Algorytm na materię
Edwin Bendyk, fot. A. Słodownik

Algorytm na materię

Rozmowa z Edwinem Bendykiem

Obiekty techniczne uczestniczą w naszym życiu. Współczesny humanista musi umieć się z nimi komunikować

Jeszcze 5 minut czytania

AGNIESZKA SŁODOWNIK: Czy pan programuje?
EDWIN BENDYK: W tej chwili nie. Czasami na podstawowym poziomie adaptuję skrypt stron internetowych, ale nie piszę nowego. Natomiast jestem z wykształcenia chemikiem, więc musiałem programować w ramach studiów. Zacząłem już w liceum, tylko że w dosyć archaicznym już języku FORTRAN.

Czym właściwie jest programowanie?
To sposób porozumiewania się z maszyną, która realizuje nasze pomysły wydajniej niż my sami. Symbolem maszyny uniwersalnej jest komputer, urządzenie powszechne we współczesnej cywilizacji. Ewolucja myślenia o programie przebiega podobnie jak ewolucja samego wynalazku komputera. W jego rodowodzie widzimy ścieranie się dwóch koncepcji. Jedna to komputer jako maszyna szybko licząca. Warto pamiętać, że pierwotnie miano komputerów nosiły kobiety – rachmistrzynie zatrudniane w zespołach obliczających na przykład tablice artyleryjskie, potrzebne kanonierom do właściwego celowania armat. Moc obliczeniowa tych pierwszych komputerów była jednak niewystarczająca, ludzi musiały zastąpić szybciej liczące maszyny.

A druga koncepcja?
W 1962 roku ukazał się esej Douglasa Engelbarta „Augmenting human intellect”, czyli „Wzmocnienie ludzkiego intelektu”. Engelbart jest jedną z kluczowych postaci w rozwoju nowoczesnej informatyki: wymyślił mysz komputerową i wiele istotnych aspektów interfejsu. To wszystko, co dzisiaj stosujemy – na przykład graficzny interfejs – Engelbart przedstawił już w ‘68 roku. Bazował między innymi na idei polskiego filozofa Alfreda Korzybskiego, na jego koncepcji percepcji rzeczywistości przez człowieka. Kluczowy w tej koncepcji jest proces symbolizacji, kiedy wrażenia zmysłowe przekładane są na stany umysłowe i wyrażane za pomocą symboli.

Edwin Bendyk

Ur. 1965, dziennikarz i publicysta, na stałe związany z tygodnikiem „Polityka”. Absolwent Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się wpływem technologii na kulturę i społeczeństwo. W swojej ostatniej książce, „Bunt sieci”, określa sam siebie mianem „kogniwojażera”. W istocie jest aktywnym uczestnikiem wielu konferencji, debat, paneli dyskusyjnych z obszaru nowych mediów.
Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002, dostępna obecnie w wersji cyfrowej na licencji Creative Commons), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009).
Edwin Bendyk wykłada w Centrum Nauk Społecznych PAN oraz w Collegium Civitas, w którym jest dyrektorem Ośrodka Badań nad Przyszłością.
Obywatel Kultury, jeden z autorów Paktu dla Kultury, inicjatywy postulującej przeznaczanie przynajmniej 1% budżetu państwa na kulturę.

Komputer w swej istocie także jest maszyną służącą do przetwarzania symboli i jego rola nie musi ograniczać się do szybkiego rachowania. Może, jak tłumaczył Engelbart, być czymś w rodzaju protezy umysłu, zwiększającej jego wydajność. Urządzeniem pośredniczącym między umysłem a światem rzeczywistym. Może wspomóc nasze kompetencje czy zdolność przetwarzania symbolicznego i tym samym rozumienie rzeczywistości. Niezależnie jednak od tego, jak postrzegamy te maszyny – i te szybkie liczydła, i te, które mają wspomagać ludzki intelekt – porozumiewanie się z nimi sprowadza się do programowania. Przekazujemy tekst instrukcji, która znajdzie realizację w maszynie.

