016 roku przyjął około 2500 nielegalnych migrantów – mówi Agnieszka.

Wcześniej, w dolinie Roya, byliśmy rolnikami, pielęgniarzami, adwokatami, nauczycielami, robotnikami. Byliśmy zaangażowani w naszą pracę, w działalność naszych stowarzyszeń sportowych, artystycznych, kulturalnych czy wiejskich. Czuliśmy, że jesteśmy częścią naszej doliny i robiliśmy wszystko, by tętniła życiem. To ta więź społeczna sprawiła, że mogliśmy się zmobilizować wobec tragedii, jaką jest los migrantów. Nie byliśmy działaczami na rzecz migrantów, ale staliśmy się nimi, bo nie dawały nam spokoju sądy, bo nagłaśniały naszą walkę media. Państwo francuskie pozostawiło naszą dolinę samą sobie, poświęciło ją w walce przeciwko migracji. Nasza dolina stała się pasem granicznym, ale państwo nie wzięło za niego odpowiedzialności. Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy przywdziać «pelerynę» działacza na rzecz migrantów, bo nie moglibyśmy spojrzeć sobie w twarz, gdybyśmy nie pomogli migrantom odzyskać godności.

To słowa Cédrica Herrou. Rycharski wykorzystał je w performensie, który w październiku zrealizował w ramach MSN-owskiego festiwalu Warszawa w Budowie. Z rezydencji w Nicei artysta przywiózł używane ubrania. Jedne należały do migrantów, inne do pomagającym im Solidarnych z doliny Roya. Artysta zszył je wszystkie w jedną ogromną szatę, rodzaj płaszcza-zasłony, którym podczas performensu zakrył posąg Matki Boskiej Passawskiej na Krakowskim Przedmieściu. U stóp zakrytego pomnika chodziła grupa młodych ludzi, którzy recytowali mowę Herrou niczym litanię; ceremonia zakończyła się wykonaniem ludowej pieśni, z wezwaniem do Maryi z prośbą o opiekę.

Dokumentacja performensu pokazywana jest w Nicei. Obok wisi użyta w Warszawie wielka chusta; Rycharski nazwał tę pracę „Vera Icon”. „Prawdziwy obraz”, który zasłonił na chwilę kamienny posąg. Nie sposób już rozróżnić, które z ubrań wykorzystanych do jej uszycia należały do migrantów, a które do pomagających im ludzi z Roya. I w tym rzecz – częścią strategii solidarnych jest dostarczanie ubrań, w których uchodźcy nie będą wyróżniali się z tłumu, kiedy ruszą z doliny w dalszą drogę, na ulice francuskich miast.

Ciekawe rzeczy dzieją się, kiedy Rycharski przerzuca symboliczne mosty między Warszawą a Niceą, doliną Roya i postawioną przez uchodźców przed moralnym dylematem Francją. W dokumentacji performensu rozbrzmiewają słowa Cédrica Herrou, który żyje i działa przecież niedaleko Nicei, ale wypowiadane są w obcym języku, po polsku. Nagle okazuje się, że rzeczywiście geografia nie znaczy aż tak wiele, wszyscy jesteśmy wplątani w tę samą narrację, na którą składa się wiele równoległych epizodów. Kurówko jest prowincją Polski, Polska jest prowincją Unii Europejskiej. Globalne południe jest prowincją świata, którego zamożne centrum znajduje się na globalnej Północy, w Europie, we Francji. Ale i ona ma przecież swoją prowincję, która czuje się coraz bardziej sfrustrowana, zapomniana, wykluczona przez wielkie miasta płynące na fali globalizacji i czerpiące z niej benefity. Paryż zdaje się mieć dziś więcej wspólnego z Londynem, Berlinem czy nawet Warszawą niż z doliną Roya lub rolniczymi miejscowościami gdzieś w głębi kraju. W Turcji, na Węgrzech, również w Polsce powodzeniem cieszą się populiści, którzy potrafią wsłuchać się w głos peryferii; obiecują zahamować procesy globalizacyjne, a nawet zawrócić z tej drogi i poprowadzić naród wstecz, ku starym dobrym czasom. Stambuł, Budapeszt czy Warszawa i inne duże miasta w Polsce głosują jednak inaczej niż reszta kraju, trafiają w ręce opozycji, chcą globalizować się dalej. Pękniecie między prowincją i metropoliami zdaje się powiększać.

Czyż protesty żółtych kamizelek, które wstrząsnęły Francją, nie były właśnie wielkim buntem peryferii przeciw centrum?
– Niedawno przetoczyła się we Francji debata dotycząca nierówności społecznych w perspektywie właśnie peryferyjności – mówi Agnieszka Żuk. – Część populacji wiejskiej, tej zamieszkującej z dala od wielkich aglomeracji i szlaków turystycznych, czuje się opuszczona przez państwo, zapomniana. Dotkliwiej doskwiera tam brak pracy, sprawnej komunikacji publicznej, opieki medycznej, dostępu do kultury, a klasy w szkołach podstawowych są jedna po drugiej zamykane. Najzagorzalszy spór toczył się właściwie o to, czy nierówności w większym stopniu dotykają rdzennie francuską klasę ludową czy imigranckie przedmieścia. Jak o tym mówić, nie rozpalając niebezpiecznych antagonizmów, nie napuszczając jednych wykluczonych na drugich?