Spotkałam się z dwoma sposobami definiowania programowania. Wąski – domyślny, który kojarzymy z osobą piszącą kod, fachowcem – czyli tłumaczenie pojęć na symbole właśnie i wywoływanie określonych zachowań maszyn. Drugi, szerszy, uwzględnia także po prostu biegłość w ustawianiu urządzeń. Ktoś potrafi korzystać umiejętnie z funkcji pralki, czy dyktafonu. Nie ma to nic wspólnego z pisaniem kodu. Czemu służą te dwa rozumienia?
Nie spotkałem się z tym drugim. Programowanie na przykład magnetowidu nie wymaga refleksji, chociaż docelowo chodzi o komunikowanie się z maszyną. Natomiast w tym pierwszym znaczeniu – programowania w sensie technicznym – warto dokonać rozdziału na przynajmniej dwie kategorie. Pierwsza dotyczy czynności czysto rzemieślniczej, często nazywanej kodowaniem. Fachowiec, często pracujący w zespole, ma napisać na przykład driver do drukarki. Ma wytyczne i musi tylko tę specyfikację techniczną opisać pewnym językiem, powiedzmy w C++. To jest rzeczywiście bardzo rzemieślnicza robota. O tych ludziach często się mówi z angielska „koderzy”. Zajmują się niezwykle potrzebną, ale też jeszcze mało refleksyjną działalnością.

fot. A. Słodownik, CC BY-NC-ND 3.0Programowanie w pełnym znaczeniu polega na tym, że najpierw trzeba stworzyć algorytm, czyli sposób rozwiązania zadania, które maszyna ma wykonać, i dopiero potem ten algorytm opisuje się w języku zrozumiałym dla maszyny. Ta wyższa funkcja łączy się z tą prostszą, powiedzmy użytkową. Kiedy programujemy magnetowid czy pralkę, możemy to zrobić tylko dlatego, że w tej pralce czy magnetowidzie jest zaszyty jakiś program, który potrafi zinterpretować nasze oczekiwania. My korzystamy tylko z interfejsu, który został przez kogoś stworzony. Nasza zdolność zaprogramowania nowoczesnego magnetowidu jest tylko pochodną czegoś, co zostało zaszyte w maszynie i jest efektem pracy tych właściwych demiurgów, tych rzeźbiarzy rzeczywistości cyfrowej.

Która z tych czynności jest, czy też stopniowo staje się, nowym rodzajem piśmiennictwa?
Clarisse Herrenschmidt, francuska uczona zajmująca się filologią klasyczną pisze o trzech poziomach pisma. Po pierwsze język naturalny i pismo prowadzące do klasycznej kultury humanistycznej. Zasadniczym elementem tej kultury jest umiejętność krytycznej analizy tekstu. To kompetencja niezbędna do refleksyjnego uczestnictwa w społeczeństwie. Czytamy teksty nie tylko jako rozkazy, ale staramy się zrozumieć, jaka jest ich intencja, ukryte znaczenia. Oczywiście nie wszyscy mają te kompetencje krytyczne. Powszechna edukacja służyła raczej – na co zwracał uwagę chociażby Levi-Strauss – do tego, żeby ludzie nauczyli się czytania rozkazów. Chodziło o to, żeby zrobić z nich de facto maszyny, które wykonują polecenia napisane przez innych. Natomiast kompetencja krytycznej lektury była ograniczona tylko do tych, którzy odebrali dobre wykształcenie humanistyczne. Zawsze była to jakaś elita, nigdy masa.

fot. A. Słodownik, CC BY-NC-ND 3.0Inny rodzaj pisma to liczba i rachunek, wymyślone głównie na potrzeby finansów, ale mające też kluczowe znaczenie w naukach przyrodniczych. Jak mawiał Galileusz, księga natury napisana jest językiem matematyki. Współcześni „kapłani” – fizycy czy chemicy – posługują się językiem matematyki i rachunku jak językiem naturalnym, jedynym zdolnym wyrazić złożoność materialnej rzeczywistości. A przez to jedynym umożliwiającym prawdziwe zrozumienie świata. Teraz wkraczamy w kolejny etap, kulturę posthumanistyczną – pojawiają się obiekty techniczne, które uczestniczą w życiu.

Są podmiotami?
Może nie mają pełnej podmiotowości, ale są uczestnikami, którzy nie są neutralni. Zwłaszcza w  świecie cywilizacji informatycznej. Jesteśmy otoczeni interfejsami, korzystamy z rozwiązań takich jak Google, Facebook i tak dalej. To nie są tylko obojętne platformy do świadczenia usług. Są częścią rzeczywistości, i mają wpływ na ludzkie i społeczne zachowania. By tę rzeczywistość zrozumieć, trzeba zrozumieć kod, jakim się posługuje. To trochę jak z tym światem przyrodniczym czy kulturą w pełni humanistyczną; jeżeli chcemy być świadomi, jak te teksty na nas wpływają, jak powodują, że do pewnych informacji docieramy, a do pewnych nie, jak te informacje de facto sterują naszym postrzeganiem rzeczywistości, to musimy się nauczyć języków właściwych dla tego świata.

Gdzie się uczyć tego języka?
Jedną z ciekawszych prób jest rozwój Software Studies promowany przez wybitnego badacza nowych mediów, Lva Manovicha. Twierdzi on, że humanista, który bada nowe media, musi umieć posługiwać się językiem leżącym w najgłębszej ich warstwie, jeśli chce je zrozumieć. Musi rozumieć jak działa software. Współczesny humanista nie ma wyboru, musi wkroczyć w świat digital humanities, cyfrowej humanistyki i nauczyć się nie tylko czytać i rozumieć język maszyn, lecz także poruszać w świecie danych, które są znakami tworzonymi przez kulturę epoki cyfrowej.

Czyli Software Studies to uczenie się samych zasad pisania, powiedzmy, w C++?
Trzeba mieć kompetencje informatyczne, aby umieć krytycznie analizować, jak software wpływa na nasze postrzeganie rzeczywistości i działanie kultury w tej rzeczywistości.

A niekoniecznie pisać?
Niekoniecznie, ale nie da się moim zdaniem dobrze rozumieć i czytać, jeśli się nie posiada przynajmniej podstawowych kompetencji programistycznych. Zdaniem zwolenników podejścia Software Studies, czy digital humanities, trzeba umieć czytać programy. Inaczej świadomie oddajemy się w ręce tych, którzy potrafią to robić. Zawsze pojawia się ta kasta kapłanów. Elita, która przejmuje kontrolę, jeśli nie potrafimy poddać krytycznej analizie tego, co oni robią.

Zdziwiłam się, że już w 1972 roku Andriej Jerszow napisał: „Być dziś dobrym programistą jest takim samym przywilejem, jak być piśmiennym w XVI wieku.
Najbardziej demiurgiczna opcja to umieć te narzędzia tak programować, żeby osiągały nasz cel. Kapłan nie tylko interpretuje księgę, ale też umie ją ożywić. Jak w micie o Golemie, który powraca na nowo w świecie robotyki.