Rycharski proponuje: spróbujmy mówić w duchu chrześcijaństwa. Jego francuska wystawa gęsta jest od chrześcijańskiej ikonografii i symboliki; to właśnie chrześcijańska wyobraźnia stanowi spoiwo tego projektu. W galerii, której centralnym akcentem jest „Vera Icon”, artysta rozsypuje ziemię i stawia na niej ażurowe modele kościołów, zespawane z fragmentów metalowych bram i ogrodzeń; materiał do tej instalacji pochodzi z Kurówka. W innym miejscu wiesza znane z wystawy „Strachy” wyszywane sztandary, na których wciela się w św. Ekspedyta, patrona przedsięwzięć niewykonalnych. Jeszcze gdzie indziej wystawia dwie powiększone cmentarne pasyjki, dwóch zdjętych z krucyfiksów Chrystusów, zwróconych do siebie twarzami, szczepionych, jakby tańczyli lub przytulali się w czułym uścisku. Jest tu wszystko, w tym wspomniana kropielnica, z której woda kapie na głowę marmurowego artysty. Tych symboli religijnych jest dużo, szczególnie jak na francuską wrażliwość. Villa Arson jest nie tylko instytucją wystawienniczą, ale również publiczną szkołą – szkoły są zaś w świeckiej republice bastionem laickości. Agnieszka Żuk przypomina mi, jak gorąca jest we Francji debata na temat zakazu wprowadzania do szkół tzw. ostentacyjnych symboli religijnych, na przykład noszenia chust, którymi muzułmańskie dziewczęta zakrywają włosy, czy kipy. Nigdzie nie wisi krzyż. Ten zakaz chroni światopoglądową neutralność publicznych instytucji. Zrobienie wystawy pełnej krzyży ma we Francji pewien ciężar.

Rycharski wprowadza do francuskiej placówki publicznej, co więcej, do szkoły, „ostentacyjne symbole religijne” – mówi Agnieszka – ale następnie je rozbraja, przekraczając ich katolickość i przekierowując widza ku temu, co łączy, nie dzieli.

Na wystawie jest nagromadzenie symboli religijnych – ale nie ma w niej religii. Zespawane z ogrodzeń kościoły Rycharskiego są puste, wyglądają jak klatki, i w gruncie rzeczy przecież nimi są. Czy chrześcijaństwo może się obyć bez księży, bez kościoła, bez religii? W kontekście sztuki Rycharskiego, który zasłania kamienny posąg Matki Boskiej płaszczem uszytym z ubrań ludzi potrzebujących pomocy i ludzi, którzy im tej pomocy udzielają, można odwrócić to pytanie. Brzmiałoby wówczas: czy chrześcijaństwo, pojęte jako praktykowanie miłości bliźniego, jest jeszcze w ogóle możliwe w ramach instytucji religijnych w ich obecnym kształcie i moralnej kondycji? Rycharski robi wymyk z gorsetów sztywnych podziałów na prawicę i lewicę, konserwatystów i postępowców, którzy chcieliby rozmontować wszystkie tradycje. Kościół chciałby go jako geja wypchnąć z chrześcijaństwa, wysłać do jakiegoś queerowego klubu; najlepiej, gdyby taki klub mieścił się w głębokiej piwnicy, i jeszcze lepiej, gdyby ta piwnica znajdowała się w jakiejś wielkiej, zepsutej postmodernistycznej metropolii – byle dalej od naszej normalnej, homogenicznej wspólnoty. Rycharski jednak wypchnąć się nie daje. Przeciwnie, nie tylko zostaje na wsi, zamiast wyemigrować do przysłowiowego Berlina, lecz symbolicznie zabiera chrześcijaństwo z kościoła, który zostaje pustą klatką. Gdzie je niesie? Oczywiście na prowincję; chrześcijaństwo w tym ujęciu jest nie tyle religią, ile etyką solidarności z prowincją tego świata – z uchodźcami, wykluczonymi, z mniejszościami, z biednymi, z prześladowanymi, zapominanymi i porzuconymi. Kluczowym pojęciem w dyskursie Rycharskiego staje się bliźni. Czy ta potężna figura, chrześcijańska, ale przekraczająca religię, jest w stanie również przekroczyć nierówności kapitalizmu, nacjonalistyczne lęki, homofobiczne uprzedzenia, frustracje wykluczonych, arogancję i egoizm uprzywilejowanych – żywioły, które rozsadzają społeczeństwa w Polsce, we Francji, wszędzie? Warto spróbować, warto postawić na bliźniego – zresztą nie mamy chyba już wielkiego wyboru, prawda?