W Polsce funkcję edukacyjną spełniają medialaby. Rozmawiamy przy okazji zajęć Medialabu Junior. Dziewczyny z Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego z Rembertowa są na warsztacie z Arduino, i uczą się nie tylko programowania, ale też obsługiwania lutownicy, a także szyją. Może programowanie jest tylko komponentem jakiegoś wyższego porządku, którego powinniśmy się uczyć? 
Parę miesięcy temu w Anglii była duża dyskusja na temat tego, jakich kompetencji powinno się uczyć w społeczeństwie informatycznym. Podobna dyskusja o nowoczesnej szkole trwa od wielu miesięcy w Polsce. Czy w ogóle powinniśmy proponować lekcje informatyki? Czy też powinien to być przedmiot, który przenika wszystkie inne i po prostu należy uczyć używania komputerów na chemii, biologii i tak dalej? A może na informatyce należy uczyć tylko stosowania aplikacji: programu do edycji tekstu czy robienia prezentacji. A może – to był silny trend w Anglii – powinniśmy uczyć wszystkich programowania. Bo aplikacji każdy może nauczyć się sam, tak jak na własną rękę uczymy się prowadzić samochód. Tego nie musi robić szkoła. Jeżeli ktoś umie programować, nauczy się też używania edytora tekstu. To jest pochodna pewnych kompetencji. 

To jaka jest odpowiedź na te pytania?
Dyskusja nie jest rozstrzygnięta. To spór bardziej filozoficzny: czy człowiek powinien być tylko biegłym programistą – w sensie umiejętności wyboru programu na magnetowidzie, czy powinien być świadomym do szpiku mieszkańcem tej cywilizacji, który wie, co tym magnetowidem steruje. A to, co widzimy tutaj na zajęciach Medialabu, to jest jeszcze wyższa szkoła jazdy. Pewnie taka formuła powinna docelowo zwyciężyć. To połączenie programowania z projektowaniem obiektów, które są nim sterowane. W tym dokonuje się synteza, która polega na tym, że jednocześnie tworzymy obiekty i sprawdzamy, jak działają pod wpływem napisanego tekstu programu. To istotne, bo najczęściej okazuje się, że te martwe obiekty stawiają niezwykły opór i zmuszają twórcę do negocjacji, dialogu – modyfikowania programu tak, by w końcu obiekt zaczął zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami.

To, co się dzieje na Medialabie, jest zaprzeczeniem cyfrowej gnozy, polegającej na przekonaniu, że rzeczywistością steruje czysta myśl wyrażona w programie. W przypadku obiektów technicznych tekst programu jest sposobem komunikacji z rzeczywistością, ona sama jednak stawia opór – nasz tekst jest zawsze niekompletny. Dopiero połączenie umiejętności napisania tekstu i weryfikacji własnych założeń względem rzeczywistości to pełne kompetencje do tego, żeby umieć nie tylko programować zadanie, ale też oceniać konsekwencje tego działania.

Czy można nauczyć się programowania bez komputera?
Może być ciężko. Oczywiście można nauczyć się na kartce zasad algorytmiki, czyli zasad przekładania pewnych intencji na schemat działania. Ale jeżeli potem zrobimy program, to musimy sprawdzić, czy działa. To jest de facto sztuka inżynierska, polegająca na praktycznym weryfikowaniu intelektualnych założeń. Komputer jest pierwszym etapem. Najlepiej, jeśli jeszcze na końcu zrobimy obiekt fizyczny, na przykład robota, który coś w materialnej rzeczywistości musi wykonać.

Pisał pan, że aplikacje mają obecnie większy potencjał zmian – potencjał rewolucyjny – niż same idee. Co to znaczy?
Mówiąc o tym, że awangardą rewolucyjną są programiści i informatycy, miałem na myśli chociażby to, czego dokonał ruch open source czy w ogóle programiści tworzący Linux. Linus Torvalds (twórca jądra systemu operacyjnego Linux – przyp. AS) nie napisał żadnego manifestu politycznego. Zaprezentował tylko pewien sposób robienia oprogramowania. Tylko i aż, ponieważ w społeczeństwie informatycznym programowanie decyduje o wszystkim. Cała warstwa komunikacji i więzi międzyludzkich jest zapośredniczana przez technikę.

fot. A. Słodownik, CC BY-NC-ND 3.0Widać jasno, że struktura społeczna zależy od tego jak się porozumiewamy, a więc także od stosowanych technik komunikacyjnych i wytwórczych, czyli w końcu od oprogramowania. Ingerując w tę sferę, można spodziewać się istotnych skutków społecznych. Torvalds pokazał, że oprogramowanie można robić w innej logice niż czysto korporacyjna i kapitalistyczna, która polegała na tym, że duże firmy kontrolują całkowicie ten proces. Znaczenie korporacji się nie zmieniło, ale Torvalds pokazał alternatywę: można to robić, uspołeczniając zarazem proces, angażując duże rzesze współdziałających dobrowolnie ludzi.

Projekt Linuksa jest jak manifest Kropotkina w XIX wieku, tyle że odniósł znacznie większy skutek praktyczny. Pokazał to, co głosił Kropotkin – pierwotną siłą napędzającą rozwój jest dobrowolna współpraca, a nie wolnorynkowa konkurencja.

Czyli hackerzy to potencjalni rewolucjoniści?
Filozofia hackerska polega na zdaniu sobie sprawy, że światem rządzi software. A on nie jest neutralny. Ktoś go tworzy. Rdzeniem filozofii hackerskiej jest walka z determinizmem technologicznym i korporacyjnym, i tworzenie alternatyw, które uspołeczniają tę rzeczywistość.

To jest ta piśmienna elita?
Oczywiście – to awangarda rewolucyjna w sensie bolszewickim, bo posiada kompetencje niedostępne dla wszystkich.

Ludzie, którzy zaczynali swój kontakt z internetem powiedzmy piętnaście lat temu, kiedy – żeby stworzyć sobie stronę – trzeba było znać minimum HTML-a, posiadają obecnie niemal awangardowe umiejętności, choć są one zarazem wsteczne, staroświeckie.
Ale to są te umiejętności rdzeniowe, rzeczywiście niezbędne.

Donald Knuth powiedział, że kod programu to jest taka nowa literatura. Czy można porównywać kod do poezji?
Tak, na takiej zasadzie jak matematycy mówią o estetyce tworów i struktur matematycznych, które są całkowicie niezrozumiałe dla niewtajemniczonych. To sublimacja pewnego piękna, pewnej rzeczywistości opisanej przez tę strukturę. Jak się umie czytać, to też dostrzega się więcej niż tylko sekwencje znaków. To samo z językiem oprogramowania.

fot. A. Słodownik, CC BY-NC-ND 3.0A zwięzłość języka?
Ze względu na rozwój techniki nie ma już takiego parcia na efektywność kodu programistycznego. Nie ma już ograniczeń z pamięcią operacyjną, rośnie moc obliczeniowa mikroprocesorów – to nie czasy lotu Apollo na księżyc, kiedy moc obliczeniowa komputera pokładowego była pewno nie większa niż procesora sterującego dzisiejszą maszynką do golenia. To było naprawdę słabe urządzenie, więc trzeba się było napracować, żeby zmieścić w niewielkiej pamięci operacyjnej cały potrzebny program. I wtedy piękno rozwiązania polegało właśnie na efektywności, żeby jak najmniejsza liczba instrukcji doprowadzała do jakiegoś celu. Znawcy byli w stanie to docenić i zachwycić się tak samo, jak w przypadku poezji zachwycamy się zdolnością artysty do wyrażenia się w formie limeryku lub fraszki. Tutaj nie ma żadnej różnicy. Tylko trzeba umieć to czytać. Programiści mówią właśnie, że jest kod ładny lub brzydki. Może być niechlujnie napisany. Może być marnotrawny, bo doprowadza do celu naokoło.

Natrafiłam ostatnio na stronę, która wygrała nagrodę Webby Awards w kategorii netart. We fleshu zagnieżdżone zostały cyfrowe formy: wideo, fotografia, grafika, tekst, audio. Przez godzinę nie mogłam się oderwać od ekranu. W przypadku sztuki nowych mediów trudno zastosować stwierdzenie, że „wszystko już było”. Potencjał poruszania i utrzymywania uwagi odbiorcy też zdaje się znacznie większy. Może przynajmniej artyści powinni umieć programować?
Wielu artystów takie strategie stosuje. Istnieje software art, czy właśnie netart. W przypadku strony, o której pani mówi, mamy chyba do czynienia z pełnym wykorzystaniem mechanizmów rządzących medium w celu osiągnięcia efektu estetycznego. Można też środkami estetycznymi dekonstruować ukryte w kodzie znaczenia. W 2001 roku na Biennale w Wenecji Vuk Ćosić wystawiał wirusy komputerowe. Dziełem sztuki był wirus, którego działanie demaskuje nasze uzależnienie od software’u, interfejsu. Poszukiwanie nowych form ekspresji i cyfrowej estetyki nie oznacza wyczerpywania się istniejących form kultury. Literatura ma się dobrze i jest polem intensywnych poszukiwań formalnych. Z jednej strony rozwija się literatura hipertekstowa, zwana także w Polsce liberaturą. Z drugiej strony coraz ważniejszy w sensie estetycznym staje się nowy gatunek sztuki fabularnej – gry komputerowe. Jeśli wziąć grę „The Witcher” inspirowaną prozą Sapkowskiego, to okaże się, że fabuła gry, jeśli mierzyć liczbą słów, jest znacznie obszerniejsza niż teksty Sapkowskiego. A i klasyczna literatura też próbuje się zmienić, szukając formalnych zabiegów, które próbowałyby wyrazić stany człowieka wobec techniki. Cały cyberpunk. William Gibson (twórca cyberpunku – przyp. AS) pokazywał, jak środkami czysto literackimi przenosić się w głąb tej rzeczywistości.

Czego zatem uczą się te dziewczyny, robiąc na Medialabie te wszystkie rzeczy?
Po prostu uczą się życia we wszystkich aspektach. Życia w społeczeństwie posthumanistycznym, w świecie, który wypełniają ludzie i nie-ludzie. Ten świat to sieć, której jesteśmy tylko współuczestnikami. Dopiero ćwiczenia, które nam uświadamiają, jak działa ta złożona materia, pozwalają nam – jeśli nie zrozumieć rzeczywistość – to nabrać pewnej behawioralnej świadomości, zarówno determinant, które światem kierują, jak i naturalnych oporów. Dzięki temu jesteśmy w stanie bardziej świadomie funkcjonować.

Mamy tu też do czynienia z odejściem od samego komputera. W pewnym momencie zafiksowaliśmy się na samej tej maszynce i tam przenieśliśmy dużo naszych aktywności, a teraz one zaczynają wychodzić z powrotem na zewnątrz.
Ja to nazywam cyfrową gnozą. Byliśmy przekonani, że komputer jest odzwierciedleniem rzeczywistości, a on jest tylko jej wizualizacją, symulacją. Nie wszystko da się odtworzyć za pomocą programów komputerowych. I poznajemy nie poprzez symulację, ale kontakt z rzeczywistością. Doświadczenia bezpośrednie są niezbędne, zarówno w świecie techniki, jak i programowania. Dlatego niezbędne są także laboratoria w szkołach. Pokazanie doświadczenia na filmie to przecież nie to samo. Chyba odzyskujemy właśnie to przekonanie.

Jeśli któraś z tych dziewczyn na przykład zasiądzie w przyszłości w parlamencie, będzie miała świadomość, że tekst ustawy nie działa tak, jak się go napisze. Każdy parlamentarzysta powinien pójść na kurs do Medialabu i przynajmniej przez miesiąc pobawić się programowaniem obiektów, żeby zrozumieć, jaka jest różnica między literą a światem.


Autorka wywiadu dziękuje Fundacji Cultureshock oraz dziewczynom z Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego z Rembertowa za możliwość przeprowadzenia wywiadu podczas zajęć Medialabu Junior.